Było sobie “Polonia”, czyli pierwsze w historii Lubina kino. Pierwszym filmem była radziecka “Pieśń tajgi”. Ludziska stłoczeni, jak śledzie w akwarium oglądali toto na twardych ławkach, a baby piszczały z przerażenia. Bo zamiast patrzeć na film, ich głowy zajęte były biegającymi po kinie szczurami, jakby zwierz nie miał prawa do obejrzenia filmu.

W ogóle z “Polonią” jest ciekawa sprawa, bo co jakiś czas śni mi się. Musicie wiedzieć, że tego kina już nie ma. Przegrało z rynkiem, a budynek, w którym mieściło się, czyli zabytek został zamieniony w podłą tańcbudę, którą przejął za bezcen koleś związany dziwnymi układami z lokalnymi polityszians. Bywa. Hitem numeru była strzelanina. Teraz budynek jest nieczynny, a zatem zaniedbany. Ale to nas teraz nie interesuje.

Pamiętam, jak oglądaliśmy w “Polonii” francuskiego “Pechowca”, który i kinu przyniósł pecha, bo mniej więcej w połowie filmu projektor zerwał taśmę z filmem. Było też “Imperium kontratakuje”, które niezbyt interesowało nas z tego względu, że w ostatnim rzędzie lizała się zakochana para, która nie zdawała sobie sprawy, że łebki patrzą na nią, zamiast podziwiać zmagania Luke a Imperium.

Za to “Terminator”, czy jak kto woli “Elektroniczny morderca” to już przeogromne kolejki, bo nie każdy mógł dostać się na seans. Oczywiście koniki.

Koło “Polonii” był taki mały park. Pareczek albo parczek nawet. Ale zostańmy przy małym parku. I był tam ni to pomnik, ni to coś, w każdym razie na cokole stała duża blaszana gwiazda czerwona. Ku czci armii, która Lubin wyzwoliła. Do gwiazdy prowadził chodniczek, a po bokach gwiazduni rosły krzewiny. Rosną zresztą do tej pory, jeno gwiazdę usunięto.

W każdym razie park służył do przerw sikalnych przed seansami, lub przerw zapoznawczo- rypalnych, również przed seansami. Albo po. A zwykle zamiast nich. Najczęściej korzystali z tej formy spędzania wolnego czasu młodziaszki. Kupowało się bilet i w razie “W” pokazywało rodzicom bilet, że było się w kinie, a nie np. w “Gwarku” na wódce z piwem (“Gwarek” jest zresztą niedaleko).
Dobra, wrócę trochę później, biologia wzywa.

No może nie do końca biologia, bo i lenistwo i pies.

To w “Polonii” pierwszy raz obejrzałem “Zabić księdza”, uryłem się ze śmiechu przy oglądaniu “Lotnej”, a podczas trzeciego “Supermana”, słychać było pojedyncze “o kurwa, ja pierdolę!”. Było to słychać zwłaszcza w scenie, w które Supcio zmroził nieświeżym oddechem jezioro.

No i “Klasztor Szaolin”- przezajebiste łup- łup- pierdut!!! które każdemu działało na wyobraźnię.

Lata III eRPowskie, a w zasadzie poprzedzające je, to już powolny upadek kina. Chociaż z drugiej strony trzeba przyznać, że w tych właśnie czasach nadkomplety były normą.

Generalnie rzecz sprowadzała się do tego, że pewien taksiarz zawarł dil z kierowniczką kina, by dwa razy w tygodniu puszczać videosy. Normalnie, na telewizorze.

I leciały te “Amerykańskie ninja” “Kondory Wschodu” “Najebane mistrze” i inne hity video o jakości takiej sobie. Inna sprawa, że pomysł taksiarza okazał się złotym strzałem. Nieważne, że obrazki były fatalnej jakości, a ten, kto stał w ostatnim rzędzie mało co widział. Liczyła się obecność. I tak to szło. A potem “Polonia” zrobiła fik. I tak jej zostało.

Byłoby jednak niesprawiedliwością mówić, że “Polonia” est kaput.
W tym samym ciągu budynków, może z dziesięć metrów dalej, no dobra, trzynaście i siedem ósmych stoją delikatesy “Polonia”. Kiedy nie tak dawno kupowałem w nich Zołądkową Gorzką, sprzedawczyni oświeciła mnie, że jest już kilka gatunków, w tym miętowa i o zgrozo! biała!

Przemek Saracen

Skomentuj używając swojego konta na Disqus, Facebooku, G+ lub korzystając z tradycyjnego systemu komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here