W 2005 roku Cliff Arnall, brytyjski psycholog, były pracownik Cardiff University, dostał zlecenie. Nie był wcale pierwszym wyborem. Agencja reklamowa Porter Novelli skontaktowała się wcześniej z wieloma wykładowcami uniwersyteckimi, oferując wynagrodzenie w zamian za umieszczenie ich nazwisk w artykule stworzonym pod tezę. Chodziło o rozkręcenie ruchu w martwym dla biur podróży okresie noworocznym.
Tak powstał Blue Monday, najbardziej depresyjny dzień w roku, który ma nas rzekomo dopaść już 20 stycznia (i coś w tym jest, mam wtedy wielką kumulację zebrań, a zebrań nienawidzę wręcz organicznie.
Na najgorszy dzień w roku składać się miały fatalna pogoda i brak słońca, długi po świątecznych i sylwestrowych szaleństwach i porażka w utrzymaniu postanowień noworocznych.
W praktyce Blue Monday to fake, sprytny chwyt reklamowy, który miał przekonać klientów, że w martwym do tej pory okresie potrzebują wakacji, żeby podreperować sobie nastrój. Choć oczywiście ten nastrój zimą i na przedwiośniu jest obiektywnie gorszy.
I nie ma w tym nic złego!
Jesteśmy biologicznie przystosowani do tego, żeby w miesiącach, w których jest zimno i ciemno, przejść w tryb oszczędzania energii. Gdy nasz gatunek ewoluował, szczególnie w Europie i Azji, zima była okresem, gdy jedzenia było mało, a wzrastało ryzyko spotkania głodnych drapieżników. Mechanizm jest taki, że brak światła wpływa na poziom hormonów, szczególnie melatoniny, powodując senność i spadek energii.
Problem w tym, że nie żyjemy zgodnie ze swoim rytmem biologicznym, wiec całą zimę musimy walczyć z naturą, żeby funkcjonować efektywnie.
Do tego zimna aura nie zachęca do ruchu, a to kolejny czynnik pogarszający nastrój.
Wreszcie z braku słońca nawet 90% Polaków ma niedobory witaminy D3, które też skutkują obniżeniem nastroju. Mniej więcej 4% Polaków cierpi wręcz na kliniczne obniżenie nastroju zwane depresją sezonową, ale wszyscy doznajemy w tym okresie pewnego spadku energii. Co z tym zrobić? Zaakceptować.





