Prezydent zawetował ustawę o rozwodach pozasądowych, w ramach której dwoje dorosłych ludzi miałoby za obopólną zgodą mieć możliwość rozstania się tak, jak się pobrali, składając podpisy przed urzędnikiem, bez długiej i mozolnej procedury sądowej.
Rzekomo zrobił to dla ochrony rodziny.
Tyle, że nie chroni w ten sposób niczego, poza poczuciem, że wartości jego i jego partii są ważniejsze, niż wartości innych ludzi.
Wydłużanie procedury rozwodowej nie daje drugiej szansy, chyba że na eskalację przemocy i toksyczności.
Nie chroni małżonków. Rozwód to i tak drugie po śmierci bliskiej osoby najbardziej stresujące przeżycie w skali Rahe’a i Holmesa, a przedłużanie tego procesu i konieczność tłumaczenia się na sali rozpraw jeszcze ten wynik podbija.
Nie chroni dzieci, bo one są świadkami konfliktów rodziców, i zostają uwięzione w patologicznej sytuacji, budzącej niepewność i lęk.
Kogo więc chroni? A może co?
Bo mi jako żywo przypomina zdarzenie w komunikacji miejskiej, gdy zasłabłam będąc w 6. miesiącu ciąży, a świętoszkowata baba na siedzeniu obok wypaliła
„jak zgrzeszyłaś, to się teraz męcz”.


