Zobacz również

„Indiana Jones i artefakt przeznaczenia”. Nie tak powinno się żegnać kultowego bohatera.

Im dłużej mija od premiery tego „Indiany Jonesa i artefaktu przeznaczenia” tym moje większe rozczarowanie zamknięciem tej kultowej serii. Nie zamierzam pastwić się nad tym filmem, chcę napisać o nim coś dobrego, ale nie wiem, czy potrafię. Jestem rozżalony, że na moich oczach praktycznie zamordowano bohatera, który nawet gdy nie chciał, był wzorem nieugiętości i hartu ducha.

Jest ciężkawo, smutno i bez szacunku dla ducha cyklu. A przede wszystkim bez zrozumienia tego, wszystkiego, czym był Indiana Jones. Niestety twórcy na czele z reżyserem, Jamesem Mangoldem nie mają tego świadomości. Mają natomiast w sobie to nieznośne poczucie własnej wyjątkowości, buty i braku szacunku dla materiału źródłowego.

To jest ten rodzaj miłości własnej odrzucającej dotychczasowy dorobek poprzedników, który widzieliśmy w zwieńczeniu nowej trylogii „Gwiezdnych Wojen” czy „Parku Jurajskiego”, gdzie reżyserzy, odpowiednio J.J. Abrams i Collin Trevorov uważani za „nowych Spielbergów” niestety uwierzyli w to określenie zabijając ubóstwiane przez widzów cykle. Jak widać Mangold nie jest pierwszy. I pewnie nie ostatni.

Niestety „Indiana Jones i artefakt przeznaczenia” udowadnia, że Spielberg jest jeden, mimo nie do końca udanego „Królestwa kryształowej czaszki”, poprzedniego filmu cyklu, który o dziwo – zyskuje na tle filmu Mangolda.

Zanim przejdę do moich wrażeń dotyczących finału przygód legendarnego bohatera pochylmy się nad fabułą, która pozornie lekka, wali się pod własnym ciężarem, który grzebie samego Indianę.

Film zaczyna się bodajże w 1944 roku, kiedy Niemcy plądrują Europę z dzieł sztuki oraz artefaktów, dzięki którym Adolf Hitler ma uzyskać dominację nad światem. Jak pamiętamy z „Poszukiwaczy zaginionej arki” oraz „Ostatniej krucjaty” średnio mu się to udawało, ale chłopak nie ustawał w poszukiwaniach i chwała mu za to. Przecież gdyby nie to, nie mielibyśmy okazji poznać innego dzielnego chłopaka, którego pokochaliśmy po wsze czasy.

Doktor Indiana Jones, bo o nim mowa trafia w sam środek poszukiwań Włóczni Longinusa, która przebijając ciało ukrzyżowanego Chrystusa miała sprawić, że Hitler będzie stanie się mrocznym lordem, a ludzkość przejdzie pod jego panowanie. Przypadkowo okazuje się, że naziści spakowali do pociągu pełnego skarbów jeszcze bardziej cenny przedmiot: Antykirę, tytułowy „artefakt przeznaczenia”, który starożytny naukowiec Archimedes zbudował w celu podróży w czasie.

Adolf powinien wiedzieć, że konflikt z Indianą to nie przelewki zwłaszcza, że już w „Ostatniej krucjacie” wydał rozkazy mające na celu zlikwidować za wszelką cenę krewkiego archeologa i jego ojca. A jednak niepomny niepowodzeń na tym polu znowu wszedł w zatarg z nie tą hieną cmentarną, co trzeba.

Odrzućmy jednak śmichy chichy na bok i przejdźmy do tego niepotrzebnego prologu. Dlaczego niepotrzebnego, spytacie. Otóż nie wznosi on nic ponad to, czego moglibyśmy się dowiedzieć z – powiedzmy dziesięciominutowych scen dziejących się w czasach współczesnych bohaterowi.

Niestety twórcy stwierdzili, że widz powinien otrzymać oszałamiającą 20 – minutową sekwencję, w której komputerowo odmłodzony Indiana Jones biega w tę i nazad po pociągu przewożącym skarby kultury. Przy czym pamiętajmy, że w czasach II wojny światowej Indy już nie był taki młody, powoli zbliżał się do pięćdziesiątki, bo jak doskonale wiedzą wszyscy specjaliści od Indiany Jonesa, nasz bohater urodził się w roku 1899.

No ale w porządku, otrzymaliśmy nudną, rozgrywaną w nocy sekwencję w pędzącym pociągu, gdzie zarysowano nam konflikt, pokazano możliwości współczesnej techniki oraz to, że sceny śmierci można robić bardziej naturalistycznie, niż widzieliśmy w dotychczasowych częściach cyklu. I to był pierwszy zgrzyt.

Kolejnym jest… właściwie cała reszta i wybaczcie mi to co powiem, ale albo wy, zachwycający się tym filmem nie rozumiecie tego cyklu, tego bohatera i wszystkiego co sobą reprezentuje, albo nie chcecie rozumieć i oglądaliście ten film jednym okiem.

Lata później, w 1969 roku poznajemy naszego bohatera, gdy prowadzi ostatnie przed odejściem na emeryturę zajęcia. Lekceważony przez studentów snuje się bez celu spędzając czas na wegetacji i oczekiwaniu na śmierć. W zasadzie nie ma w nim grama życia. Żyje sam w jakimś nędznym, nowojorskim mieszkanku bez nadziei na cokolwiek.

I w tym oto stanie znajduje go awanturnica – jego chrześnica, która wciąga Indiego w wielką ostatnią przygodę, mającą być ostatecznym podsumowaniem słynnego łowcy przygód i artefaktów.

Nie będę tu rozpisywał się nad przebiegiem fabuły, nad grą aktorską, nad wrogami Indiany, bo przecież to wszystko już było.

Problemem jest bardziej, jak to ostatecznie wyszło. Jak uhonorowano tę legendarną postać? Jak zwieńczono cykl, który tak bardzo pokochaliśmy? Jak zmierzono się z dziedzictwem cyklu? Jak skonfrontowano czekającego na śmierć Indianę z jego dotychczasowymi uczynkami, które nie do końca były chlubne?

Uważam – i przyznaję to bez satysfakcji – że powstał film niegodny Indiany Jonesa. Niegodny tej postaci, niegodny spuścizny, jaką były poprzednie cztery filmy i brakiem szacunku wobec twórców cyklu.

Jak wiemy, za „Artefakt przeznaczenia” odpowiedzialny jest James Mangold. Z jakiegoś powodu uważa się, że ten reżyser doskonale portretuje bohaterów w chwili ich upadku, u kresu ich życia, gdy dokonują rachunku sumienia i poświęcają się w imię odkupienia win.

Może. Tyle, że moim odczuciu Mangold i jego ferajna nie rozumieją czym jest Indiana Jones i jaki jest fundament, na jakim powstały filmy o słynnym archeologu.

Zacznijmy od technicznego aspektu widowiska, bo jednak film jest czymś, co najpierw odbieramy wzrokiem. Trzeba naprawdę nie znać poprzednich filmów by nie widzieć, że wizualnie „Artefakt przeznaczenia” jest po prostu brzydki.

Gdzieś znikła ta charakterystyczna, umowna scenografia. Odrzucono oświetlenie, dobór kolorów, umiejętne stosowanie filtrów, co samo w sobie opowiadało nam historię. Nawet właściwy dla wszystkich części montaż jest inny. Nie rozumiem tego. Nie rozumiem, jak w filmie mającym być Ostatnią, Wielką Przygodą Indiany Jonesa świadomie zrezygnowano z tego, co opowiadało nam o tym. A przecież mowa tutaj tylko o technicznych aspektach filmu.

Jest w „Ostatniej krucjacie” sekwencja, w której Indiana Jones desperacko walczy o uwolnienie ojca uwięzionego wewnątrz czołgu. Ach, ileż tam się dzieje! Jest w tej sekwencji wszystko co najlepsze w kinie przygodowym! I humor i opowieści w opowieściach, detale wpływające na przebieg akcji, mnóstwo kaskaderki, świetne zdjęcia, kapitalny montaż, cudowne dialogi i ta świadomość, że Indy choć pozornie bez szans uwolni ojca. Bo jest Indym, do licha!

Bo wiemy, że nawet jak jest słabszy fizycznie, to dzięki nieugiętej woli, łutowi szczęścia, mimo swego rodzaju nieporadności i dzięki takiemu cwaniactwu pokona wszystkich i uratuje swoich! Tak, konfrontacja z czołgiem nakręcona bez użycia grafiki komputerowej jest kwintescencją Indiany Jonesa! A przecież „Ostatnia krucjata” składa się wyłącznie z takich scen!

Co otrzymujemy w „Artefakcie przeznaczenia”? Nieprzemyślane sceny akcji, brak kolorów, brak tych spielbergowskich niuansów budujących odbiór całej sceny. Brak zastanowienia się, jak można pokazać bohaterów, by nie musieli biegać, skakać, nurkować i tłuc się bez sensu. Bo przecież można pokazać to inaczej. Jak sprytem, zuchwałością i humorem rozbroić zagrożenie.

Pal licho tę stylistyczną i techniczną formę filmu. Może dziś tak trzeba.

Gorzej, że Mangold nie rozumie Indiany Jonesa. Nie ma pojęcia, że ten archeolog, specjalista od okultyzmu i wykładowca akademicki wcale nie był jakimś fanem szczególnego wysiłku fizycznego. To jego upór, siła ducha, dezynwoltura, skłonności do przegraczania granic moralnych, zabójcze riposty, urok osobisty oraz swego rodzaju wyrachowanie stanowiły jego siłę.

Czy Arka Przymierza pokonała hitlerowców siłą mięśni Indiany Jonesa? No nie. Uwięziony archeolog bezsilnie przyglądał się czarnej liturgii i tylko siła umysłu sprawiła, że przeżył. Czy to przemoc sprawiła, że Jones wymknął się spod potęgi kultu Kali? Nie. To Short Round uratował mu życie. Czy bokserskie umiejętności sprawiły, że Indy zdobył Świętego Graala? No nie, zwłaszcza gdy pamiętamy, że kielich Chrystusa przepadł w otchłani. Czy to dzięki dobremu wybieganiu dr Jones pokonał złych komunistów? No jasne, że nie. Przecież to pycha Iriny Spalko sprawiła, że kosmici zrobili z nią porządek.

Rozumiecie, do czego zmierzam? Indiana Jones nie musi dokonywać cudów fizyczności, zwłaszcza na starość. On nawet nie musi chodzić po grocie. Wystarczy, że ma przy sobie ludzi, na których może liczyć. Bo też o tym są te filmy. O sile przyjaźni, poświęceniu i oddaniu. O obcych sobie ludziach, którzy tworzą rodzinę.

Osobiście lubię przebywać w towarzystwie starszych ode mnie ludzi. Dzięki ich doświadczeniu, dystansowi, ich sile umysłu, poczuciu humoru oraz sile ducha nabieram przekonania, że nie ma takich przeciwności, których nie da się pokonać. Że strach przestaje nim być, jeśli odpowiednio do niego podejdziemy. Że są w życiu wartości większe niż to, co nam się wydawało. Wreszcie, że prawdziwy przywódca to niekoniecznie zuchwały i butny młodzieniaszek, lecz niedołężny starzec, który dowozi nas do celu bezpiecznie i w dobrych humorach.

I tego oczekiwałem od filmu, w którym Indiana Jones idzie na spotkanie Ostatniej Wielkiej Przygody, by użyć cytatu ze „Światyni zagłady”.

Kiedy George Lucas przygotowywał się do kręcenia „Zemsty Sithów”, projektanci przedstawili mu szereg pomysłów dot. szczególnie wrednej postaci, którą zabił później Kenobi. W pamięci utkwił mi szczególnie komentarz reżysera dotyczący jednej koncepcji:

„To świetny projekt, ale nie do tego filmu”.

Uważam, że fundament, na którym stoi „Artefakt przeznaczenia” jest właśnie czymś takim.

Aby to uzasadnić muszę wrócić do poprzedniej części cyklu czyli „Królestwa kryształowej czaszki”. Akcja filmu rozgrywała się w 1957 roku. To wtedy Indiana Jones dowiaduje się, że ma syna.

Przenieśmy się teraz do „Artefaktu”, którego akcja rozpoczyna się w 1969 roku.

Dowiadujemy się o wydarzeniu, które nie tylko dosłownie niszczy bohatera, ale sprawia, że wszystko co potem następuje nie ma jak wybrzmieć. Jest puste i nie ma kompletnie żadnego znaczenia i służy tylko filmowemu cyrkowi.

Otóż dowiadujemy się, że najmłodszy Henry Jones NIE ŻYJE. Zginął na wojnie.

Podkreślę, byśmy dobrze zrozumieli, z czym mamy do czynienia: Indiana Jones ledwie DWANAŚCIE LAT wcześniej dowiaduje się, że ma syna. Podczas jednej z dramatycznych przygód. Nie trzeba być Sherlockiem Holmesem by wiedzieć, że człowiek, którego własny ojciec praktycznie odrzucił, będzie robił wszystko, by nadrobić stracony czas. Łapczywie, za cenę wszystkiego i wbrew sobie.

I nagle ten syn, całkiem możliwe, że chce zaimponować ojcu, bo przecież wiemy, że Junior i Senior mieli charakterki, oj mieli! idzie do wojska. Na wojnę. Ginie. I co teraz? Miało być cudownie. Odzyskana żona. Odzyskany syn. Rodzina w komplecie. I nagle to wszystko w jednym momencie rozpada się na kawałki.

Ojciec, matka nie mogą sobie dać rady ze stratą dziecka. Nie są już w stanie zapanować nad swoim życiem, a nawet i nie chcą, bo niby dlaczego? To co, było najpiękniejsze już się skończyło. Nie ma powodu, by iść razem dalej. Nie ma powodu, by w ogóle gdziekolwiek iść. Świat rozpada się, wszystko przestaje mieć sens.

Indy wyrzuca więc kapelusz, bat i kurtkę, które jeśli z czymś kojarzą mu się to, z przygodą, podczas której odzyskał syna.

Czasem jeszcze spotka Sallaha, który wegetuje, jako nowojorski taksówkarz i tak to leci siłą rozpędu, którą przerwać może śmierć.

I to jest ten fundament, który choć bardzo ciekawy, kompletnie nie pasuje do tego filmu, ponieważ nie dość, że emocjonalnie unieważnia cały cykl, to przekreśla wszystko, co następuje od momentu, gdy Indiana rusza po maszynę Archimedesa.

Nie tylko dlatego ten film sprawia mi dyskomfort.

Nie dają mi spokoju trzy rzeczy, a o jednej z nich częściowo wspomniałem i jest nią odrzucenie dziedzictwa całego cyklu.

Jest jednak sprawa ważniejsza. Karygodnym jest niewykorzystanie w filmie syna Indiany Jonesa. Mutt Williams, bo tak nam się przecież przedstawiał był idealnym wprowadzeniem do tytułowej intrygi. Mógł stanowić zaplecze dla ojca, który w ten sposób nie musiał udawać sprawnego emeryta, lecz faktycznie nim być i dowodzić poszukiwaniami maszyny Archimedesa z zaplecza – ale o tym wspomnieliśmy.

Obecność Henryego Juniora mogła nam posłużyć do o wiele większej i potężnej emocjonalnie rewelacji – odnalezieniu Shorta Rounda. Chłopaka, który do szaleństwa kochał swojego zastępczego ojca. Chciałbym zobaczyć, jak Indiana konfrontuje się z tym, że zostawił go. Chciałbym zobaczyć, jak Henry Junior na nowo poznaje swojego ojca, który musi odkupić to wstydliwe wydarzenie z przeszłości i wyciągnąć z tego wnioski. Chciałbym zobaczyć jak złamany, pełen kompleksów spowodowanych porzuceniem Short Round próbuje zrozumieć Indyego i walczy z własnym żalem.

Chciałbym zobaczyć tę chwilę, gdy Indiana Jones u schyłku życia walczy nie o Skarb, lecz o wybaczenie ze strony chłopaka, dla którego był całym życiem, a którego zostawił samego sobie. I o odkupienie po latach.

I niech z czasem nawet dołączy ta nieszczęsna dziewucha z „Artefaktu” wspomagana Sallahem.

Widzicie do czego zmierzam? Do drużyny, w której różne pokolenia walczą z własnymi słabościami, bo są tylko ludźmi, ale są drużyną. Dadzą z siebie wszystko i poświęcą się jeden dla drugiego.

A nad nimi wszystkimi będzie On. Kierownik wycieczki, profesor Indiana Jones, którego siła ducha, nieugiętość, cwaniakowatość, bezczelność, spryt i humor przyczynią się do pokonania wszystkich nazistów tego świata.

Niestety mogę tylko pomarzyć. Na osłodę dostałem bardzo ładną ostatnią scenę nawiązującą do „Poszukiwaczy zaginionej arki” i tak, wzruszyłem się. Tylko co z tego, skoro przed Indianą Jonesem już nie ma przyszłości.

Autor

  • Dziennikarz, pisarz i człowiek pracy najemnej. Autor książki "Dzikie historie: Norwegia". Założyciel i wydawca magazynu "Srebrny Kompas". Autor w serwisie "Posty.pl" oraz współpracownik lokalnego magazynu "Tu Lubin". Finalista polskiej edycji międzynarodowego konkurs scenariuszowego Hartley - Merill utworzonego przez Roberta Redforda. Wychowałem się w duchu Tony`ego Halika, małżeństwa Gucwińskich oraz komiksowych przygód Kajka i Kokosza i tarapatów, w jakie pakował się literacki wojak Szwejk. Lubię wszystko, co dobre i oryginalne. Czasem dobra rozmowa jest bardziej fascynująca, niż najbardziej wymyślny film.

    View all posts
Przemysław Saracen
Przemysław Saracen
Dziennikarz, pisarz i człowiek pracy najemnej. Autor książki "Dzikie historie: Norwegia". Założyciel i wydawca magazynu "Srebrny Kompas". Autor w serwisie "Posty.pl" oraz współpracownik lokalnego magazynu "Tu Lubin". Finalista polskiej edycji międzynarodowego konkurs scenariuszowego Hartley - Merill utworzonego przez Roberta Redforda. Wychowałem się w duchu Tony`ego Halika, małżeństwa Gucwińskich oraz komiksowych przygód Kajka i Kokosza i tarapatów, w jakie pakował się literacki wojak Szwejk. Lubię wszystko, co dobre i oryginalne. Czasem dobra rozmowa jest bardziej fascynująca, niż najbardziej wymyślny film.

1 KOMENTARZ

  1. Jakby dali syna to wielu by mówiło że po to żeby ciągnąć markę Indiany dalej z innym bohaterem. I tak źle i tak niedobrze. Ale ten mały z drugiej części jest teraz oskarowym aktorem. Faktycznie powinien zagrać w tym filmie. To by było coś.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

Tego autora

Powstał film niegodny Indiany Jonesa. Niegodny tej postaci, niegodny spuścizny, jaką były poprzednie cztery filmy i brakiem szacunku wobec twórców cyklu."Indiana Jones i artefakt przeznaczenia". Nie tak powinno się żegnać kultowego bohatera.