„Ministranci” to mógł być film rozegrany w polskich realiach teoretycznie na dwa sposoby – albo głupkowata komedia familijna, albo ciężki, psychologiczny dramat w stylu Smarzowskiego, z tragedią w tle. Ale nie, nowemu filmowi Piotra Domalewskiego („Cicha noc”, „Hiacynt”) udaje się uniknąć większości (chociaż nie wszystkich) pułapek rodzimego kina.
W efekcie dostajemy opowieść wyważoną, lekką i zabawną kiedy trzeba, a kiedy jest na to czas i miejsce również chwytającą za serce. A przede wszystkim – dającą nadzieję, że ludzie nie rodzą się źli.
Zaczyna się dość typowo. Małe, przygraniczne miasteczko, gdzie wojna za miedzą okazuje się być jedyną odskocznią od szarej rzeczywistości wypełnionej chodzeniem do kościoła i biciem rodziny po pijaku. Domalewski ociera się o te tematy, ale nie robi klasycznej wiwisekcji małomiasteczkowego patospołeczeństwa.
Obejmuje za to kamerą czterech nastoletnich chłopców, którzy wypełniają nudę służąc jako tytułowi ministranci. A potem zrzucają komże, zakładają kominiarki i nagrywają na dachu pobliskiego bloku rap dla Chrystusa. Wiem, jak to brzmi. Ale klucz jest taki, że chłopcy nie krzyczą „CHWDP”, tylko naprawdę chcą czynić dobro i zmienić ubogą lokalną społeczność na lepsze. I chcą zrobić to za wszelką cenę, nawet łamiąc prawo. Bo pomaganie jest zajebiste.
Domalewski podejmuje temat środowiska kościelnego z pewnością subtelniej, niż w ostatnich latach robili to chociażby Wojciech Smarzowski i Jan Komasa. Czuć tu nutkę antyklerykalizmu, ale reżyser i scenarzysta w jednej osobie nie chce nim szokować i epatować, ogranicza się tylko do niezbędnego minimum. Bo że chciwa kuria wyciąga pieniądze od biednych lokalnych parafii to wiemy nie od dziś, nie jesteśmy też zaskoczeni, gdy jej wysłannik przywłaszcza sobie środki przeznaczone na pomoc najuboższym. A dzieci patrzą i widzą. A gdy już „zobaczyli i uwierzyli”, to biorą sprawy w swoje ręce.
Z jednej strony zobaczymy w „Ministrantach” to bardziej patologiczne i systemowe oblicze kościoła, z drugiej jednak Domalewski podkreśla jego znaczenie jako wspólnoty, gdzie rodzą się największe wartości, które potem można pielęgnować. Młodzi bohaterowie chcą przynależeć do jakiejś grupy – a czy będą to ministranci czy raperzy to już wszystko jedno. To nieco naiwne i zerojedynkowe spojrzenie nie przeszkadza, bo w końcu bohaterami filmu są dzieci. A te widzą, czują i myślą nieco inaczej. Ich zetknięcie ze światem dorosłych i poczucie na własnej skórze mechanizmów rządzących światem będzie bardzo bolesną, przyspieszoną lekcją dorosłości.
„Ministranci” to mógłby być równie dobrze superbohaterski origin w polskich realiach. Ot czterech nastolatków chce czynić dobro, zakładają więc podsłuch w konfesjonale, nakładają kominiarki i wychodzą na smutne polskie ulice robić za Robin Hoodów. Wjeżdżają wtedy krótkie, dynamicznie montowane scenki pełne humoru, a my czujemy się, jakby na naszych oczach rodził się co najmniej nowy Spider-Man, Ant-Man czy Hawkeye. Oczywiście wszystko to jest proste, niekiedy nawet nieco prostackie, bo świat zbudowany jest tu głównie ze stereotypowych postaci, a na wielorakość ludzkiej natury nie ma tu wiele miejsca. I chociaż życie czasami bywa po prostu czarno-białe, to uproszczone toposy i archetypowe postacie są tu czasem budowane bez wyczucia (np. zmagająca się z alkoholizmem i depresją matka Filipa czy znęcający się nad rodziną, przerysowany ojciec Dominiki).





