Zobacz również

„Rozdroże kruków” Andrzeja Sapkowskiego to pełnokrwista opowieść fantasy

Andrzej Sapkowski „Wiedźmin – Rozdroże kruków” Dwie dziurki w nosie i skończyło się. To znaczy, dopiero się zacznie, bo to prequel. Ale użyłem tego nawiązania do finału bajek słuchanych w dzieciństwie, bo oczywiście, podobnie jak wtedy, miałem żal, że tak szybko dobrnąłem do końca.

Bo tęskniłem latami za nowymi opowieściami o Wiedźminie na których dorastałem (bo jestem tak stary, że pierwszy opowiadania czytałem wyrywając ojcu świeżo kupiony numer „Fantastyki”), a teraz gdy jest coś nowego, to nie starczyło na długo.

I tak sobie dawkowałem. Po kilka stron, po kilka akapitów, po rozdziałku (a krótkie są) z wyciągniętej z kieszeni kurtki książki (dlatego tak się zużyła). Ale pod koniec jak akcja przyśpieszyła… No to było tak jak zwykle jest z czymś pysznym. Niby sobie wydzielasz, ale jak już niewiele zostało to bierzesz na raz, żeby poczuć pełen smak, żeby został z Tobą jak najdłużej…

Chyba już widać, że mi się podobało, prawda? Sapek mistrz i tym razem po mistrzowsku podszedł zarówno do konstrukcji nie tak długiej znowu, ale jednak, powieści, gdzie wszystko się pięknie zapina i każdy wiszący na ścianie miecz musi w ostatnim akcie wystrzelić. Ale też, jak mniemam, chciał trochę utrzeć nosa wszystkim, którzy przez te dekady wymyślali za niego młodość Wiedźmina. Pierwszy był Maciek Parowski z komiksem „Zdrada”, a potem już poszło. Niemal każde medium, każda wersja chciała zacząć od początku, bo tego początku w oryginale nie było. Ot, „Później mówiono, że człowiek ten nadszedł od północy, od bramy Powroźniczej”. Ale skąd on się wziął? No to teraz już wiemy. Wersja autoryzowana.

Pięknie i bardzo dyskretnie nawiązująca do tego, co znamy z późniejszych losów, a wcześniejszych tekstów Sapka. Ot, mamy np. nawiązanie do pierwszego opowiadania, ale takie, że jeśli ktoś go nie zna (wiem, tu takich nie ma) to ni cholery się nie zorientuje. Łatwo i jakże „pod fanów” byłoby nasączyć tym niemalże każdy rozdział tej fabuły, ale to pisarz, który nie chodzi na łatwiznę (analogicznie do jego wydawcy, który nie chodzi utartymi współcześnie ścieżkami promocji książek. Bo i nie musi. Sapkowski i tak się sprzeda).

I tak mógłbym snuć długo swoje zachwyty. Jak rozbawiło mnie to rozwiązanie szekspirowskiej tragedii niczym z przedwojennej anegdoty teatralnej, jak dałem się nabrać i zaskoczyła mnie (jak cholerą) jak i Geralda pewna niespodzianka. Aż mnie bolało jak czytałem. Ale pewnie sami już też czytaliście. A jeśli nie, to nie chce Wam przesadnie spojlerować, ale oczywiście, jak wszyscy, polecam tę lekturę z przekonaniem.

I wciąż się cieszę, że Sapek, który nikomu już niczego nie musi udowadniać, po prostu poczuł potrzebę znowu wyruszyć z Wiedźminem na szlak. Dzięki, mistrzu.

Autor

  • Krytyk filmowy, dziennikarz oraz publicysta komiksowy i filmowy, scenarzysta komiksowy, badacz popkultury, były redaktor naczelny serwisu naekranie.pl. Obecnie pracuje w Radio TokFM.

    View all posts
Kamil Śmiałkowski
Kamil Śmiałkowski
Krytyk filmowy, dziennikarz oraz publicysta komiksowy i filmowy, scenarzysta komiksowy, badacz popkultury, były redaktor naczelny serwisu naekranie.pl. Obecnie pracuje w Radio TokFM.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

Tego autora