Za każdym razem, gdy krytykuję jakiś nie mający większej wartości test osobowości czy gusła typu ustawień hellingerowskich lub totalnej biologii, ktoś wyciąga argument „a bo Jung mówił…”
Dlaczego Jung czy Freud są w oczach laików autorytetami?
Bo uczelnie kształcące psychologów same ich stawiają na piedestale!
Na jednej znanej mi uczelni studenci uczyli się o Freudzie na 7 różnych przedmiotach, a na innej na 11, powtarzając w kółko przez pół semestru tę samą wiedze, co gorsza bezkrytycznie, tak jakby wszystko dało się wytłumaczyć fiksacją analną i kompleksem Edypa.
Tymczasem, Mili moi, większość teorii Freuda, wszystko, co wymyślił Jung i wiele wiele innych tez psychoanalityków zwyczajnie nie przetrwało próby czasu i badań. Powinny one być traktowane w najlepszym razie jako bajeczki dla dorosłych.
W zupełności wystarczy omówienie tej tematyki tam, gdzie jej miejsce – na historii psychologii.
Bo psychologia stara się być nauką opartą na dowodach i praktyką opartą o dobry warsztat, a nie o teorie sprzed 100 lat.
I właśnie tego warsztatu trzeba uczyć młodych psychologów.
Pracuję ostatnio z dwójką bardzo fajnych praktykantów, którzy pomimo zabójczego tempa świetnie sobie radzą – nauczyli się już prowadzić wywiad i doskonale tę wiedzę wdrożyli, nauczyli się pisać konceptualizację przypadku i przećwiczyli to w praktyce. Teraz przed nimi określanie celów terapeutycznych, potem nauczymy się prostych technik interwencyjnych, a jeszcze potem pomogę im wdrożyć się w diagnozę za pomocą kwestionariuszy.
To jest wiedza praktyczna. I proszę mi wierzyć, poza mechanizmami obronnymi Freud, Jung i inne dinozaury nie przydają nam się w ogóle…





