Czy naprawdę żyjemy w „przepsychopatologizowanym” świecie, gdzie normalne, naturalne życiowe trudności są diagnozowane i pacyfikowane błyskawicznie tabletką, lub wolniej z pomocą terapii?
W pewnej mierze tak.
Pokolenie naszych rodziców było „twarde”, ukształtowane przez niewygody powojennego i komunistycznego świata i świeże jeszcze rany historii. Po prostu się adaptowało. Każde następne ma niższą odporność psychiczną i niższą tolerancję na trudne emocje.
To jest bolączka naszych czasów – domorośli guru wmówili nam, że można być wiecznie szczęśliwym, stale optymistycznym, że wystarczy chcieć, żeby odnieść sukces. Nie mamy gotowości na pomieszczenie w sobie i wytrzymanie emocji negatywnych, radzenie sobie ze złością, smutkiem, lękiem, zazdrością, emocjami, które przecież są bardzo ludzkie. Bywa, że reagujemy na nie histerycznie, jakby miały nas zabić.
Gdy się pojawią, wielu nie próbuje sobie z nimi nawet radzić, sięga po tabletkę, po wsparcie psychologiczne.
ALE…
Wielu próbuje sobie radzić samotnie aż za długo, tracąc lata, okazje, relacje czy zdrowie.
Nasi rodzice też „znieczulali” emocje, tylko alkoholem. Bywali nieobecni, przemocowi, zupełnie nieświadomi tego, jak bardzo są toksyczni i niszczący. My płacimy za większą wrażliwość i empatię cenę czucia. A czucie boli. Nie wszyscy są na to gotowi, bo do bycia gotowym się dorasta. To proces, w którym czasem terapia bardzo pomaga.
Jesteśmy bardziej świadomi, a to oznacza, że dziecko z ADHD (tak, ADHD istnieje, nawet jeśli zdarzają się diagnozy na wyrost) nie musi iść przez życie z etykietkami „niedobry!”, „niegrzeczny!”, „wariat!”. Oznacza też, że gdy zniknie wszelka przyjemność z życia, gdy co dzień towarzyszy nam pustka, lęk, brak sił, łatwiej nam jest się zwrócić do specjalisty.
Po prostu możemy. Mamy możliwość pokazywać miękkie podbrzusze i dostawać uwagę, zrozumienie, wsparcie i poradę, której zabrakło, gdy dorastaliśmy. Tak jak ćwiczymy ciało na siłowni, a czasem i w gabinecie fizjoterapeuty, bo za bardzo jest poranione, tak ćwiczymy emocje w gabinecie psychologicznym. Żeby być lepszą wersją samego siebie.
Ale fakt, nie jestem obiektywna, sama jestem częścią tego „przemysłu” i co dzień jestem świadkiem cudu dorastania, stawania na nogi, odnajdywania akceptacji czy wręcz szacunku i podziwu dla siebie.
Czy ten proces dokonałby się bez mojej pomocy? Pewnie w wielu wypadkach tak. „Życie jest najlepszym psychoterapeutą” – mawiała psychoanalityczka Karen Horney.




