Zobacz również

„The Gray Man”. Porządny film akcji, ale Netflix, który go wyprodukował i tak ma problem.

Wszyscy czepiają się tego filmu, a ja wam mówię, że naprawdę nie ma o co. Otrzymaliśmy przyzwoity film akcji, w którym dzieje się co prawda zbyt dużo, ale za to efektownie. Kamera lata jak ta lala, sceny akcji są intensywne, tramwaj rozbija się jak cholera. Tylko bohaterowie jacyś tacy pacynkowi. I to jest prawdziwy problem tego filmu.

Tak naprawdę „The Gray Man” powinien trafić do kin i pod tym względem wychodzi tu słabość polityki Netflixa (producenta filmu), który zamiast podzielić swoje produkcje na te widowiskowo kinowe i te mniej widowiskowo streamingowe wrzuca wszystko jak leci do streamingu. No bez sensu.

Bracia Russo znani są masowej publiczności z realizacji superbohaterskiego kina od Marvela. A zatem maszynki mielącej aktorów i produkującej filmy wg tego samego przepisu. Popartego sprawnie naoliwioną maszyną produkcyjną i marketingową, nadzorowaną przez Kevina Feige odpowiedzialnego za rozwój kinowego świata Marvela.

Jednak Russo weszli na teren Netflixa, a ten zlecił im stworzenie kolejnego totalnego filmu akcji spod znaku „Mission Impossible” „Jasona Bourne`a” „Jamesa Bonda”, a pewnie i oldschoolowego „Commando” ze Schwarzeneggerem, troszkę jakiegoś gówna od Michaela Baya i setek innych filmów z cyklu zły/dobry agent, którego zabili, a on i tak uciekł.

I ludzie od największych hitów Marvela taki film zrobili. Wyciągnęli to, co wg nich najlepsze u poprzedników, podrasowali, podkręcili tempo, powyginali kamery na wszystkie możliwe strony, a że i u nich inflacja to i koszty większe.

W efekcie dostaliśmy film, który tak naprawdę nie wiadomo, czemu obrywa bęcki wszędzie, gdzie się da, ale rozumiecie – taka teraz moda, walić w Netflixa przy każdej możliwej okazji.

Myślicie pewnie, że będę teraz piersią mężną bronić „The Gray Man”? Częściowo, bo we wszystkim trzeba znać miarę. Tyle, że najlepiej zacznę od początku.

Nie mam wielkich wymagań, jeśli chodzi o kino. Chcę po prostu dobrego filmu. Takiego, który poruszy we mnie emocje. Sprawi, że polubię bohatera, lub go znienawidzę, ale jednak zwiążę się z nim na tyle, że wybaczę twórcom scenariuszowe i produkcyjne wpadki. No tak to działa.

Tak, emocjonalne zaangażowanie jest najważniejsze. Jeśli tego nie ma, pozostaje mi się upijać do nieprzytomności lub do wyrzygu technicznymi aspektami filmu: pięknym zdjęciami, fajnym oświetleniem, dobrym montażem i ogólnym biglem, który poniesie całość.

Są w kinie takie rzeczy, nieopisywalne, że nie jesteś w stanie konkretnie wskazać co zadziałało, a co nie, ale wiesz, że ten film jest dobry, zły lub sam nie wiesz co o tym filmie myśleć.

I tak jest właśnie z „The Gray Man”.

Fabuła tego filmu jest prosta jak drut – ot, jest sobie emocjonalna kaleka o doskonałych talentach destrukcji materiału ludzkiego i technicznego. I ta emocjonalna kaleka zostaje wyciągnięta z więzienia przez byłego męża Angeliny Jolie. Jedynym warunkiem przedterminowego zwolnienia jest zabawa w Kmicica, czyli będziesz mordował dla tych dobrych, czyli CIA.

W ten sposób powstaje szary pan nazwany Sierra Six co oznacza, że po świecie jeździ na stopa przynajmniej pięciu innych morderców opłacanych z pana podatków, pani podatków, ze społeczeństwa podatków.

Szefem Sierry jest… no nie pamiętam… ten czarny koleś z „Bridgertonów” i jest tak boleśnie bez wyrazu, że chyba lepiej, by wrócił do wspomnianego serialu. No ale ok, nie o to w tym filmie chodzi, a trzeba było wprowadzić jakiś czarny charakter hehehe.

Traf chce, że Sierra Six musi zabić jednego ze swoich kolegów po fachu. Przy okazji wchodzi w posiadanie pendrive, na którym są jakieś śmieszne memy, trochę gifów i zdjęcia Borata z tym czarnym Bridgertonem. To znaczy tak mi się wydaje, bo tak naprawdę musimy przyjąć na wiarę, że na dysku są jakieś kompromitujące czarnego materiały. No i fajno, no i okej.

I rozpętuje się piekło, bo CIA spuszcza ze smyczy swojego buldoga – niezrównoważonego superłotra granego przez Kapitana Amerykę, przepraszam, pana Chrisa Evansa. Buldog ma ubić Sierrę Six granego przez pana Ryana Goslinga. W tle mamy jeszcze panią Annę de Armas, która ładnie kopie, skacze, odbija się od ściany i kul unika dając nam radość wielką.

Bohaterowie wymyśleni przez braci Russo (no może nie do końca wymyśleni, bo to przecież ekranizacja książki) i opłaceni przez Netflix skaczą z kraju do kraju, rozwalają w niezwykle efektowny sposób pół czeskiej Pragi, która niszczona przez tramwaj godna jest obejrzenia na wielkim ekranie. Naprawdę.

Mały ekran gdzieś gubi ten cały zgiełk. Te zgrabne walki, świszczące kule, ujęcia zrealizowane z nieprawdopodobnych kątów. Tę zrealizowaną z biglem scenę pościgu w Czechach. No jest co oglądać.

Niestety Russo nie są dobrymi reżyserami. O ile w ramach Marvela byli wsparci całą opowiedzianą we wcześniejszych filmach MCU historią wykorzystywaną w „Avengers” bohaterów, nadzorem producentów wykonawczych, którzy wprost mówili co i w jakich proporcjach musi się znaleźć w filmie, tak tutaj parę rzeczy poszło, ale do dupy.

Bracia Russo nie umieją opowiadać zamkniętych historii. Nie potrafią tworzyć sekwencji pełnej napięcia. Mają problem z ułożeniem krótkiej, zgrabnej historii dzięki której poznamy bohatera, utożsamimy się z nim lub wkurzy nas do tego stopnia, że z wypiekami na twarzy będziemy kibicować mu w tym, by nie tylko przegrał, ale przegrał spektakularnie.

Niestety we współczesnym Hollywood coraz częściej do głosu dochodzą wyrobnicy, którzy mając wielkie mniemanie o sobie wykładają się na prostym opowiadaniu historii angażującej widza.

Zdarzyło się tak w przypadku najnowszej trylogii „Gwiezdnych Wojen”, które w finale zostały wręcz ośmieszone przez JJ Abramsa. Zdarzyło się tak przy okazji „Parku Jurajskiego”, cyklu po prostu zamordowanego przez Colina Trevorova. Jeśli weźmiemy to pod uwagę, bracia Russo nie wypadają źle, choć są na dobrej drodze. Póki co odważnie zmierzają w kierunku Michaela Baya, któremu trzeba było odebrać „Transformers” w obawie przez zarżnięciem marki.

No dobrze, po tej dygresji oceńmy głównych przeciwników. Jak to wygląda? No powiem wam, że również nie tak źle.

https://youtu.be/6Xa3flLtXro

Bohater pana Chrisa jest co prawda tak bardzo przerysowany, że momentami stanowi własną parodię, ale umówmy się, „The Gray Man” to film, w którym tak za dużo jest wszystkiego, że trzeba szarżować ile się da i mieć nadzieję, że ujdzie to na sucho.

Z kolei bohater pana Goslinga to nie dość, że emocjonalna kaleka, to bez cienia jakiejkolwiek mimiki. No i fajno, no i okej. W końcu musi być jakaś kontra wobec pana Evansa. Tyle, że wolałbym, aby pan Gosling jednak raz na jakiś czas wypowiedziałby jakąś kwestię na miarę boleśnie nieutalentowanego pana Schwarzeneggera w „Commando”. Niestety nie doczekałem się.

I tu dochodzimy do sedna współczesnej kinematografii, a zatem i przypadku Netflixa. To prymat finansisty nad doświadczonym producentem wykonawczym, który wie, co działa. Skutkuje to tym, że mamy coraz mniej utalentowanych reżyserów. A ci, którzy mają jeszcze coś do powiedzenia, coraz rzadziej pracują.

Pozornie mamy tu wszystko, co powinien mieć wzorcowy film akcji. Budżet, obsadę, efekty specjalne. A jednak coś nie zagrało.

Właśnie tego nieopisywalnego, ale myślę, że można spróbować otworzyć tę kłódeczkę i zajrzeć do kuferka.

Już to mówiłem, ale powtórzę – Russo nie są dobrymi reżyserami. Nie potrafią pracować z aktorami. Zachęcać ich do różnych wariantów danej sceny. Nie umieją improwizować. Nie są w stanie zbudować sekwencji, znanej nam choćby z „Suicide Squad”, gdzie James Gunn prostymi środkami uczłowiecza bestie w ludzkiej skórze, a nawet sprawia, że im współczujemy i chcemy by zbawili jeśli nie cały świat, to przynajmniej siebie. To właśnie dzięki takim trickom możemy przejąć się bohaterami napierdalającymi się z komputerową rozgwiazdą. Myślę, że to są te rzeczy, których dziś Russo nie są w stanie zrobić. Może kiedyś.

No i producent. Człowiek, który wesprze reżysera, zrobi wszystko by ten miał komfort pracy. Tego nie ma, ale to już raczej problem Netflixa, który powinien takich ludzi mieć i już.

No dobrze, bo za długo już gadam. Podsumujmy „The Gray Man”.

Wbrew temu co się mówi otrzymaliśmy dobrze zrealizowany film akcji idącym tropem największych filmów sensacyjnych ostatnich lat. Akcja pędzi na łeb na szyję, intryga jest grubymi linami szyta, ale przecież nie o to w takich filmach chodzi. I pod tym względem film braci Russo sprawdza się. Gubi go brak osadzenia bohaterów w jakiejś osobistej historii, dobrych dialogów i tych małych momentów, w których akcja pozwala postaciom na swego rodzaju intymność.

Można obejrzeć „The Gray Man”, czemu nie. Ale nie trzeba. Netflix zapowiedział kontynuację filmu. Wypada mieć nadzieję, że producenci wyciągną wnioski, wsłuchają się w głosy doradców i druga część zejdzie ze ścieżki zadeptanej przez Michaela Baya, a wejdzie na tę, po której stąpał Greengrass.

Autor

  • Przemysław Saracen

    Dziennikarz, pisarz i człowiek pracy najemnej. Autor książki "Dzikie historie: Norwegia". Założyciel i wydawca magazynu "Srebrny Kompas". Autor w serwisie "Posty.pl" oraz współpracownik lokalnego magazynu "Tu Lubin". Finalista polskiej edycji międzynarodowego konkurs scenariuszowego Hartley - Merill utworzonego przez Roberta Redforda. Wychowałem się w duchu Tony`ego Halika, małżeństwa Gucwińskich oraz komiksowych przygód Kajka i Kokosza i tarapatów, w jakie pakował się literacki wojak Szwejk. Lubię wszystko, co dobre i oryginalne. Czasem dobra rozmowa jest bardziej fascynująca, niż najbardziej wymyślny film.

    View all posts
Przemysław Saracen
Przemysław Saracen
Dziennikarz, pisarz i człowiek pracy najemnej. Autor książki "Dzikie historie: Norwegia". Założyciel i wydawca magazynu "Srebrny Kompas". Autor w serwisie "Posty.pl" oraz współpracownik lokalnego magazynu "Tu Lubin". Finalista polskiej edycji międzynarodowego konkurs scenariuszowego Hartley - Merill utworzonego przez Roberta Redforda. Wychowałem się w duchu Tony`ego Halika, małżeństwa Gucwińskich oraz komiksowych przygód Kajka i Kokosza i tarapatów, w jakie pakował się literacki wojak Szwejk. Lubię wszystko, co dobre i oryginalne. Czasem dobra rozmowa jest bardziej fascynująca, niż najbardziej wymyślny film.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

Tego autora

Wszyscy czepiają się tego filmu, a ja wam mówię, że naprawdę nie ma o co. Otrzymaliśmy przyzwoity film akcji, w którym dzieje się co prawda zbyt dużo, ale za to efektownie. Kamera lata jak ta lala, sceny akcji są intensywne, tramwaj rozbija się jak..."The Gray Man". Porządny film akcji, ale Netflix, który go wyprodukował i tak ma problem.