To był taki dziwny dzień i chyba właściwy dla Norwegii, a dla Trondheim to już w ogóle. Kiedy przygotowujesz się do słonecznego dnia, bo przecież wszystko na to wskazuje nagle potrafi lunąć i powiać tak, że ledwo stoisz na nogach. I tak było dziś. Chyba wszystkie pory roku w ciągu jednego dnia.
Lubię to miejsce, z wielu powodów. Raz, że to niemal centrum miasta sprawiające, że zawsze jest tu ruch. Poza tym jest tu coś w rodzaju rybnego rynku, w którym kupisz całe dobro, które oferuje oblewający miasto Trondheimsfjord, a w zależności od tego, co uda się rybakowi złowić przyrządzisz przepyszne, świeże danie z homara, kraba, sei, dorsza, zębacza, czerniaka, makreli, czy jeżowca. Odpowiednio przyrządzone, ale z małą ilością przypraw – ograniczamy się jedynie do soli i pieprzu – są przepyszne i sprawiają, że nawet kiepski dzień zmienia się w chwile szczęścia.
Każdy pochłonięty swoimi sprawami wyczekiwał na słoneczne chwile, których tego dnia było naprawdę malutko. Na trondheimskim Ravnkloa również, co jaki widać poniżej udowodnił Ostatni Wiking:






