Zobacz również

Dzień, w którym zatrzymała się Ziemia.

Kiedy miałem 13 lat dusił mnie w pijackim zwidzie mój własny ojciec. Lata później straciłem dziecko. Ale to rozstanie odcisnęło na mnie największe piętno. Teraz uporczywie walczę o każdy dzień. Dosłownie. Czepiam się kurczowo wszystkiego, co pozwoli mi zasnąć w nadziei na odnalezienie powodu, by po prostu żyć. I wiecie co? Od pierwszych dni marca 2024 roku codziennie, bezskutecznie go szukam.

Trauma jest chyba najbardziej nadużywanym obok „narcyza” i „toksyka” słowem. Nie raz, nie dwa i nie sto słyszałem, jak ktoś miał traumę, bo posolił kawę, dostał ochrzan od przełożonego, czy spóźnił się na pociąg.

Tymczasem trauma zabija. Nie w przenośni. Dosłownie. Trauma powoduje, że ciało przestaje cię słuchać, a umysł obraca się przeciwko tobie.

Pozwólcie bym najpierw opowiedział wam historię, która przydarzyła mi się nie tak dawno.

Or ma 62 lat i wygląda okropnie. Jest rodowitym Holendrem, mieszka i pracuje w Bredzie. Ubrany w byle jakie spodnie, byle jaką koszulkę, nieogolony i wiecznie zmęczony nie wygląda na człowieka, jakim był jeszcze pół roku temu. Skąd to wiem?

Or pokazał mi zdjęcie eleganckiego mężczyzny. Przystojnego, dobrze ubranego, zadbanego. Na jego twarzy widać było ledwie skrywaną dumę oraz prężną sylwetkę, która wyrażała pewność siebie i poczucie przynależności do kobiety, którą obejmował.

A jednak to zdjęcie było historią.

Pewnego wieczoru Or oraz jego ukochana żona siedzieli na sofie oglądając film. Rozmawiali się, śmiali, na stole stała butelka wina. W pewnym momencie Ona rzekła nie patrząc na niego, że chciałaby spróbować czegoś nowego. Wyjazd? Nowa praca? Nowe mieszkanie? Nowe hobby?

– Czegoś nowego, Or. Powiedziała to takim głosem, że Orowi ścierpła skóra, a w powietrzu rozniosła się złowieszcza aura – musimy się rozstać.

Nikt nie pytał go o zdanie. Nikogo też nie interesowało co w tym momencie poczuł.

– W moim wieku, przyjacielu, nie myślę już o jakimkolwiek związku. O niczym nie myślę.

– Praca, praca, praca. Tylko to mnie ratuje – podsumował i westchnął, a jego niemal niewzruszona twarz zdradzała tłumione emocje. – A co u ciebie?

Podziękowałem Orowi za podzielenie się tą historią. Nie zdziwił mnie fakt, że opowiedział ją nieznanemu sobie w gruncie rzeczy obcokrajowcowi. Raz, że zachodnie społeczeństwa są z gruntu ufne i otwarte – dwa, jakoś tak jest, że chętniej zwierzymy się ze swoich problemów obcej osobie… No jakoś już tak jest.

No właśnie. Co u mnie…

Tyle chciałbym wam powiedzieć. Tyle napisać. Zbyt dużo słów zabrzmi banalnie. Zbyt mało zabrzmi niedostatecznie. Trochę boję się, bo słowa te kreślę po raz pierwszy od października 2024ego roku, gdy skończyłem pisać opowiadanie „Rozstańcy”, gdzie opisałem zdarzenie, które opowiedziałem Orowi tydzień wcześniej, a tutaj nieco się krępuję.

Trauma zabija.

Kiedy zostajesz gwałtownie odcięty od wszystkiego i wszystkich, których kochasz i dla których poświęciłeś wszystko, a twoje życie ograniczało się do chwil wspólnie spędzonych, rozstanie przeżywasz na sto różnych sposobów.

Jedni na siłę zakładają tę samą maskę – bo tego zostali nauczeni – udając szczęśliwych, racjonalizując problem, bo przecież to nie oni są problem, to wciąż ten podły świat staje w poprzek, prawda?

Można też inaczej.

Kiedy mówię, że trauma sprawia, iż ciało przestaje cię słuchać nie ma w tym grama przesady.
Czujesz wewnętrzne rozedrganie, zmęczenie, niechęć, a nawet niemoc i strach przed czymkolwiek. Nie możesz się ruszyć, nie możesz jeść, nie możesz pić. Unikasz ludzi, ale przecież musisz udawać, że wszystko jest w porządku, bo świata nie interesuje twój problem, świat co najwyżej obdaruje cię lajkami i powie parę miłych słów przez internetowy komunikator. „Trzymaj się!” powie, ale nie zrobi nic, by w jakikolwiek sposób powstrzymać cię przed najgorszym.

Kiedy w sekundzie kompletnie przestają cię interesować rzeczy, które jeszcze tydzień wcześniej fascynowały cię, zaczyna się zjazd w dół. Kiedy wyrzuciłem do śmieci aparaty fotograficzne, a przecież fotografia zawsze mnie fascynowała nie zdawałem sobie sprawy, że mój umysł zaczyna przypominać zainfekowany system operacyjny.

Kompletna utrata zainteresowania wszystkim i wszystkimi. Wycofanie. Poczucie brak sensu czegokolwiek. Unikanie ludzi. Ucieczka w tłum, by pozostać niezauważonym. Bezsenność. Podświadome głodzenie się. Drgawki. Majaki. Przewracanie się na prostej drodze. Ataki płaczu. Dojmujący brak radości. Spłaszczenie emocji. Zanik odczuć, które towarzyszyły przez całe dotychczasowe życie. Za chwilę pojawi się myśl o skończeniu z sobą, ale jeszcze nie teraz.

Teraz trzeba jakoś wrócić. Żyć na nowo. Podjąć walkę. Ale po co, gdy nie widzisz w niczym sensu? Przecież twój świat skończył się na początku marca. Ojcórka nie będzie już wyrywać ci włosków z ucha. Twoja bardziej niż żona nie pozwoli dotknąc rozwartą dłonią swego brzucha. Pies już nie podejdzie prosząc byś go pieścił. Nie spędzisz soboty w towarzystwie teściów, sąsiad nie przyjdzie z prośbą o pomoc w doładowaniu telefonu. A przeszło połowa numerów telefononicznych, które masz zapisane w komórce staje się niepotrzebna.

Stajesz przed nową sytuacją, w której jakoś musisz się odnaleźć, ale nie jesteś w stanie, bo umysł walczy z tobą, a organizm nie słucha. Trzeba próbować, bo im szybciej uda się opanować kryzys, tym lepiej.

Tyle teoria, ale uwierz mi – w praktyce to nie działa. No chyba, że jesteś na tyle pozbawionym emocji typem, że szybko restartujesz się i beztrosko zaczynasz od nowa.

Problem w tym, że nie da się. Przecież tych wspólnych chwil było tyle, że musiałbyś wymienić całą swoją osobowość na nowo. Bo nawet jeśli były te gorsze chwile, to przeciez budowały one te dobre. Te wspaniałe momenty, które sprawiały, że mogłeś iść z pochodnią przeciw całemu światu.

Czułeś, że masz dla kogo żyć. Dla kogo pracować. Dla kogo tworzyć. Czułeś, że każda chwila była coś warta.

Teraz nie czujesz nic. Wszystko kojarzy się z przeszłością, a zatem umysł każe ci rezygnować ze wszystkiego, co skieruje cię do przeszłości. Nie możesz patrzeć na góry, bo płaczesz. Boisz się iść na grzyby, bo płaczesz. Siadasz na ławce Parku Rododendronów i nie zdając sobie z tego sprawy, płaczesz otoczony gromadą gapiów.

Przestajesz robić cokolwiek. Przestajesz czuć cokolwiek. A jednocześnie nie chcesz obciążać sobą nikogo, zatem nieuchronnie zmierzasz ku końcowi.

Traf chce, że za miesiąc czeka cię operacja, a raczej zabieg usunięcia woreczka żółciowego. Widzisz w tym szansę, którą zamierzasz wykorzystać. Dlatego miesiąc wcześniej odstawiasz leki obniżające ciśnienie, bo przecież masz kryzę nadciśnieniową.

Niestety dobę przed zabiegiem bada cię anestezjolog, który mierzy ciśnienie i widząc co się dzieje odmawia skierowania cię na salę operacyjną.

– Panie. Pan będziesz otwierany. Przy tym ciśnieniu dostaniesz pan krwotoku i zejdziesz. Chyba, że pan tego chcesz. A ja nie chcę mieć prokuratora na karku. Rozumiesz pan? – spojrzał na mnie wyczekująco, jakby rozszyfrował plan.

Pojawia się wstyd. Bo bezmyślność, bo egoizm, bo angażowanie w to niewinnych ludzi, na których mój czyn odbije się aż za mocno.

Powrót do domu. Do rodzinnego domu, w którym kochająca Matka stanie za tobą bez względu na wszystkich i wszystko.

A może wyjazd za granicę? Nowy start, nowe miejsce, nowe możliwości, nowa praca i szansa na powrót starych pasji?

Belgia. Największy producent pociągów w Europie. Jedno z najpiękniejszych miast. Brugia. Miejsce rozsławione filmem „Najpierw strzelaj potem zwiedzaj”. To miasto było na mojej liście rzeczy, które trzeba obejrzeć.

Obejrzałem. Zwiedziłem. Cudowne. Fantastyczne. Obłędne. Działające na zmysły. Przepiękne. Zaczarowane. Onieśmielające. Czarujące.

Ładne słowa, prawda? Tyle określeń, tyle zachwytów. Jednak nie byłem w stanie poczuć niczego. Nie byłem w stanie cieszyć się Brugią. Nie byłem w stanie odczuć ani grama emocji, o których tak ładnie napisałem.

Patrzyłem z żalem, smutkiem i tęsknotą, bo od tej pory tylko te uczucia mam w sobie. Nie gniew, nie złość, nie radość, nie ciekawość. Gdzieś odeszły, a ja nie czuję, by były mi do czegokolwiek potrzebne.

Żal, smutek, tęsknota. Każdy centymentr Brugii opisywałem zdaniem: „Ale podobałoby się Jej tutaj”. Tak było w Belgii, tak jest w Holandii, którą dziś dzielę na przemian z Polską.
Niestety Belgia nie stała się początkiem. Stała się katalizatorem jeszcze większego zrezygnowania i poczucia sensu. Bezsenność trwająca tydzień sprawiła, że przeze mnie prawie zginął człowiek.

Powrót do kraju. Umysł coraz bardziej zainfekowany. Nie ma siły już na nic. Każdy krok męczy. Poczucie, że mózg dosłownie się rozpływa, głowa paruje, a wszystko – nawet oddychanie jest coraz cięższe. Przeciążenie robi swoje.

Nie da się przekreślić przeszłości. Są tacy, którzy otaczają się grafikami, tabliczkami zawierających słowo „szczęście” w różnych konfiguracjach. W ten sposób sztucznie stymulują się. Czasem zohydzają swoich „byłych/byłe”, bo pojawiające się wyrzuty sumienia trzeba czymś zamaskować.

Jest taki punkt w życiu, że choćby nie wiadomo co, to osoba, której oddałeś się jest twoją największą miłością. I choćbyś cierpiał przez nią, nie jesteś w stanie żywić wobec niej negatywnych uczuć. Bo kochasz. Bo wiesz, że po życia kres. Mimo wszystko.

Można się z tego śmiać, ale naprawdę miłość i poczucie bycia z ukochaną osobą nadaje życiu sens i inspiruje do bycia lepszym, mocniejszym, bardziej pożytecznym.

Psychiatra. Współczesny czarnoksiężnik, który wydobywając z ciebie najbardziej skrywane informacje sprawia, że zaczynasz rozumieć świat dookoła i wiesz co zrobić, by stał się lepszym miejscem, a wydawałoby się niepokonywalne problemy stały się błahostkami. Bo czarnoksiężnik wyposaży cię w narzędzia, które pomogą naprawić świat. Nie ten wielki. Ten twój. Ograniczony do spraw ci najbliższych.

Zaczynasz rozumieć. Dociera do ciebie, że twój problem nie jest jedynie twoim, a tysiące jeśli nie miliony ludzi borykają się z całym złem tego świata. Na wskutek różnych rzeczy: wychowania lub jego braku. Pandemii. Poprzednimi związkami. Tłumionymi pragnieniami. Wygórowanymi oczekiwaniami. Tworzeniem wyidealizowanego wizerunku i swojego i otaczającego świata. Brakiem zrozumienia dla ułomności i nieufnością wobec ludzi.

Dlatego do żalu, smutku i tęsknoty należy dołożyć rozgorycznie. I nawet jeśli terapeuta mówi: „Powiem panu, że jeśli ktoś naprawdę potrzebował terapii to nie pan” nie jest to żadne, ale to żadne pocieszenie. Bo wiesz, że wszystko daje się zszyć i iść razem dalej.

I dlatego jeśli miałbym cokolwiek i komukolwiek radzić: jeśli czujecie, że pojawiają się problemy, nad którymi nie jesteście z różnych powodów zapanować, nie wstydźcie się zwrócić o pomoc do czarnoksiężnika naszych czasów.

Oczywiście możecie usłyszeć od męża/żony/partnera/partnerki, że nie zgadzacie się, by ktoś obcy rozwiązywał wewnętrzne problemy. To strach. Bo okazuje się, że bliska ci osoba nieświadomie przyznała, że boi się obnażenia swoich braków. A zatem jest ich świadoma i z jakichś względów nie chce skorzystać z pomocy specjalisty, bo wdrukowana przez wychowanie dotychczasowe doświadczenia roli jedynego/jedynej sprawiedliwej jest silniejsza niż odwaga do przyznania się do swoich niedoskonałości.

Ale wiecie, jeśli ktoś mówi, że nie zdobywa się ośmiotysięczników w pojedynkę, to tak naprawdę wcale nie opowiada o górach.

Gdzieś tam, niepostrzeżenie pojawia się namiastka uspokojenia. Nie, nie uspokojenia. Raczej umysł zaczyna po prostu dochodzić do sprawności. Powolutku.

Pozwala na półgodzinną drzemkę. Po kilku dniach na dwugodzinny letarg, bo jeszcze snem nie można tego nazwać. Mija kolejnych kilka tygodni, by można pozwolić sobie na sen.

W tym momencie umysł jakby próbował zrehabilitować się za całe zamieszanie. Pierwszy sen. Pojawiający się za każdym razem. Sen, który z czasem staje się jedynym bezpiecznym miejscem, do którego chcesz wracać. Sen, w którym wracasz do najpiękniejszych chwil, do życia, które wciąż trwa, a wspólne stawianie czoła trudnościom nie sprawia problemu.

Nie zmienia to podstawowego faktu – już nie jesteś taki sam. I nie będziesz. Poczucie pustki, braku emocjonalności, tego dziecięcego zachwytu światem zaczyna stanowić fundament twojego nowego „ja”.

Życie w niepewności. Brak chęci do tworzenia czegokolwiek trwalszego. Brak zainteresowań. Mechaniczne odhaczanie kolejnego dnia pozwala ci przetrwać. Wymyślanie zadań wypełnia pustkę, której i tak nic nie zapełni.

Choć wiesz, co może wyleczyć rany, przypominasz sobie historię o wspólnym zdobywaniu szczytów. Rozpaczliwie chcesz wrócić do przeszłości, bo wyposażony w wiedzę nabytą podczas terapii wiesz, jak zmienić ją w czarodziejską różdżkę. I nawet jak na efekty trzeba będzie długo czekać to wiesz, że warto.

Ale wiecie, te ośmiotysięczniki…

Z czasem jakąś namiastkę zadowolenia przysparza mi fakt, że moi znajomi idą razem przez życie. Wierzą w naprawę, nie odrzucenie. Nie nudzą się sobą. Nie trzymają się absurdalnych wyobrażeń o sobie i świecie. Nie muszą za wszelką cenę być w centrum wydarzeń, bo wiedzą, że JA to tak naprawdę MY.

Lubię patrzeć na ludzi, którzy naprawiają, nie wyrzucają. I to w jakimś sensie pozwala mi na chwilę oszukać poczucie bezcelowości.

Nie będę za wszelką cenę rozpoczynał nowego życia i zmieniał się tylko po to, by zaprzeczyć przeszłości. Nie chcę. Wiem co przeżyłem, wiem co, kogo i dlaczego kocham. I wiem u czyjego boku czułem się silny, jak nigdy dotąd. Nie mam potrzeby mówić źle o ludziach, za których bez wahania oddałbym życie. Nie mogę, nie potrafię i nie chcę.

A co ze stwierdzeniem „trauma zabija”? Zabija. Zabija to, co najlepsze w człowieku. Fizycznie i emocjonalnie. Jedni, nie dają rady, jedni próbują kurczowo utrzymać się na powierzchni, inni czekają z nadzieją, bo trudne powroty są mimo wszystko najpiękniejsze. I gdybym miał powiedzieć, w której grupie jestem, powiem, że w każdej po trochu.

Nie przyznam, że nauczyłem się żyć Z traumą, bo żyję W traumie. To ona mną rządzi, decyduje kiedy rozluźnić kleszcze, a kiedy dokręcić śrubę oraz zwyczajnie przypierdolić. Mogę sobie wmawiać, że zaczynam nad nią panować, ale prawda jest taka, że to ona mną kieruje. Mogę tylko krok po kroczku próbować odbudowywać się, jednak nie oszukujmy się – fundamenty runęły.

Pamiętacie tę afrykańską przypowieść o żabie i skorpionie? Wszyscy skupiają się w niej na roli skorpiona, który znając swoje niedobre strony zamiast je wyeliminować stosuje je na drodze do osiągnięcia celu. Owszem, przymila się, jest słodki, przychyli ci nieba. Ale koniec końców pozostanie skorpionem. Nie zauważyliśmy, że podobnie jest żabą, która w tej historii pełni równie ważną rolę – też się nie zmienia. Wie, że skorpion ją zabije, ale nie potrafi odmówić mu pomocy. I ostatecznie ginie.

I tak koniec końców jest ze mną. Cokolwiek byś nie zrobiła, cokolwiek byś nie powiedziała… Kocham Cię i będę kochał.

Autor

  • Dziennikarz, pisarz i człowiek pracy najemnej. Autor książki "Dzikie historie: Norwegia". Założyciel i wydawca magazynu "Srebrny Kompas". Autor w serwisie "Posty.pl" oraz współpracownik lokalnego magazynu "Tu Lubin". Finalista polskiej edycji międzynarodowego konkurs scenariuszowego Hartley - Merill utworzonego przez Roberta Redforda. Wychowałem się w duchu Tony`ego Halika, małżeństwa Gucwińskich oraz komiksowych przygód Kajka i Kokosza i tarapatów, w jakie pakował się literacki wojak Szwejk. Lubię wszystko, co dobre i oryginalne. Czasem dobra rozmowa jest bardziej fascynująca, niż najbardziej wymyślny film.

    View all posts
Przemysław Saracen
Przemysław Saracen
Dziennikarz, pisarz i człowiek pracy najemnej. Autor książki "Dzikie historie: Norwegia". Założyciel i wydawca magazynu "Srebrny Kompas". Autor w serwisie "Posty.pl" oraz współpracownik lokalnego magazynu "Tu Lubin". Finalista polskiej edycji międzynarodowego konkurs scenariuszowego Hartley - Merill utworzonego przez Roberta Redforda. Wychowałem się w duchu Tony`ego Halika, małżeństwa Gucwińskich oraz komiksowych przygód Kajka i Kokosza i tarapatów, w jakie pakował się literacki wojak Szwejk. Lubię wszystko, co dobre i oryginalne. Czasem dobra rozmowa jest bardziej fascynująca, niż najbardziej wymyślny film.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

Tego autora