More

    Wąwozy Słowackiego Raju. Klasztorny, Mały Kysel, Wielki Sokół.

    Nie, nie zrobiliśmy tych trzech wąwozów w jeden dzień. Fizycznie to niemożliwe, poza tym Wielki Sokół jest tak wymagający, że w powrotnej drodze mięśnie po prostu odmawiają posłuszeństwa.

    Za to Klasztorny oraz Mały Kysel są dosyć przyjemne w przejściu. Szybkie, śliczne i łatwe. Na dodatek można je połączyć z innymi szlakami.

    I tak dla przykładu Klasztorny połączyliśmy z Przełomem Hornadu, o którym napiszę w innym wpisie.

    KLASZTORNY

    Klasztorny jest dosyć ciekawy, bo mimo iż stosunkowo niewielki, bo raptem godzinny (półtora kilometra długości) i ma siedem wodospadów. Podczas wyjścia z wąwozu przechodzimy obok czegoś, co było kiedyś klasztornymi stawem rybnym.

    Ten wąwóz powstał na przestrzeni lat dzięki sile potoku wypływającego z Klastoriska, a turyści mogą na legalu chodzić przez ten jar od 1960 roku. Oczywiście wąwóz jest jednokierunkowy.

    Klasztorny jest o tyle fajny, że wychodzi wprost na Klastorisko, a zatem mamy kolejny powód do wypicia orzeźwiającej Kofoli z widokiem na Gerlach. A potem znowu w dół, do Podlesoka. Powiem wam, że te powroty na Klastorisko mają swój urok.

    MAŁY KYSEL

    Mały Kysel to chyba najładniejszy z obejrzanych przez nas wąwozów i na pewno przebija Suchą Belę, która jest przecież takim symbolem, pocztówką tego miejsca, ale może przemawia przeze mnie to czekanie w tłoku, marudzący ludzie, czy dziunie płaczące, że kamień mokry i laczek się rozklei. Zresztą można go połączyć z Suchą Belą, choć będziecie czuć deja vu.

    No nieważne. Mały Kysel jest po prostu śliczny i przypomina mi bardziej jakąś specjalnie dla mnie utworzoną atrakcję. Jest żywozielono, tropikalnie, mokro, skalnie, stalowo, no żyć nie umierać! I co najważniejsze – bez ludzi! Za to na pewno idealny dla dzieciaczków. Pamiętajcie o wodoodpornym obuwiu, bo trasa w znacznej części prowadzi dnem rzeki. Wąwóz liczy jakieś 3,5 km i wychodzimy z niego na rozstaju dróg prowadzących od wyjścia z Pieckiego i Suchej Beli. I tu również możem wybrać, jak chcemy wracać. Czy rowerem do Podlesoka, czy pieszo wprost przed siebie, patrząc na dobrze opisane szlaki, a może nieco nadrobić trasy i ruszyć na Klastorisko. Wybieraj.

    WIELKI SOKÓŁ

    Wielki Sokół jest najdzikszym i najtrudniejszym wąwozem Słowackiego Raju. Idziesz do niego tak samo, jak na Piecky. Tuż za Autokempingiem skręcasz w lewo i idziesz. Po prostu. Nogi same cię prowadzą. Kiedy dochodzisz do znajomego miejsca w postaci odręcznie napisanego kierunkowskazu „Piecky” nie zatrzymujesz się. Idziesz prosto dalej.

    Miniesz bar i pędzisz dalej, aż do mostka. Przechodzisz go, skręcasz w lewo i jesteś na właściwej drodze, na przedsionku do Wielkiego Sokoła. Pamiętaj o tym, bo to ważne. Jeśli pójdziesz tak jak ci się wydaje, bo co ci będzie gadał jakiś tam bloger to ok, idź sobie – ino zgubisz po prostu drogę. Rób jak mówię.

    No dobrze, przyjmijmy, że trafiłeś na właściwy szlak, żółty. Po lewej stronie masz wysychającą rzekę, co jest ogromnie frustrujące, bo zaczyna do ciebie docierać, że zmiany klimatu już się zaczęły a ci, którzy przestrzegają w telewizji przed suszą jednak mają rację. No mają, niestety. Powiem wam, że cholernie przykro patrzeć na te strużki, które powinny być potokiem sięgającym powyżej kostek.

    Koryto rzeki zmieniło się w wyściełany białym kamieniem chodnik, choć przecież miało być atrakcją jakich mało. No nic, pamiętajmy o tym i tak planujmy przyszłe wypady tak, by zobaczyć je, póki jeszcze istnieją.

    Wielki Sokół tworzy ogromną pętlę liczącą 23 kilometry i jest ona naprawdę ciężka. Ten wąwóz jest naprawdę dziki, nieujarzmiony, ogromny i przypomina jeden wielki bałagan, choć niektórzy z zachwytem krzykną, że tak wygląda pradawna puszcza. No może, nie będę się kłócił. Z jednej strony jest to ciekawe, z drugiej męczące.

    Zwałowiska powalonych i ciągniętych przez rwącą coraz rzadziej tym szlakiem rzekę tworzą barykady, kupy głazów, spiętrzone pnie, całe drzewa, gałęzie, no po prostu jakby szalał tu jeden wielki, wkurwiony bóbr.

    Pamiętajcie o zabraniu z sobą większej ilości napojów, weźcie może jakąś słuszną przekąskę, apteczkę, skarpety na zmianę, a nawet obuwie, bo może okazać się, ze stopy bolą na tyle, że trzeba zmienić buty.

    Bardzo chciałem przejść ten wąwóz, bo wiecie, jako stary harcerz uwielbiał takie łażenie bez celu, wspinanie się, pokonywanie przeszkód, łażenie w górę i w dół mimo lęku wysokości, celowe i bezkarne pakowanie się w wodę, bo kiedy jak nie teraz. Przełażenie przez drzewa, brudzenie się, może nawet wyłapanie jakiegoś siniaka, czy zadrapania. No rozumiecie, taka namiastka przygody życia powtarzana przy każdej nadarzającej się okazji.

    To takie trochę dziecięce poczucie bezkarności, by podczas wakacji móc wszystko.

    Jednak były chwile, gdy żałowałem wypadu w to miejsce. Po prostu im dalej w wąwóz, tym gorzej dla organizmu.

    Jasne, wspaniałe są te wyrastające z gruntu skały kończące się gdzieś ze 300 metrów ponad nami, te zwały drewna i kamienne pryzmy. Ale wiecie, z czasem było tego zbyt dużo i człowiek jest tym po prostu i znużony i zmęczony.

    Na szczęście Wielki Sokół ma miejsca, które wynagradzają wysiłek i zniechęcenie. To przepięknie umiejscowione wodospady, które w połączeniu z nabitymi w skałę stopniami, drabinami i kładkami daje tę bajkowo – dziecięcą radochę ze znalezienia skarbu piratów. No tak to działa.

    Kiedy dotarliśmy do końca nie mieliśmy poczucia radości z ukończonej przeprawy. Byliśmy zbyt wycieńczeni. Po prostu powaliliśmy się na niewielkiej polanie wzdłuż drogi i bez słowa piliśmy i jedliśmy wszystko co znaleźliśmy w plecakach.

    Nawet nie zwracaliśmy uwagi na przechodzących obok łazików, którzy zapewne zastanawiali się czy rzucić nam pieniążka, czy dzwonić po pogotowie.

    Na szczęście dzięki fajnie oznakowanemu szlakowi dotarliśmy na dół, ale nie pytajcie ile nam to zeszło. Była to mordęga, a ja nieustannie redagowałem w myślach testament, który chciałem nagrywać na komórkę. Tyle, że nie miałem nawet siły sięgnąć po telefon.

    Jakaż była nasza radość, gdy schodząc trafiliśmy mijany z rana bar. Tam nie tylko odpoczęliśmy, ale spróbowaliśmy lokalnego specjału, na przykład haliuszki, coś w rodzaju naszych klusków lanych, ale z sosem śmietanowym i smażonym boczkiem. A do tego kofola rzecz jasna. Pycha, no po prostu pycha, choć po Wielkim Sokole wszystko byłoby dla mnie pycha.

    Wieczorem wróciliśmy do Podlesoka. Było ciężko, ale świetnie. Tak świetnie, że nazajutrz nie czuliśmy ciała. A przed nami jeszcze kawał miejsc do zobaczenia.

    Przemek Saracen
    Przemek Saracen
    Wychowałem się w duchu Tony`ego Halika, małżeństwa Gucwińskich oraz komiksowych przygód Kajka i Kokosza i tarapatów, w jakie pakował się literacki wojak Szwejk. Lubię wszystko, co dobre i oryginalne. Czasem dobra rozmowa jest bardziej fascynująca, niż najbardziej wymyślny film.

    Najnowsze

    Jesteśmy na Insta

    Zobacz również

    Powiązane materiały