Zobacz również

Przemoc w związku. Psycholog radzi

„Sama to sobie robi”, „Głupia, ze z nim jest”, „widziały gały, co brały” – te słowa przewijają się w dyskusjach na temat przemocy. Tylko to nie jest takie proste!

Po pierwsze każda i każdy z nas może doświadczyć przemocy, choć część faktycznie lepiej sobie z tym poradzi, bo zostawia przemocowego partnera na wczesnym etapie związku. Ofiary przemocy są często wychowywane od małego tak, żeby spełniać oczekiwania, znosić, chodzić na paluszkach wokół sprawcy, wytrzymywać. Są nauczone pełnej koncentracji na potrzebach i oczekiwaniach sprawcy, i nie znają innego życia. Bywa nawet, że mylą ten stan i swoje zaangażowanie emocjonalne w ugłaskiwanie sprawcy z miłością. To nie kwestia głupoty, a warunkowania.

Po drugie przemoc eskaluje nie nagle, a zgodnie z mechanizmem „stopy w drzwiach” – powoli, krok po kroku, sprawca przesuwa granicę, a ofiara się przyzwyczaja, tłumaczy sobie i akceptuje najpierw awantury (bo kto się nie kłóci), potem wyzwiska (zapomnijmy o sprawie, miała problemy w pracy), groźby (on tylko tak mówi), szarpanie i popychanie (przecież mi nic nie zrobił, więc nic się nie stało), aż do bicia.

Po trzecie od pewnego momentu bardzo trudno się wycofać ze związku, bo ofiara jest zwyczajnie sterroryzowana i boi się o swoje życie. Zresztą przemoc eskaluje zazwyczaj właśnie wtedy, gdy ofiara próbuje odejść. Otoczenie niestety często nie pomaga, bo ludziom z zewnątrz wydaje się, że wystarczy „pogodzenie” partnerów, i że wiedzą lepiej, co się dzieje za drzwiami domu sąsiada i jak „łatwo” temu zaradzić.

Po czwarte: ofiary same się gubią w tym, co się dzieje. Poddane gaslightingowi, obwiniane o prowokowanie przemocy, pełne poczucia winy wobec dzieci, potrzebują często wielokrotnego, konsekwentnego naklejania etykietek „to jest przemoc”, żeby sobie uświadomić, że tu nie ma symetrii i że fakt, ze krzyknęły czy przesoliły zupę nie uzasadnia ataku.

No i wreszcie po piąte: sama dynamika cyklu (czy właściwie spirali do piekła) przemocy podtrzymuje złudzenia. Po wybuchu następuje tzw. „miesiąc miodowy”, kiedy sprawca ze strachu przed konsekwencjami i poczucia winy stara się wynagrodzić ofierze przemoc. I wtedy jest cudownie. Aż narastające napięcie doprowadzi do kolejnego wybuchu. Z czasem faza miesiąca miodowego skraca się i w końcu zanika, a niektóre ofiary zaczynają nawet prowokować wybuch, bo tak się go spodziewają, że nie wytrzymują napięcia.

Dlatego właśnie ofiary przemocy wchodzą w kolejne przemocowe związki („lepszy diabeł znany”) i dlatego wychodzą z nich powoli, wielokrotnie, zanim wyjdą na dobre. O ile w ogóle wyjdą, bo często na tym wychodzeniu i wracaniu mijają całe lata, dzieci dorastają i stają się pokiereszowanymi dorosłymi, często sprawcami lub ofiarami przemocy, i odpada bardzo silny motyw do ucieczki.

Autor

  • Psycholożka, nauczycielka, terapeutka EMDR, dr nauk humanistycznych. Adiunkt - Badawczo - Dydaktyczny w: w: Wyższa Szkoła Kształcenia Zawodowego we Wrocławiu.

    View all posts
Beata Rajba
Beata Rajba
Psycholożka, nauczycielka, terapeutka EMDR, dr nauk humanistycznych. Adiunkt - Badawczo - Dydaktyczny w: w: Wyższa Szkoła Kształcenia Zawodowego we Wrocławiu.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

Tego autora