fbpx
piątek, 23 kwietnia, 2021
3.9 C
Sobótka

“Szkoła Latania”. Kajko, Kokosz, latający kufer i najlepsze co trafiło się w polskim komiksie: Zbójcerze!

Choć formalnie minął rok, w świecie Kajka i Kokosza minęło sporo czasu. Może nawet lat. Mirmił prawie wyłysiał, jego wąsy zaczęły się wydłużać. Bohaterowie mieszkają w nowym grodzie, a chrześcijaństwo jakby dostało w ciry. Łamignat mimo iż jest nadal oprychem to wyładniał, a Jaga jeszcze bardziej wylaszczyła się. Za to po drugiej stronie lasu wyrosły naprawdę dorodne prawdziwki: Zbójcerze!

Co prawda Janusz Christa, twórca „Kajka i Kokosza” ostatnim kadrem „Wojów Mirmiła” ogłosił definitywny koniec przygód naszych ukochanych bohaterów jednak zmienił zdanie, bo po gruntownym przemyśleniu na nowo świata słowiańskich wojów powrócił z klasyczną już „Szkołą latania”.

Warto zauważyć, że ta część nie jest prostą kontynuacją poprzednich przygód, choć wspomina się tu o kraju Omsów. W moim odczuciu jest to restart serii, podczas którego autor postanowił nieco zmodyfikować formułę, podkreślić pewne cechy bohaterów oraz narrację. Tu wszystko jest takie „Mission: Impossible”, to znaczy niemrawy początek, a potem strzał między oczy i jazda bez trzymanki!

Historia jest prosta. Kolejny raz trafiamy w słowiańskie ostępy, pośród których stoi wybudowany na nieodległym od jeziora wzgórzu gród kasztelana Mirmiła oraz… Hej! Wróć! Kogo? Kasztelana? I czekaj, niech przyjrzę się temu grodowi… Co? No tak.

Mirmił nie jest już księciem i zawiaduje położonym gdzieś, lecz nie wiadomo gdzie grodem. Zyskał nowy, niższy rangą tytuł – kasztelan, choć był księciem. Ale to dobrze.  Kasztelan jest bardziej swojski, bardziej z boku, może mieć więcej dziwacznych nawyków, a jego żona Lubawa więcej do gadania. I tak właśnie jest. Mirmił jest łysiejącym kasztelanem. Wciąż nie lubi się bić, ale okazuje się, że musi. I to z kim!

I tu dochodzimy do prawdziwego złota restartu Kajka i Kokosza. Zbójcerze! W „Szkole latania” poznajemy rycerzy rozbójników, którzy postawiwszy niedaleko Mirmiłowa warownię co jakiś czas próbują podbić swych sąsiadów.

Ale wróćmy do fabuły.

Zbójcerze już któryś raz próbują podbić Mirmiłowo, a ich wódz Krwawy Hegemon i jego zastępca Kapral opracowują nowy genialny plan zniszczenia wroga. A że genialny plan jest jak zwykle godny gangu Olsena to już inna sprawa.

Tym razem sprawa będzie prosta. Pewnego dnia do Mirmiła przybywają przebrani za zamorskich kupców Zbójcerze. Ich wódz roztacza przed kasztelanem wizję lotów na latającym dywanie, o czym ten marzył od dawna i chyba wiem nawet skąd to się wzięło – pamiętacie z poprzednich części, jak potężnego klapsa potrafiła Lubawa sprzedać swojemu mężowi? Mirmił latał aż miło. To zostaje w podświadomości.

Jest jeden problem: aby latać potrzebne są uprawnienia. I nieważne, czy chcesz latać na miotle, drzewie czy skrzynce. Masz mieć papiery i koniec. Jest też kolejny problem. Aby uzyskać licencję trzeba udać się na odległą Łysą Górę, gdzie znajduje się szkoła latania. Oczywiście nasz bohater unikając latających dzbanów Lubawy (która posiada pewne umiejętności niewymagające licencji na prowadzenie tychże dzbanów) zabiera w drogę Kajka i Kokosza w celu sobie i nam wiadomym.

I o to chodzi Zbójcerzom! Tylko podczas nieobecności dowódcy i jego najlepszych żołnierzy można zniszczyć wrogów! W końcu jakiś plan podboju może się udać!

Jak możecie się domyślić po wielu perypetiach wszystko skończy się dobrze, a czytelnik z wypiekami na twarzy sięgnie po nowy album przygód kasztelana i jego dzielnych wojów.

Tylko czy na pewno?

Przyznam, że czytana po latach „Szkoła latania” spowodowała kilka zaskoczeń i to nie zawsze dobrych. Swoje zrobiło bogactwo poprzednich części. Pamiętacie rozbudowany świat „Szranków i konkurów” oraz ich świetne drugoplanowe postaci?

Pamiętacie zepsutego do szpiku kości Dajmiecha, czy odlotowe Czarne Trójkąty, które im bardziej tłukły się z Kajkiem i Kokoszem tym bardziej śmieszyły? No właśnie.

“Złoty puchar” Na rysunku rycerze Czarnego Trójkąta pod wodzą Wielkiego Kompana i szambelana księcia Mirmiła.

Tymczasem w „Szkole latania” wszystko pędzi na łeb i szyję. No po prostu jak byście oglądali „Ogniem i mieczem”. Na bogato. Ładnie. Kolorowo. Efektownie. Potoczyście. I szybko. Ale czy nie za bardzo?

Fakt jest bezsporny – ten album przeczytacie podczas jednego posiedzenia w toalecie. Czyta się szybko, obrazki są przyjemne, jeszcze bardziej dopracowane, a przygody są niezwykle barwne. Jest zabawnie, czasem zaskakująco i wszystko zmierza do przewidywalnego finału.

Kurczę, wygląda jakby mi się nie podobało, ale boję się napisać o tym wprost i tak słodko pierdzę, by ponarzekać, pozachwycać się, ale żeby wyszło, jak bardzo doceniam nową formułę „Kajka i Kokosza”.

A ja właśnie sam nie wiem co myśleć, do ciężkiej dżumy!

Bo jest tu wszystko, co kocham w „Kajku i Kokoszu”, jest ten fantastyczny humor, ta świetna kreska oraz Zbójcerze! Do czegóż się mogę zatem doczepić?! No sam nie wiem… I myślę, że padłem ofiarą własnych oczekiwań po dotychczasowych częściach.

Chciałbym petardy od Wojmiła i jego sługi. Rymowanek Wita. Kompotu po obiedzie. Łaskotkowych tortur, meczu piłkarskiego oraz odlotu po eliksirze latania… A tutaj wszystko jest takie… oczywiste. Świetne, mieszczące się w kanonie, ale oczywiste. No ale jak wspomniałem wcześniej – jestem chyba ofiarą poprzednich albumów. Inaczej tego nie mogę wytłumaczyć, bo przecież moja miłość do świata słowiańskich wojów trwa kilkadziesiąt lat.

Co tam u Zbójcerzy, których chwilowo odpuściłem? I skąd się wzięli? Tego nie wiemy. Pewnego dnia postawili warownię i postanowili podbić wszystko dookoła. Chociaż fani teorii spiskowych powiedzieliby, że najeźdźcy zajęli wybudowane przez Czarne Trójkąty Mirmiłowo, a dotychczasowi mieszkańcy zmuszeni byli zbudować nowy, ziemno drewniany gród otoczony fosą.

Zbójcerze to taka synteza dotychczasowych przeciwników plus ponadczasowe obserwacje ludzkich postaw widoczne najlepiej  w nowej, kapitalistycznej rzeczywistości. Mamy tu echo Czarnych Trójkątów, których bojowy okrzyk brzmiał „Na plasterki!”. Okrzyk ten znamy również z trzeciej części i padał on z ust bodajże Wojskiego. Mamy tu również echo Rangara ze „Szranków i konkurów”, choć bardziej chodzi tu o symbolikę niż sposób działania.

Ta niesamowicie zabawna i próbująca nieustannie zagrozić komukolwiek grupa rycerzy rozbójników to chyba najlepsze, co przydarzyło się polskiemu komiksowi.

Ich przywódcą jest Krwawy Hegemon, którego geniusz jest znany wszystkim i nikomu. Ma niezaspokojone kompleksy i wieczną żądzę władzy. Tuż za nim popyla Kapral, mały pokurcz przypominający Czaplińskiego z sienkiewiczowskiego „Ogniem i mieczem” – zapiekły i zabawny w swojej małości sznycel z rzadkim wąsikiem i nieodłącznym hasłem dnia. Bezwzględny lizus dbający, by jego pryncypał czuł się najlepszy, najmądrzejszy, niezastąpiony, najbardziej genialny. By miał w końcu to 500+ ściągnięte od każdego mieszkańca Mirmiłowa.

Przy czym Kapral to menda i kanalia skrycie nienawidzący Hegemona do tego stopnia, że nie przepuści okazji, by po cichu obalić wodza i zająć jego miejsce.

Współczesność widać w relacjach Hegemona i Kaprala; zakompleksiony wódz, który niczym wzorcowy kierownik produkcji chce wzbudzić szacunek u swoich podwładnych. I jego Kapral – zastępca, pochlebca i kierownik tego zbójcerzowego zamieszania. Modelowy lizus, który miesza tam, gdzie się tylko da, mówi gotowymi hasełkami i zrobi wszystko by przez jelito grube dojść do serca swego pryncypała. A że przy okazji kręci własne lody? No toż to wypisz wymaluj relacja we współczesnych korpo!

Zbójcerze gwałtownie wbili na chatę Kajka i Kokosza i – paradoksalnie – z impetem zdobyli nasze serca. Ich niespożyte siły do zemsty na Mirmile, męstwo połączone z tchórzostwem, tępota z chłopskim sprytem oraz cicha wojna między wodzem i jego zastępcą wprawiają nas w doskonały nastrój.

Trzeba przy tym przyznać, że Christa trochę poszedł na łatwiznę, bo jego Zbójcerze są od teraz motorem napędowym oraz pretekstem do działania Kajka, Kokosza i ich przyjaciół.

No dobrze, poznaliśmy fabułę. Prostą i efektowną. Fabuła jest prosta, bo taka być musi. Wobec przyjęcia przez Christę nowej formuły album jest stosunkowo krótki i liczy 40 stron. Widoczne są skróty. Widać, że rysownik/scenarzysta przygotował nową formę, która choć przystępna i efektowna dla masowego czytelnika jest troszkę regresem w stosunku do tego, co otrzymywaliśmy wcześniej. I znowu wracamy do moich oczekiwań napasionych tym, co było wcześniej.

Czy „Szkoła latania” broni się jako samodzielny komiks? Bo chyba tak możemy oceniać nowy model, którym od tego momentu kieruje się Janusz Christa?

Jasne! Nie musimy znać poprzednich ani kolejnych tytułów, by wiedzieć o co chodzi. Nawet nie musimy czytać tych komiksów „po bożemu”, by wiedzieć, kto jest kim, o co walczy i dlaczego.

Oczywiście albumowy format wiąże się z pewnymi mechanizmami, które nie do końca muszą się podobać. Są to na przykład podkreślane w każdym albumie cechy bohaterów oraz ich motywacje. Oczywiście robi to Christa z wyczuciem kładąc nacisk na humor, ale przyznajmy – czasem jest to trochę nużące.

„Szkołę latania” trzeba ocenić nie tylko jako pojedynczy album, ale sygnał na przyszłość – nowa, krótsza i szybsza formuła charakterystyczna dla następnych komiksów. Pojawienie się Zbójcerzy uratowało tę serię. Są destylatem największych przywar typowego Polaka przekonanego o własnej wyjątkowości. Umiejętne wykorzystanie tych cech przez Christę jest kolejnym powodem do uśmiechu.

Jak zwykle klasą samą w sobie jest humor, który w zależności od sytuacji jest odpowiednio dobierany. A to zderzenie przeciwieństw podlane gagiem, dyskretnym nawiązaniem do współczesności, czy fajna zabawa słowem oraz sytuacją. Do tego podkreślenie dialogu rysunkiem sprawiają, że całość jest naprawdę przyjemna.

I tak sobie myślę, że ta skrótowość opowiadania, która mimo wszystko niezbyt mi się podoba jest świetnym polem do popisu dla fandomu. Bo umówmy się: tak czy siak historia jest zwarta, zabawna, przyjemna dla oka oraz pełna przygód. I to wystarczy. Przyznam jednak, że gdy tak patrzę na następujące po sobie kadry to czasem mam chętkę, by dowiedzieć się, co wydarzyło się między nimi.

Okazuje się, że nie tylko ja tak mam, bo parę lat temu powstało wspaniałe słuchowisko będące adaptacją „Szkoły latania”, w której narratorem jest niezastąpiony Pan Kleks! Wróć – Piotr Fronczewski.

Mogę sobie narzekać, podkreślać jak to jestem zawiedziony, bo nie muszę pół dnia siedzieć w toalecie, ale ostatecznie to Janusz Christa miał rację!

Po latach „Szkoła latania” uzyskała status lektury szkolnej. Doczekaliśmy wersji gwarowej. Powstało świetne słuchowisko. Mało tego. Komiks wyszedł z Polski i zaczyna rozpychać się na zagranicznych rynkach!.

Jest to nie tylko triumf Janusza Christy. Jest on również naszym udziałem. Bo w pewien sposób pokazuje, że nasz komiksowy gust jest po prostu nieustająco dobry!

I z tym zostawiam was w oczekiwaniu na czekający w kolejce „Wielki Turniej”.


“Szkoła latania” ukazała się pierwotnie w magazynie “Świat Młodych” w 1975 roku, natomiast w formie albumowej wyszedł w 1981 roku nakładem Krajowej Agencji Wydawniczej.


 

 

OCENIAM

Scenariusz
Szata graficzna
Zbójcerze
Jakość wydania
Wrażenia

PODSUMOWANIE

Restart przygód Kajka i Kosza. Bohaterowie wraz z Mirmiłem ruszają do szkoły latania, by spełnić marzenie kasztelana. Na karty komiksu z impetem wkraczają złole wszechczasów: ZBÓJCERZE!
Przemek Saracen
Wychowałem się w duchu Tony`ego Halika, małżeństwa Gucwińskich oraz komiksowych przygód Kajka i Kokosza i tarapatów, w jakie pakował się literacki wojak Szwejk. Lubię wszystko, co dobre i oryginalne. Czasem dobra rozmowa jest bardziej fascynująca, niż najbardziej wymyślny film.

KOMENTARZE

5 KOMENTARZE

  1. Kupa wspomnień z dzieciństwa. Nie da się oderwać tego komiksu od tego, co wydarzyło się w naszym życiu. Kajko i Kokosz to my. My to Kajko i Kokosz.

  2. Hah, lata temu właśnie od “Szkoły latania” i “Wielkiego turnieju” zaczęła się moja przygoda z poznawaniem świata “Kajka i Kokosza”. Ba, to były moje pierwsze komiksy (jeśli nie liczyć czytania odcinków w “Świecie Młodych”) 🙂 Kawał wspomnień 🙂

    • U mnie był to “Dzień Śmiechały” wydawany w “Świecie młodych”. Świat Kajka i Kokosza momentalnie mnie wciągnął i nie wypuszcz do tej pory 😊

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

797ObserwującyObserwuj

Zobacz również

Smaki dzieciństwa czyli kluski lane

Gdybyś spytał/a mnie o smaki dzieciństwa, pierwsze co wpadłoby mi do głowy to kluski lane. Nie żadne...

6 miejsc w Karpaczu i okolicach, które musisz zobaczyć

Karpacz co roku przekonuje do siebie setki tysięcy turystów i to nie tylko miłośników górskich wędrówek. Wszystko...

Murem za Hitlerem, czyli co się stało pod Lubinem w 1932 roku?

Dziś to już jedynie historyczna ciekawostka. Ale także świadectwo trudnych kolei losu jakie są udziałem tej ziemi....

“Powrót do przeszłości czyli jak to z kinem Polonia było”

Było sobie “Polonia”, czyli pierwsze w historii Lubina kino. Pierwszym filmem była radziecka “Pieśń tajgi”. Ludziska stłoczeni,...

“Lekcja”. Kabaretowy skecz, w którym zabawa słowem nabiera nowego wymiaru

Jeśli ktoś pamięta, swego czasu TVP prezentowała ciekawy cykl "Malicki & Laskowik". Programy te w lekki, przystępny...
Sobótka
pochmurno z przejaśnieniami
3.9 ° C
4 °
3.9 °
93 %
4.6kmh
75 %
pt
9 °
sob
11 °
nie
9 °
pon
11 °
wt
12 °

Recenzje