Gwiazdy Rocka może i mają odlotowe życie, ale i tak po jakimś czasie trzeba zwolnić, by nie rozbić się na 27 kilometrze swojej biografii. Cheney, zwolnił już dawno. Wygląda jak ktoś w ciężkiej depresji. Prowadzi bezpieczne i nudne życie u boku żony. Nawet sportowa gra, jakiej się oddaje okazuje się ukartowana. Centrum handlowe- jedno z niewielu miejsc, jakie odwiedza jest bezosobowym wyludnionym kompleksem.
Dziękujemy, że nas czytasz! Będziemy ogromnie wdzięczni, jeśli zdecydujesz się wesprzeć Srebrny Kompas na Zrzutce! Dziękujemy!
Podczas zakupów porusza się niemrawo z koszykiem przed ścianą identycznych opakowań.. Słyszymy nawet krótko motyw muzyczny, jako żywo wycięty z „Lotu nad Kukułczym Gniazdem”. Wczoraj, dziś i jutro tak samo przewidywalne, zupełnie jak u czubków.
Cheney faktycznie odleciał, ale nie tak jak sugeruje polski niemądry tytuł tego filmu. Żyjąc w swoim świecie, zamknięty w jakimś kombinezonie czasu, mówi apatycznie i cicho. Kontakty towarzyskie ogranicza do kilku osób. Zdawałoby się, że rzeczywistość jest już ustalona, jak i jego makijaż- maska, przywodzący nam postać Roberta Smitha z The Cure.
Wszystko zmienia telefon; wiadomość o śmiertelnej chorobie ojca za oceanem. Okazuje się, że Cheney ma przeszłość i korzenie. Wybiera się do Ameryki. Z nudy? A może z powodu nękającego go poczucia winy?. Do końca nie wiemy, chociaż widzimy jak silne targają nim emocje gdy przyjdzie mu stanąć obok nieżyjącego już Ojca, pierwszy raz od 30 lat.
I tutaj zaczyna się klasyczne kino drogi… Ojciec Żyd, były więzień Auschwitz zostawia zeszyty, a w nich wskazówki jak znaleźć jednego z obozowych zbrodniarzy. Otrzymuje je w schedzie marnotrawny syn. Cheney potraktuje notatki jak mapę drogową, niepewny puenty, jaką przyjdzie mu dopisać.
Rytm filmu w reżyserii Paolo Sorrentino przebiega powoli, możemy się rozsmakować w zdjęciach. Amerykę z jej szosą za horyzont, z jej przestrzenią oglądamy w sennych ujęciach, które czasami wydają się irrealne. Nie inny jest Cheney. Niby naiwny dziecięcy, ale również po prostu mądry.
Nie jest to film o zemście, ta nie daje zadośćuczynienia. Holokaust, ta katastrofa naszej cywilizacji jest zaledwie pretekstem wyjściowym do historii o naszej tożsamości. Wszyscy musimy w końcu wybrać. Dorastamy, albo i nie. Nie ma drogi na skróty. Można nieudolnie tłumaczyć zło powielając szkodliwe mity. Obiecywać słodką zemstę bez poczucia winy.
Uczciwiej jest jednak powiedzieć „coś nie gra” pozbywając się złudzeń, nawet, jeżeli nie wiemy do końca, co brzmi fałszywie.
Uproszczenie, jakie zaryzykował reżyser jest przemiana bohatera, zgodnie z kanonem kina drogi następuje tutaj wręcz fizycznie. Sean Penn w roli tak ekscentrycznej potwierdza swoją aktorską klasę. Okazuje się, że w temacie tak wyeksploatowanym jak kino drogi można opowiedzieć coś nowego.
Film nie oferuje nam prostych rozwiązań. Subtelny humor, niedopowiedzenia. Ścieżka dźwiękowa, w jakiej nie mogło zabraknąć kawałka Passenger wyśpiewanego przez Iggy Poppa. Istotą zmiany jest wędrówka. Życie osiadłe, iluzja stabilizacji prowadzą do stagnacji. W rutynie nie ma nic chwalebnego, jeśli jest kartonową dekoracją podtrzymującą nasz sztuczny świat.
Co właściwie może nam się przydarzyć, jeżeli nie ruszymy naszego tyłka? Nawet, jeżeli bezdroża na jakich się znajdziemy to „Nowy Meksyk a nie Indie”…
Ernest Lindberg





