Jej uroda sprawia, że matka (no, macocha, ale macocha to symbol złej matki) czuje, że przemija i nie jest już najpiękniejsza.
Macocha zaś obsesyjnie Śnieżkę tępi.
Gdy ta zaczyna odkrywać pierwsze uroki „bawienia się w dom” z 7 krasnoludkami, pierwsze dziecięce miłości i przyjaźnie, matka-macocha nie wytrzymuje poczucia zagrożenia i „usypia” jej seksualność toksycznością jabłka.
Sytuację ratuje dopiero książę (przemilczmy litościwie jego konia ), który jakże seksualnym pocałunkiem budzi Śnieżkę do życia i miłości.
Jakie Freudowskie. Dorastając dzieci muszą „schować” swoja nieakceptowaną przez rodziców seksualność i dlatego wchodzą w fazę latencji, kiedy impulsy seksualne nie ulegają ekspresji, a nacisk kładziony jest na przyjaźnie.
Tyle, że to nie jedyny możliwy scenariusz.
Niedojrzała matka, której rozkwitająca uroda córki nakręca wszelkie lęki – przed przemijaniem, byciem gorszą, brzydszą, mniej pożądaną, która z nią rywalizuje i toksycznie zmusza do zatrzymania się w dziecięcości i wyparcia seksualności, aż jakiś facet nie „zdejmie zaklęcia” i jej nie rozbudzi, to raczej scenariusz z kręgu psychopatologii.
Niezbyt przyjemna refleksja o przemijającej urodzie, stracie przydarza się każdej matce dorastającej córki, ale te dojrzałe i poukładane mimo wszystko potrafią się cieszyć, że córka rozkwita i wspierać ją, być przewodniczką, a potem czułym obserwatorem.





