Gra „Indiana Jones i Wielki Krąg” zapowiadała się na wielkie wydarzenie w świecie gier wideo oraz świętym graalem dla każdego miłośnika legendarnego archeologa. Tytuł wydawał się pewniakiem a studia, którego stworzyły/wydały grę, czyli Bethesda i Machine Games po cichu zacierały rączki z radości. Okazało się, że zbyt szybko.
Umówmy się – historia przedstawiona w grze jest kapitalna. Natomiast sama rozgrywka to jakieś nieporozumienie.
Indiana Jones to praktycznie ojciec, matka, dziadek, babka, wujek i ciotka wszystkich bohaterów popkultury szukających skarbów. Najbardziej popularnymi bohaterami zbiorowej wyobraźni jest Lara Croft jako bohaterka cyklu „Tomb Raider” czy gra „Uncharted”, kolejny kultowy tytuł zawdzięczający wszystko co najlepsze bohaterowi wymyślonemu przez Georga Lucasa.
Wydawało się, że w końcu doczekaliśmy czasów, w których legendarny archeolog podbije świat gier wideo, rozdepcze konkurencję, splunie i pójdzie dalej. Niestety. Nam, fanom profesora Jonesa przyjdzie poczekać do następnego razu.
Wydarzenie to sprawia, że Indiana przemierza świat w poszukiwaniu serii artefaktów ze starożytnych świątyń, które tworzą tytułowy Wielki Krąg — potężnej relikwii, za którą uganiają się, jakżeby inaczej: naziści pod wodzą Emmericha Vossa.
I jak to wygląda?
Jako Indiana Jones będziesz chłostał, tłukł się na gołe pięści, otrzymywał ciosy i znudzony oglądał filmowe scenkiu. Przemierzysz świat, od Watykanu po Tajlandię, przez egipskie piramidy po podbity przez Japończyków.
Mówię wam, historia sama w sobie jest świetna i gdyby przenieść ją na duży ekran, wgniotłaby w ziemię to, co pokazano nam ostatniej części filmowego cyklu.
Ciekawi was pewnie, czy w grze wziął udział Harrison Ford. Niestety, udaje go dubler wspomagany AI. I ogląda się to raz słucha naprawdę świetnie, a filmiki są przyjemnością same w sobie. Jest tu akcja, jest ten głupkowaty humor, który dzięki Fordowi odbiera się po prostu pysznie. Jest tu mnóstwo fajnych drugoplanowych postaci i ciekawy przeciwnik, który w jakiś sposób przypomina nazistów wyciągniętych z gier cyklu „Wolfenstein”.
I tu Houston mamy problem. Sterowanie bohaterem jest kiepskie, a konieczność nieustannego klepania w klawisze frustruje.
Na dodatek każda podejmowana przez gracza czynność — bieganie, skakanie, wspinanie się, bójki, czy strzelanie z bicza jest regulowana przez pasek wytrzymałości. Zbyt krótki, nawet jeśli uzyskasz ekstra rozszerzenia.
Podczas polowania na artefakty będziesz również przekradał się przez bazy wroga, a przeciwnicy sterowani przez sztuczną inteligencję to po prostu debile. Zresztą umówmy się, ta gra to w znacznej mierze skradanie się, przemykanie cichcem, by wróg cię nie dopadł.
Co dzieje się, gdy stajesz z przeciwnikiem twarzą w twarz i musisz się z nim tłuc na gołe pięści i bat? No nic specjalnego. Bicz nie jest czymś szczególnie pomocnym chyba, że za coś takiego uznamy rozbrajanie przeciwnika, a sama bitka staje się po prostu męcząca i wkurzająca.
I byłoby to do strawienia, gdyby chociaż gra była intensywna, a nie jest, a kiedy zachce ci się skoczyć na dwójeczkę, zapomnij o ręcznym zapisaniu gry.
Tak naprawdę tę grę ratują łamigłówki oraz kombinowanie nad drogą wyjścia. I to jest naprawdę super. Czujesz jakbyś był w escape roomie i od twojej bystrości zależy czy z niego wyjdziesz. I nawet jeśli będziesz w tym fragmencie gry czuł niezwykłą satysfakcję, to wyjdziesz z siebie, bo sterowanie i inne detale typu wolne poruszanie się, czy bugi przyprawia o ból głowy.
Twórcy gry zatrzymali się w połowie drogi i mamy nadzieję, że kolejny projekt z tej serii będzie tym, o co chodzi. Bo umówmy się, „Wielki Krąg” jest świetny jeśli chodzi o fabułę, ale jako gra wideo zawodzi. I to jest największy problem, jeśli chodzi o praojca Lary Croft i spółki.






