Oj, chyba nie było wcześniej tylu dobroci, co w piątym albumie „Złotej Kolekcji”. Mamy tu wszystko co najlepsze w Chriście. Jest udoskonalana z zeszytu na zeszyt kreska tak fajna, że można oglądać te obrazki bez końca. Mamy dociśnięty do podłogi christowy humor, który wzbogacany o zabawy w narrację zaczyna przypominać ciepłą gawędę opowiadaną przez ulubionego dziadka.
Dziękujemy, że nas czytasz! Będziemy ogromnie wdzięczni, jeśli zdecydujesz się wesprzeć Srebrny Kompas na Zrzutce! Dziękujemy!
Mamy wreszcie dojrzałość, mrok i mierzenie się z własnymi demonami – tematykę niezwykłą, jak na świat Kajka i Kokosza. Dodajmy do tego wzruszenie, nostalgię, a potem ucieczkę w krainę baśni, jakby autor chciał odejść od ponurej rzeczywistości, w której przyszło mu żyć.
Tak, piąty tom „Złotej Kolekcji” idealnie chwyta ten moment w życiu i twórczości Janusza Christy, gdy twórca stoi na rozdrożu.
Otrzymaliśmy również zestaw krótkich opowiadań z poprawioną czcionką. Pamiętacie to obrzydliwie brzydkie liternictwo, które do dziś nam przedstawiano? Teraz Egmont naprawia błąd poprzedników i przywraca czcionki, do których jesteśmy przyzwyczajeni. I przyznam, że ten drobny bo drobny, ale ważny detal wpływa na odbiór tych krótkich historyjek.
Historyjek, które – i tu muszę przyznać – niezbyt mi odpowiadają. Nie podoba mi się, że Christa dowolnie traktuje swoje uniwersum, ale to już mówiłem przy okazji „Na wczasach”, gdy nagle okazało się, że Wit z Kajkiem i Kokoszem nic a nic się nie znają. No cóż, są tacy, którym to się podoba i ok, nie ma obowiązku zgadzać się we wszystkim.
Za to pozostałe opowieści, czyli pełnowymiarowe opowieści to… Porównałbym do tak wypasionego obiadu, że po jego zjedzeniu nic, tylko siąść, popuścić pasa, zdrowo bęknąć i błogo uśmiechnąć się.
Zacznijmy od „Skarbów Mirmiła” czyli kontynuacji „Zamachu na Milusia”. Dostajemy pełnokrwistą przygodę, w której przyjaciele muszą odbić swoje smocze „dziecko” porwane przez Zbójcerzy. Przy okazji poznajemy nowe, ciepłe i co tu dużo mówić, chwytające za serce oblicze Mirmiła i Lubawy. Klasą dla siebie są Zbójcerze, którzy są zapłonem przygody i akceleratorem śmiechu. Przyznam wam, że te papraki są klasą dla siebie pod każdym względem.
Kolejnym tytułem jest „Cudowny lek”, jak dla mnie najpiękniejszy album cyklu. O ile „Szranki i konkury” były doskonale awanturniczą historią, pełną smaczków, dygresji i eksplozji śmiechu, o tyle „Cudowny lek” jest popisem Janusza Christy. Fantastyczne rozłożenie akcentów, doskonale prowadzona narracja, biegłość dramaturgiczna i piękne poruszające zakończenie czynią ten album w moich oczach dziełem absolutnie doskonałym nie tylko na tle całego cyklu, ale popularnej opowieści w ogóle. Zwłaszcza, że to również rozliczenie się z własnymi demonami i odreagowanie cierpienia. Jest to również zakończenie nieformalnej „trylogii Milusia”.
I na koniec mamy „Festiwal czarownic”, w którym widać jak Christa poszerza uniwersum oraz coraz śmielej wprowadza elementy nadprzyrodzone. Nie jest to zły tytuł, ale po tak kompletnym dziele jak poprzedni „Cudowny lek” jest to w moim odczuciu regres. Choć z drugiej strony czy na pewno? W końcu po tak wyczerpującym osobiście albumu należy się autorowi odpoczynek, ucieczka w bezpieczne rejony pełne znanych bohaterów, którym można więcej.
I tak odbieram „Festiwal czarownic”, którego pełna recenzję przeczytasz tutaj.
Co do dodatków to umówmy się; nic nie przeskoczy tego, co dostaliśmy przy okazji trzeciego tomu, ale i tutaj jest ciekawie. Zwłaszcza w kontekście tego cholernego polactwa towarzyszącego nam od zawsze.
Książkę otwiera wstęp Radosława Geremka, wieloletniego fana, tropiciela i kolekcjonera dziedzictwa Janusza Christy i założyciela fundacji „Kreska” poświęconemu twórczości Janusza Christy. Wstęp jak wstęp, nie mówi nam czegoś specjalnie nowego o Stwórcy, bardziej przedstawia nam drogę Geremka do tego, kim jest obecnie. Znaczy wiecie, pierwsze spotkanie z cudownie narysowanymi bohaterami. Potem mimochodem opowiedziane znaczenie jakie życiu nadaje przypadek, czyli poznanie Janusza Christy oraz dalsza z nim znajomość. A wreszcie polowanie na oryginały jego twórczości, pamiątki – no wszystko co kojarzone jest z panem Januszem.
Co do posłowia, to muszę przyznać, że jest. I przyznam, że wolałbym go nie przeczytać. Nie dlatego, że autor tekstu, Krzysztof Janicz nie popisał się. Wręcz przeciwnie. Jak zwykle jest to solidna porcja informacji o Chriście oraz tamtej rzeczywistości.
Janicz pisze o zarzutach wobec Christy. Rozumiecie, plagiat z Asterixa, w ogóle to po co ten Christa rysuje, ani to zabawne, ani ciekawe, tylko biorą w pysk, walą łbem w drzewo, no tragedia i po co to wszystko. I to jest właśnie to polactwo. Oprócz tego autor pisze o genezie innego komiksu twórcy Kajka i Kokosza: Gucka i Rocha, których przygody ukazały się jak do tej pory jedynie w dwóch zeszytach. Poznajemy również wpływ owych na średniowieczny świat naszych ukochanych bohaterów.
Piąty tom „Złotej Kolekcji” Kajka i Kokosza to przedostatnie spotkanie w tej formie z naszymi bohaterami. Kiedy spojrzę wstecz na cały cykl, to z pełną odpowiedzialnością – mimo iż przed nami ostatnia część cyklu – jest idealnym prezentem.
Otrzymaliśmy naszpikowany rozmaitościami album. Oprócz opowiadań rozgrywających się w uniwersum Kajka i Kokosza oraz we współczesności mamy do czynienia z najpiękniejszymi historiami z Mirmiłowa. Odniesienie się do porównań z Asterixem. No i wisienka na torcie! Wykopany spod ziemi scenariusz nigdy nie opublikowanego komiksu Janusza Christy!
My, dzieci Christy przyjmujemy ten album z dziecięcą radością i dziękujemy Egmontowi za to, że dziecięce marzenia w końcu się spełniają.








