Bywa, że w rodzinie, gdzie jest przemoc, jest ona obustronna, lub że mamy do czynienia ze zjawiskiem fali, gdy jedno z rodziców znęca się nad drugim, a to drugie odreagowuje na dzieciach.
Bywa też, że zastraszona ofiara staje się milczącym świadkiem, odwracającym wzrok, gdy sprawca maltretuje dzieci. Zaniedbanie, obojętność to też przemoc, nawet jeśli stawką jest własne życie.
Bywa, że odchodzi, ale w swoim stresie, lęku, wyczerpaniu nie wytrzymuje napięcia i zaczyna reagować przemocą na trudne emocje dzieci.
Wreszcie bywa, że zacierają jej się granice między „ja” a „dzieci”, albo że jest wściekła na sprawcę i sama żyjąc przeszłością usiłuje chronić dzieci przed przemocą, której tu i teraz nie ma i której prawdopodobieństwo jest nikłe, odcinając je od kontaktów z drugim rodzicem. Oczywiście nie mówię tu o sytuacjach, kiedy dzieci boją się rodzica sprawcy, kiedy nadal doznają od niego krzywd. Dzieci nie są niczyją własnością, rodzic nie ma „prawa” do nich, ale w interesie dzieci jest mieć kontakt z obojgiem rodziców. O ILE nie zagraża to ich zdrowiu psychicznemu i fizycznemu i nie wiąże się z ryzykiem przemocy. Nieuzasadniona alienacja rodzicielska też jest przemocą.
Nie zmienia to faktu, że ofiary tkwiące w przemocowych związkach, poddane gaslightingowi i praniu mózgu, często zaczynają postrzegać siebie jako sprawcę, szukają winy za działania sprawcy w sobie, wyolbrzymiają swoje przewiny, przyjmują jego perspektywę, uważają, że muszą chodzić na paluszkach, zgadywać potrzeby i spełniać wszystkie oczekiwania, bo inaczej są winne jego emocji i wybuchów.
To mechanizm przeżycia, ale niestety obraca się przeciwko ofierze, bo gdy w całości skupia się ona na sprawcy, traci z oczu samą siebie i swoje potrzeby. Znika, żeby przetrwać, i może w tym zniknięciu trwać latami.





