Aż dziwne, że nie wmontowali do tego filmu Rosiewicza śpiewającego „Czterdzieści lat minęło jak jeden dzień”. Bo to właśnie o tym. Że gdzieś pyknęły nam cztery dekady i w sumie niewiele się zmieniło.
To znaczy wszystko się zmieniło, ale jak Axel robi rozróbę na ulicach to nie ma … Jeśli poważnie potraktować początek tego filmu i założyć, że Axel Foley w Detroit dość często tak demoluje miasto to chyba wreszcie można zrozumieć, czemu Detroit to miasto upadłe i w ciągłym kryzysie.
Kryzys miał też sam Eddie Murphy skoro po dekadach wrócił do swej najsłynniejszej roli. Ot, poszedł w ślady kilku starszych kolegów (że nie będę pokazywał palcem chociażby na Harrisona Forda) i zrozumiał, że nie ma to jak ikoniczna rola z młodości, do której można wrócić. Co ciekawe, twórcy tego filmu wyciągnęli wnioski z tych poprzednich prób powrotów do różnych franczyz i nakręcili umiejętnie coś w duchu pierwowzoru. Bez kombinowania, bez podrasowywania, tak jak dawniej. I sukces.
Wyszło całkiem sympatycznie. Miło się patrzy na Eddiego, po którym te dekady spłynęły jak po Paulu Ruddzie i całą resztę, która zamieniła się w uroczych dziadersów. To tego prosta jak cep łabuła, trochę nawiązań i dobry casting nowych postaci. Bacon to wzorcowy bezczelny złol, Gordon-Lewitt idealny sympatyczny niemal zięć, a Taylour Paige, która dostała najtrudniejszą rolę córki Axela, która musi się z nim co chwila konfrontować, sprawdza się wyśmienicie.




