Zobacz również

Wąwozy Słowackiego Raju. Piecky.

Wizytówką Słowackiego Raju są wąwozy. Są na tyle zróżnicowane, że przejście każdego z nich wiąże się z innymi przeżyciami. Istnieją wąwozy małe, duże i ogromne. Są dzikie i takie z pocztówki, przygotowane pod masowego turystę i dział promocji. Ale są też takie przypominające przeprawę przez jakąś południową dżunglę.

Są niewysokie, ale i takie, których ściany wyrastają z gruntu na przeszło trzysta metrów! Są takie, którymi iść możemy ścieżkami, ale są też szlaki prowadzące przez koryto rzeki.

Za to wszystkie wąwozy łączy ludzka pomysłowość oraz sposoby nie tylko ułatwiające, ale i sprawiające, że pokonanie takiego cuda natury przypomina zabawę. Są to różnego rodzaju metalowe stopnie, kładki stalowe i drewniane, liny i łańcuchy oraz drabiny pionowe i ukośne długie i te małe. Wbite w skałę, znajdujące się na trasie wzburzonej rzeki, walącego w dół wodospadu, szemrzącego strumyka lub… wyschniętego koryta.

Słowacki Raj staje się ofiarą zmian klimatu. Jako że płynące wzdłuż trasy rzeki i potoki są nieodłączną częścią pokonywanej trasy nie trzeba chyba mówić jak wielką frajdę sprawia pokonywanie takiej drogi. Zwłaszcza, gdy jedynym sposobem na pokonanie części szlaku jest brodzenie po kostki w lodowatej i krystalicznie czystej wodzie.

Zazdroszczę tym, którzy wchodząc po kilkunastometrowej drabinie czuli na twarzy rześki, chłodny powiew i walącą z wodospadu masę wody. My niestety trafiliśmy na ten czas, gdy jest już coraz bardziej sucho, a o tym, że tędy płynęła rzeka świadczy szerokie koryto wyłożone nienaturalnie białymi kamieniami.

Dlaczego Piecky nie Sucha Bela? Była sobota, a to dzień, w którym Słowacki Raj doświadcza oblężenia turystów, którzy chcą zobaczyć nasłynniejszy wąwóz tego rezerwatu. Dość powiedzieć, że kolejka do pierwszej drabiny może trwać nawet dwie godziny! Dlatego też zdecydowaliśmy się na nieco oddalony od kampingu wąwóz Piecky.

Aby dotrzeć do niego można wybrać się albo pieszo, albo autem, albo autobusem regionalnym. My wybraliśmy marsz. Jak się zmęczyć to na całego.

Dojście do parkingu, na którym znajduje się właściwe wejście na teren rezerwatu zajęło nam jakąś godzinę. W niewielkiej budce należy kupić dzienny bilet wejścia do parku, który kosztuje 1,5 euro. Jeśli chcesz zostawić obok samochód, licz się z wydatkiem 3 euro. Płatne gotówką.

Droga jest dobrze oznaczona, a poza tym umówmy się – koniec języka za przewodnika, a słowacki nie jest przecież taki trudny.

Zanim wejdziemy w las zwracamy twoją uwagę na to, co powinieneś zabrać z sobą do plecaka:

                          • apteczkę
                          • powerbank
                          • papier toaletowy
                          • jakaś przekąska
                          • minimum 1,5 litra wody do picia
                          • bluzę z długim rękawem, bo nie wiadomo, jak zmieni się pogoda
                          • latarkę
                          • skarpetki
                          • obuwie na zmianę, bo może być mokro, ale może po prostu twoje stopy będą zbyt umęczone

Powiedziawszy to wchodzimy na szlak. Nie będziemy tłumaczyć ci, jakim szlakiem podążać, bo zakładamy, że wiedzę tę posiadasz z map dostępnych np. w punkcie informacji turystycznej znajdującej się przy recepcji kempingu. Wystarczy, że wybierzesz sobie jeden ze szlaków i tego się trzymaj jako, że w przypadku Pieckiego trochę się nachodzisz. Podpowiadamy dla porządku, że należy trzymać się żółtego szlaku.

Wąwóz Piecky jest wąwozem jednokierunkowym. Pamiętaj o tym, gdy ruszysz w trasę.

Pierwsze przejście tym wąwozem odnotowano w 1911 roku i dokonał tego Sandor Mervay z kumplami. Idąc jego śladami możesz spodziewać się trzech wodospadów: Wielkiego, Kaskadowego i Terasowego. W zależności od tempa i przerw trasa zajmie ci jakieś dwie godziny, ale pamiętaj: to ty wyznaczasz swój rytm i od ciebie zależy, jak długo będziesz pokonywał drogę. Najważniejsze, byś pamiętał, że masz wrócić przed zmierzchem i w jednym kawałku.

Sama nazwa Piecky wiąże się ze skojarzeniami z dzieciństwa, z czasem spędzonym na wsi. Chodzi o to, że wzburzona i spadająca woda utworzyła pod wodospadami wgłębienia skalne przypominające piec. Stąd nazwa wąwozu.

Piecky to najlepszy przykład na to, że jednak trzeba zdawać sobie sprawę, w jakie miejsce idziemy. Wiecie, jeśli nagle wyłania się przed wami wielka skalna ściana, z której walą masy wody, tuż przy której znajduje się praktycznie wbita w tę skałę drabina o wysokości 13 metrów, to jednak mówimy o jakimś wyzwaniu. Dla jednym większym, dla innych żadnym, no ale śmiem twierdzić, że jest to jednak większy wysiłek.

I jeśli widzę kogoś, kto beztrosko w laczkach, z psem u boku sunie dziarsko trasą prowadzącą ku tej ścianie to zaczynam zastanawiać się, czy nie należy wprowadzić jakiegoś quizu przeprowadzanego przy wejściu do wąwozu. Podobnie z targaniem z sobą małych dzieci.

Co tu dużo ukrywać, mam lęk wysokości i wiem na co mnie stać, a co lepiej sobie odpuścić. Wiem jak to kontrolować a od czasu, gdy atak paniki dopadł mnie podczas wejścia na słynny norweski Kjeragbolten wiem, jak reaguje organizm. Wiem więc, w co się pakować, a czego unikać. Na szczęście lata łażenia po dziwnych miejscach sprawiły, że szybko oszacowane ryzyko pozwoliło rytmiczne i swobodne wejście mimo lęku wysokości.

Jeśli masz podobnie jak ja chwyć oburącz pionowe uchwyty drabiny, pamiętaj by kciuki przywierały do stali, pamiętaj o zasadzie trzech punktów i zdecydowanie, rytmicznie idź do góry. Stąpaj pewnie, nie patrz w dół. Zobaczysz jak szybko pokonasz i trasę i to nieprzyjemne uczucie, gdy jądra uderzają o wątrobę.

Sam wąwóz jest dosyć urozmaicony i przyjemny. Szkoda, że tej wody było niewiele, no ale cóż – klimat jest klimat i dobrze, że choć trochę tej wody było.

Po dwóch godzinach wypełzliśmy z wąwozu na trasę, która okazała się wspólną dla tzw. wychodu z Suchej Beli, ale również cyklotrasą – drogą rowerową, którą możecie dotrzeć do nieodległego Klastoriska oraz zjechać do Podlesoka. No dobrze, ale przecież nikt normalny nie będzie targał po wąwozie roweru, tak?

Otóż na styku dróg wychodzących z wąwozów stoi sobie mobilna wypożyczalnia. Płacisz gotówką, nie wiem ile teraz to kosztuje, bo cena jest płynna, ale myślę że w granicach 10 euro (gotówka). Pojazd zdajesz w oznaczonym miejscu w Podlesoku. I tyle.

Ale możesz też dojść do czerwonego szlaku i pieszo zejść do kempingu. Możesz również wracać drogą okrężną przez Klastorisko. Ogromną polanę z przepięknym widokiem na Wysokie Tatry. Nie musisz wiedzieć, jaki szlak tam prowadzi i w którą stronę ruszyć. Wszystko jest tu na tyle dobrze oznaczone, że nie powinieneś mieć problemów z dotarciem. Poza tym pamiętaj: koniec języka za przewodnika.

Klastorisko to nie tylko polana i rozstaje dróg prowadzącej do kolejnych atrakcji Słowackiego Raju, czyli Przełom Hornadu, mnóstwo innych wąwozów, słynny punkt widokowy, czyli Tomasovy Vyhlid lub Ferrata Kyzel. To również mobilna wypożyczalnia rowerów, punkt wynajmu zestawów ferratowych, bo przecież nie każdy chętny musi takowym dysponować. Są tu również klasztorne ruiny, ale póki co są odbudowywane, zatem są musimy poczekać, aż całość będzie pięknie wyglądać.

I tak najważniejsze jest wyszynk z krótkim, prostym menu. Kiełbasa, frytki, zupa, pierś z kurczaka. I tyle. Tanio, szybko, smacznie. Do tego nieodzowna Kofola, którą możesz sobie na zewnątrz nalać z kija w ścianie, jeśli nie chcesz czekać w kolejce stojącej wewnątrz wyszynku.

Piesze zejście do Podlesoka zajmuje godzinę z groszami.

Autor

  • Dziennikarz, pisarz i człowiek pracy najemnej. Autor książki "Dzikie historie: Norwegia". Założyciel i wydawca magazynu "Srebrny Kompas". Autor w serwisie "Posty.pl" oraz współpracownik lokalnego magazynu "Tu Lubin". Finalista polskiej edycji międzynarodowego konkurs scenariuszowego Hartley - Merill utworzonego przez Roberta Redforda. Wychowałem się w duchu Tony`ego Halika, małżeństwa Gucwińskich oraz komiksowych przygód Kajka i Kokosza i tarapatów, w jakie pakował się literacki wojak Szwejk. Lubię wszystko, co dobre i oryginalne. Czasem dobra rozmowa jest bardziej fascynująca, niż najbardziej wymyślny film.

    View all posts
Przemysław Saracen
Przemysław Saracen
Dziennikarz, pisarz i człowiek pracy najemnej. Autor książki "Dzikie historie: Norwegia". Założyciel i wydawca magazynu "Srebrny Kompas". Autor w serwisie "Posty.pl" oraz współpracownik lokalnego magazynu "Tu Lubin". Finalista polskiej edycji międzynarodowego konkurs scenariuszowego Hartley - Merill utworzonego przez Roberta Redforda. Wychowałem się w duchu Tony`ego Halika, małżeństwa Gucwińskich oraz komiksowych przygód Kajka i Kokosza i tarapatów, w jakie pakował się literacki wojak Szwejk. Lubię wszystko, co dobre i oryginalne. Czasem dobra rozmowa jest bardziej fascynująca, niż najbardziej wymyślny film.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

Tego autora