fbpx
Więcej

    “Szranki i konkury”. Doskonały humor, różnorodny świat i nowi bohaterowie czyli kolejna odsłona przygód Kajka i Kokosza!

    Kajko i Kokosz opuszczają Mirmiłowo i ruszają do księcia Wojmiła, którego mają wspomóc w walce z odwiecznym wrogiem. W międzyczasie sprawy komplikują się i bohaterowie zmuszeni są ruszyć w podróż pełną przygód, humoru i niebezpieczeństw.

    Drugi album komiksu opowiadającego o przygodach Kajka i Kokosza ukazał się na łamach Wieczoru Wybrzeża w 1973 roku. Tym razem twórca przygód słowiańskich wojów stworzył tytuł mocno różniący się od „Złotego Pucharu”.

    W Mirmiłowie dzień jak co dzień, czyli nudy. Mieszkańcy polubili nowy zamek, który przypadł im w spadku po niesławnych Czarnych Trójkątach, a do grodu powróciła plaga kur, z którymi znowu nie ma co robić. Nie dziwię się, od niedawna próbuję polubić mięso indycze i powiem Wam, że za cholerę nie idzie tego pokochać zatem nie ma co się dziwić, że i podopieczni księcia mają dosyć drobiu.

     

    PRZECZYTAJ RECENZJĘ PIERWSZEJ ODSŁONY PRZYGÓD KAJKA I KOKOSZA – “ZŁOTY PUCHAR”

    W każdym razie gród podbija nuda, książę wędkuje w fosie, pieśniarz o głosie pięknym jak piosenki Mandaryny zmusza Kajka i Kokosza do pokochania swojej twórczości, a kury podlizują się kogutom wyręczając je w kukurykowaniu.  No nuda jak diabli.

    Równolegle dowiadujemy się o bracie Mirmiła. Ksiażę Wojmił to przeciwieństwo dupowatego braciszka. To grubas o sile i rozumie niedźwiedzia, furiat i pieniacz. Klasyczny Polak, który prędzej umrze i pociągnie za sobą wszystkich niż przyzna się do błędu.

    Jego położony nad morzem gród sąsiaduje z posiadłością Mszczuja – szui, skąpca i cwaniaka, z którym od lat toczy walki nie wiadomo o co. Bo musicie wiedzieć, że z Wojmiłem sprawa jest prosta. Tłuc się musi inaczej się udusi. I nieważne, czy zdobędzie jakieś łupy. Czasem wystarczą mu widły. I tak właśnie od lat bawi się Wojmiłek z Mszczujem. Dwa nosacze bijące lub biciu podlegające.

    Aby było jasne spieszę wyjaśnić, że ich podwładni nie zawsze popierają wzajemne bitki. Zwykle radują się, gdy wygrywają. Gdy dostają baty chorują, buntują się, kombinują, byle uniknąć kolejnej odsłony sąsiedzkich zatargów. Koniec końców idą za swymi wodzami, w końcu są tylko zwykłymi kmieciami udających wojów udających udzielnych książąt własnych banieczek.

    Traf chce, że Wojmił wysyła do Mirmiłowa posłańca z prośbą o posiłki mające wspomóc krzepkiego awanturnika w nowych podbojach. A że u Mirmiła nudy, a sami Kajko i Kokosz dostają istnej szajby z nicnierobienia w wyniku małych nieporozumień na linii Lubawa – Kajkosz – Mirmił ruszają na pomoc nosaczowi.

    A to dopiero początek, bo przecież to tylko punkt wyjścia do grubszej intrygi. Nie, nie pytajcie mnie co dalej, bo i tak wam nie powiem. Nawet ci z nas, którzy przynajmniej raz w roku czytają dzieła Janusza Christy nie chcieliby, by opowiadać im bajeczny świat Słowian.

    Jak „Szranki i konkury” wyglądają na tle „Złotego Pucharu”?

    No powiem wam… inaczej. Bardzo inaczej. Wygląda to tak, jakby Christa chciał spróbować czegoś zupełnie innego. Wprowadzić nowe rozwiązania fabularne, nowe postaci i wątki. Wszystko jest rozbudowane, sporo tu miniquestów i mnóstwo bohaterów drugoplanowych.

    W ogóle ta część drugoplanowymi bohaterami stoi, a sami Kajko i Kokosz oraz fabuła stanowią łącznik między pomysłami autora. Mamy bowiem wątek rabusiów, którzy podbili rybacką osadę, Serdków chcących za wszelką cenę zmazać plamę na honorze, eko- wątek, pielgrzyma, którego głodny wzrok aż zanadto wysyła sygnały, Schabomiła i jego skąpą żonę oraz ich wdzięczne bobasy… No mnóstwo tego jest.

    I wszystko jest ok, tylko czy całość nie wygląda na misz masz podhistoryjek, skeczy i pomysłów zlepionych na patyk i ślinę?

    Nie, bowiem Christa jest nie tylko doświadczonym opowiadaczem historii, ale prowadzi swoją opowieść żelazną ręką. Tu nie ma miejsca na przypadek chaos, czy zagubienie.

    Trzeba być naprawdę świadomym twórcą, by swobodnie ogarnąć bogactwo plemion, bohaterów i konfliktów, które pojawiają się w historii. A poznajemy ich naprawdę sporo.

    Oprócz Wojmiła i Mszczuja poznajemy romantycznego rycerza Wita, który poprzez kontrast z bratem Mirmiła stanowią fantastyczny duet komediowy.

    Podobnie jest ze sługą Wojmiła, który jest moim cichym bohaterem. To zarozumiały analfabeta, a jego poziom sarkazmu i co tu dużo mówić – taki chłopski spryt sprawiają, że mamy do czynienia z nowym poziomem komizmu w tego typu historii.

    Ale to wszystko nic przy rodzaju humoru, który wprowadza Christa. Oczywiście jest to proste zestawienie przeciwieństw, humoru sytuacyjnego, czy gagów. Jednak to, co dodał autor do tej opowieści jest po prostu rewelacyjne – to czysta zabawa słowem oraz absurdalny humor.

    Są w tej historii proste kadry, przy których po prostu wyję ze śmiechu. Kto pamięta obrazek w warowni wikingów, gdzie jeden z oprychów rzuca „jeszcze raz najmocniej przepraszam” albo jadącą przez las wesołą kolasę, której jeden z pasażerów krzyczy „po obiedzie wolę kompot” ten wie o czym mowa. To jest po prostu tak doskonałe, że brak słów.

    Charakterystyczny styl Christy pozostaje bez zmian. Sympatycznie rysowany świat, choć wiecznie porównywany ze światem Asterixa ma swój łatwo rozpoznawalny styl, a rysunki są dokładniejsze.

    Muszę przyznać, że podczas tworzenia tej części przygód Kajka i Kosza Christa wykazał się sporą odwagą. Przesunął bohaterów, których pokochaliśmy nieco w cień opowiadanej historii.

    Najlepiej świadczy o tym usunięcie z historii Mirmiła i Lubawy. Przecież oni są tylko na pierwszych kartach komiksu, a po opuszczeniu grodu przez Kajka i Kokosza nie zobaczymy ich już wcale.

    Sami Kajko i Kokosz służą bardziej jako narzędzie opowiedzenia historii. Kogoś, dzięki komu poznamy nowe miejsca i nowych bohaterów. Dzięki temu poznajemy bogaty, różnorodny słowiański świat oraz dostajemy sygnał; zapamiętajcie ich, kto wie czy nie poznacie ich w przyszłości.

    Czy „Szranki i konkury” mają słabe strony?

    Jest ich kilka. Mało bo mało, ale jednak są. Przede wszystkim brak jednoznacznego negatywnego bohatera, dzięki czemu konflikt byłby soczysty, a starcia mirmiłowian z wrogiem dawałyby energetycznego kopa. No i akcja mijałaby szybko.

    Owszem, tutaj wszystko jest zabawne i urozmaicone, ale czasem jest to sztuka dla sztuki. Brak tego zagrożenia, które znaliśmy ze „Złotego Pucharu” czy późniejszych dzieł Christy.

    W końcu Czarne Trójkąty zostały wygnane, a Zbójcerzy poznamy dopiero za jakiś czas.

    „Szranki i konkury” to dobra, zabawna historia, w której poznajemy rozległy świat słowiańskich wojów, nowych bohaterów oraz świetnie skrojone absurdalne żarty. Autor stopniowo przesuwa na plan pierwszy słowiańskie akcenty, choć nowa wiara jeszcze jest widoczna. Co prawda tylko w jednym kadrze, ale zawsze. Niestety poprzez brak zdecydowanie negatywnych bohaterów napięcie siada, a sam komiks przestaje angażować.

    Komiks ten można traktować jako niezobowiązującą, sympatyczną i pełną humoru zwariowaną historię, ale bądźmy szczerzy – to raczej przejściowy etap rozwoju, w którym autor testuje nowe wątki, rozwiązania, bohaterów i sposób opowiadania.


    “Szranki i konkury”

    Premiera: 1973 rok

    Scenariusz i rysunki: Janusz Christa


    Komiks możecie kupić w jednej z poniższych księgarni:;

     

    OCENIAM

    Scenariusz
    9
    Szata graficzna
    8
    Jakość wydania
    7
    Sługa Wojmiła
    10
    Wrażenia
    9
    Przemek Saracen
    Wychowałem się w duchu Tony`ego Halika, małżeństwa Gucwińskich oraz komiksowych przygód Kajka i Kokosza i tarapatów, w jakie pakował się literacki wojak Szwejk. Lubię wszystko, co dobre i oryginalne. Czasem dobra rozmowa jest bardziej fascynująca, niż najbardziej wymyślny film.
    Udostępnij
    Tagi

    Najnowsze

    Tu byłem. Ogród Zoologiczny w Opolu [60 zdjeć]

    Opolski ogród zoologiczny jest naszym trochę niespodziewanym odkryciem, rewelacyjnym miejscem odpoczynku, w którym radość zwiedzania dzielona jest z uznaniem dla zaangażowania pracowników zoo, którzy...

    Polecamy

    Zobacz również

    1 KOMENTARZ

    1. Hmmm, nigdy nie opanuję tego błędu polegającego na maniackim używaniu słówa “który”. To jakaś patola! Wybaczcie. Postaram się ograniczać, ale co zrobić, skoro nie wychodzi.

    ZOSTAW ODPOWIEDŹ

    Please enter your comment!
    Please enter your name here