Zaczyna się zawsze przepięknie, od fazy zakochania, czyli totalnej obsesji na punkcie drugiej osoby, a właściwie fantazji o niej przefiltrowanej przez różowe okulary, bo kora przedczołowa i czołowa tak jakby gorzej działa, a mózg zalewają hormony powodujące euforię, więc o krytyczne myślenie trudno.
Skrypty miłości ułatwiają komunikację, wzajemne upewnianie się i rozwój związku. W XVIII wieku używano do tego „muszek”, czyli sztucznych pieprzyków, których kolor i lokalizacja zdradzały intencje dam i kawalerów, a także wachlarzy. Dziś Hollywood podsuwa nam czerwone róże i kolacje przy świecach, a trwająca nieprzerwanie od 1938 r. kampania reklamowa pierścionek z diamentem. Wszystko po to, żeby zgodnie ze skryptem doprowadzić do namiętnego tête-à-tête. Namiętność zaczyna się, zanim jeszcze wygaśnie faza zakochania i stopniowo doprowadza do związku kompletnego.
I tu właściwie mogłaby się zakończyć ta historia, a potem byłoby już tylko „i żyli długo i szczęśliwie”, bo zwykle na etapie związku kompletnego pary podejmują decyzję o ślubie.
O tym, co potem hollywoodzkie filmy milczą…
A niestety namiętność z czasem opada, związek wchodzi w fazę przyjacielską, następnie zaś staje się pusty. Wówczas wystarczy okazja i odwaga, by przeskoczyć w kolejny związek. W końcu, jak twierdzą psycholodzy ewolucyjni, człowiek jest „seryjnym monogamistą”, wiążącym się w pary tak długo, by odchować w każdej 1-2 dzieci.
Co więcej zgodnie z efektem Coolidge’a każda nowa osoba wyda mu się atrakcyjniejsza, niż jego stary/stara.
Czy tak musi być? Wysłałam kiedyś w ramach ćwiczeń studentów, by przeprowadzili wywiady z parami o stażu 20+ lat. Wynik?
- ci, którzy żyją obok siebie, bo przyzwyczajenie, bo kredyt, bo wartości, bo gdzie ja się podzieję albo bo co ludzie powiedzą.
- ci, dla których ja i Ty stało się My, którzy żyją troskami, marzeniami i potrzebami drugiej osoby jak swoimi, ale jednocześnie wcale o sobie w tym związku nie zapominają.





