Oto (wraz z jedną z epizodycznych postaci z nowojorskiego serialu „Hawkeye”) wyruszamy na wieś. Na prowincję. Do Oklahomy, gdzie wciąż nieźle ma się kultura rdzennych Amerykanów. I to w sporej mierze o nich.
Tytułowa Echo (ciut inna niż jej komiksowy pierwowzór, znany nam w Polsce z komiksów o Daredevilu) radzi sobie mimo wielu dysfunkcji, a wsparcie, jaki ma od „swoich” i tych współczesnych i nie tylko jest nie do przecenienia. Tym bardziej, że przeciwnikiem Echo jest… Kingpin, czyli wielki przestępczy boss z Nowego Jorku, który ma pewne osobiste zaszłości z Mayą Lopez (bo tak się tytułowa Echo naprawdę nazywa) więc się nawet kilka razy wybierze do Oklahomy.
No i teraz – Vincent D’Onofrio jako Kingpin – rewelacja. Alaqua Cox jako Echo – bardzo ok. Świetnie też na drugim planie bawią się Graham Greene, Tantoo Cardinal, czy znana mi od niedawna (bo dopiero zacząłem „Rdzennych i wściekłych” Devery Jackobs.
Do tego małe, acz sympatyczne camea z MCU na rozgrzewkę i sporo dobrze oddanej kultury rdzennych Amerykanów. Niby wszystko jest, ale zostaje jakiś niedosyt. Że w tych zaledwie 5 odcinkach jest i sporo i niewiele. Że klimat tej opowieści jakoś nie do końca przekonuje. Że ma się wrażenie (znaczy ja mam), że to trochę na siłę – ta cała etnografia nie ma aż takiego uzasadnienia w opowieści, by było jej tu tak proporcjonalnie dużo. Że sama Echo jest mało wiarygodna, a wytłumaczenie, że kompensuje sobie braki mocami jest jakieś nieprzekonujące. Wiem, piszę to z perspektywy serialu MCU i w ogóle komiksowego superbohaterskiego akceptowania popkultury z założenia, ale coś mi tu nie klika. Jeszcze nie do końca potrafię powiedzieć co.
Traktuję więc ten serial jako krok w ciekawą stronę, choć krok dość niepewny i lekko zachwiany. Oby na tej drodze pojawiło się coś interesującego, bo na razie jest jedynie „nieźle”.
A może po prostu jestem stworzeniem wielkomiejskim i dla mnie jak MCU to musi być łomotanina wśród wieżowców? Może tak być.

