„Dżentelmeni”. Podobało mi się. Bardzo. Co prawda czekanie z oglądaniem tego serialu na wcześniejszy seans kinowych „Dżentelmenów” Guy’a Ritchiego nie miało większego sensu (nie zauważyłem żadnych fabularnych powiązań – to raczej po prostu ten sam pomysł, opowiedziany jeszcze raz od innej strony). Ale sam serial to wyśmienite 8 odcinków. I wolę takiego Ritchiego, bo jego normalny sposób opowiadania gangsterskich historii jest przezabawny, dla mnie ociupinkę zbyt cwaniakowaty.
A tu – więcej czasu, więcej miejsca i te same gagi, skróty montażowe i myczki świetnie się komponują z troszkę wolniejszym rytmem. Polecam więc z największą radością.A o co chodzi? To w sumie taka brytyjska, mocno arystokratyczna wariacja na „Ojca Chrzestnego”.
Czyli trochę z Puzo, trochę z „Downton Abbey” (acz uwspółcześnionego) i przede wszystkim wyśmienita para głównych bohaterów, którzy grają z genialnym dystansem, luzem, ale i gdy trzeba okrucieństwem. Wszystkie brytyjskie fabuły mniej lub bardziej nawiązują do ich systemu klasowego. Ta bardziej. Znacznie bardziej.I te 8 odcinków z jednej strony pięknie epizodycznie rozwija opowieść o księciu (nie z bajki), który ma rozmaite kłopoty w półświatku, a z drugiej stanowi wyśmienitą całość, podróż bohaterów z początkiem i końcem.
A jeszcze do tego zacny drugi plan – od rewelacyjnych rodziców po obu stronach, przez braci, będących w sumie przeciwieństwami i dzięki dobrze się komponują. A jeszcze cudny wiecznie upalony Jimmy i rewelacyjny gajowy (niczym Alfred z „Batmana”). No i wybitny złol z importu. Wyśmienita gromadka postaci powracających (o tych co pojawiają się na odcinek-dwa, nawet nie wspominam, a też bardzo ok).
Kawał świetnej rozryzki.





