Rany jak rany, ale coś faktycznie jest na rzeczy. Wieczorem obejrzałem, a rano obudziłem się z COVIDem, więc nie polecam.
Po pierwszej części człowiek się już trochę przyzwyczaił do tego badziewia, ale tylko trochę. W dalszym ciągu nic tu się nie zgadza, skala wydarzeń jest jeszcze bardziej bez sensu niż w „Star Wars”, a fabuła rżnięta z „Siedmiu wspaniałych” bez jakiegokolwiek poczucia obciachu. I bez sensu. Ot, np. Snyder zostawia z oryginalnego westernu motyw zboża, choć nie ma on żadnego sensu z perspektywy kosmicznego imperium, a wystarczyłoby podkręcić to na jakiś rzadki minerał, czy narkotyk, czy coś do żarcia, ale bardziej fantastycznego niż zwykłe zboże.
I tak jest niemal ze wszystkim – tu weźmiemy szable świetlne (bo to już nie to samo co miecze), tam żenujące retrospekcje „pogłębiające” postacie, a wszystko namoczymy w slow motion. Czy ktoś kiedyś próbował puścić jakiś film Snydera w normalnym tempie. I sprawdził o ile się skrócił?
Słowem bieda z nędzą, ale wysokobudżetowa. Jeśli już miałbym polecać to zamiast tego na Netfliksie można na Amazon Prime znaleźć sobie nie tylko obie wersje „Siedmiu wspaniałych”, ale też wszystkie trzy sequele do tego starego westernu z 1960 r. („Powrót siedmiu wspaniałych”, „Kolty siedmiu wspaniałych” i „Siedmiu wspaniałych nadjeżdża!”). Każdy z nich to lepsza historia niż ten Snyder.





