Na środku mojego stawu rośnie drzewo. Powaliła je wichura, drwal odciął korzenie, woda zatopiła wszystkie gałęzie poza jedną. Nie miało szans.
A jednak wbrew logice, prawdopodobieństwu i biologii ukorzeniło się od nowa, wyciągnęło tę jedną gałąź ku słońcu, co wiosny wypuszcza liście i wielkie puchate bazie, a jesienią zasypia bogatsze o kilka gałązek.
Spotykam czasem ludzi, którzy są jak to drzewo – wyrwani ze swojego miejsca, ze swojej linii życia, pozbawieni korzeni, domów, pracy, zdrowia, ukochanych, pomimo straty odnajdują w sobie siłę, by żyć. A może bardziej odnajdują siłę, by żyć ze stratą, co znacznie trudniejsze, niż próby jej zaprzeczania…
To silniejsze, niż oni sami, niż żal, złość, poczucie bezsensu. Krok za krokiem, dzień za dniem, w chwili zachwytu złotem liści, w geście darmowej życzliwości wobec drugiego człowieka, w dostrzeżeniu czyjegoś cierpienia zza swojego, w „Już Cię nie ma, ale i tak Ci opowiem, bo w mojej głowie wciąż jesteś…” realizują Człowieczeństwo przez duże C.
Nikt nie jest mądry wobec straty i nikt nie znajduje właściwych słów, bo ich nie ma. Słowa, wartości, sens da się „przesadzić” z jednego człowieka na drugiego tylko za młodu, potem trudno się ukorzeniają. Dlatego te wszystkie „Bóg/los tak chciał” i inne złote myśli bardziej pomagają w bezradności ludziom wokół, niż osobie po stracie. Nawet jeśli ktoś przeżył stratę, jego sens i jego droga jest tylko jego, nie da się jej „przeszczepić”.
Ale jednak czasem słowa, wartości, sens – to wszystko odrasta samo z siebie, staje się drogą, nawet gdy cel się zgubił.





