Cywilizacje często pamięta się nie ze względu na politykę czy przywódców, ale ze względu na postacie, które czciły. Starożytna Grecja znana jest zarówno z Achillesa i Odyseusza, jak i z osiągnięć w demokracji i filozofii. Średniowieczna Anglia kojarzona jest mniej z Plantagenetami niż z legendami o królu Arturze i Robin Hoodzie. Dziki Zachód ma Davy’ego Crocketta, Butcha Cassidy’ego i Sundance Kida.
Za kilka lat ludzie mogą wspominać minione 40 lat nie jako erę konsensusu po zimnej wojnie, 11 września czy wielkiej recesji, ale jako epokę Toma Cruise’a .
W ciągu swojej długiej i różnorodnej kariery Cruise towarzyszył pokoleniom kinomanów.
Występował na ekranie w okresie eksplozji neoliberalnego konsumpcjonizmu w filmach takich jak „Rain Man” (1988) i „Jerry Maguire” (1996). Bawił widzów w epoce globalnego terroru, poprzez paranoiczne szpiegostwo w swoich wczesnych filmach z serii „Mission: Impossible”, czy obrazie o inwigilacji totalnej w „Raporcie mniejszości” (2002).
I tak jak jego życie poza ekranem bywało często szalone , tak jego filmy eksplodowały na ekranie. Jego ciało wyginało się, rozciągało i przeskakiwało przez niemożliwe granice, by zapewnić publiczności rozrywkę, jakiej dotychczas nie doświadczyła..
Jego najnowszy film, „Digger”, wyreżyserowany przez Alejandro Gonzáleza Iñárritu, autora „Zjawy” (2015) i „Birdmana” (2014), jest ukoronowaniem wszystkich naszych współczesnych obaw. To nie znaczy, że jest dobry. Ale obecność Cruise’a jest najciekawszym elementem tego filmu.
Cruise wciela się w tytułowego Diggera Rockwella- zuchwałego, prostackiego potentata naftowego z szalonym południowym akcentem, działającego gdzieś między Dallas a Wyoming. Akcja filmu rozgrywa się w niedalekiej przyszłości, a Rockwell zarządza swoim imperium naftowym z mieszanką uroku i bezduszności. Stara się zapamiętać imiona i rodziny wszystkich swoich pracowników, jednocześnie ignorując ich poważne obawy o bezpieczeństwo jego najnowszej operacji wiertniczej na Grenlandii.
W miarę jak sytuacja się zaostrza, a bezpieczeństwo świata jest zagrożone, rozwija się satyra rodem z filmu „Doktor Strangelove spotyka Dogville’a”, w której idiotyczni prezydenci USA i nieudolni dobroczyńcy nie potrafią zapobiec najgorszemu. A najgorsze się zdarza. I to często.
Przypadkowe ironie
Przez cały czas twarz Cruise’a zdaje się powoli topnieć na ekranie, pogrzebana pod warstwami protez i makijażu. Z każdą klatką ciało Diggera zdaje się opadać, jego głowa pulsuje i przecieka, a linia włosów cofa się.
To piekielnie dobry sposób na potraktowanie niegdyś nieśmiertelnego ciała Cruise’a. I jaskrawy kontrast z jego szczupłą sylwetką, którą zaprezentował na okładce magazynu GQ zaledwie kilka tygodni przed promocją filmu, jakby chciał nas zapewnić, że jego prawdziwe płótno pozostaje nietknięte przez rozpadający się spektakl na ekranie.
Niektórzy krytycy prawdopodobnie uznają kreację Cruise’a za „odważną” próbę wcielenia się w mniej efektowną rolę niż bardziej generyczne postacie akcji, które ostatnio grał. Ale właśnie w tym tkwi rozczarowujący paradoks „Diggera”. Film ten próbuje przekazać ważne przesłanie, ale na każdym kroku podważa sam siebie, nie pozwalając nam się śmiać ani nie traktując swojego przesłania z szczerością.
„Digger” chce, abyśmy dostrzegli sztuczność wszystkiego, co dzieje się na ekranie, abyśmy mogli to docenić, abyśmy wiedzieli, że to, co oglądamy, jest konstrukcją i w odpowiedzi przyjęli świadome spojrzenie. Ale to po prostu niszczy wiarygodność filmu. Jako satyra klimatyczna jest on równie ostry jak gąbka.
Jako refleksja nad sławą Cruise’a, jest to równie zwodnicze. Widzimy, jak Cruise wkłada gumowy kombinezon, żeby wyglądać staro, pozwalając nam zapomnieć, że w wieku 64 lat jest coś niemal wampirycznie nienaturalnego w jego rzekomo „wiecznym” wyglądzie poza ekranem.
W miarę jak dowiadujemy się więcej o mężczyźnie, którego gra Cruise, ostrzejsze akcenty, które mogłyby prowadzić do porównań z gwiazdą z prawdziwego życia, stają się sposobem na jego wyróżnienie. Digger lata beztrosko prywatnym odrzutowcem podczas gdy wokół niego klimat się wali, ale nie ma tu próby rozważenia ironii Cruise’a – człowieka znanego z kapryśnego wysyłania prezentów na cały świat swoją prywatną flotą – odgrywającego takie sceny.
Digger ma dobre relacje z córką, o którą martwi się przez większość filmu. Mało prawdopodobne, by dało się tu dostrzec kontrasty z prawdziwym życiem . A, i jest zwrot akcji, o którym nie powiem. Niestety, pogarsza on sytuację.
Ma ten Cruise coś w sobie, co opiera się sztywnym znaczeniom. Zarówno jego osobowość poza ekranem, jak i maniery na ekranie są kuszące, a zarazem zwodnicze, znane nam wszystkim, a jednocześnie równie nierealne. Film konfrontujący te lęki powinien był mówić coś o naszym coraz bardziej postprawdopodobnym świecie, zdominowanym przez potężnych, starzejących się mężczyzn, którzy kłamią. Szkoda, że Digger tego nie robi.
To film, w którym o wiele bardziej chodzi o to, by wyglądać na inteligentnego niż być inteligentnym. Być może to samo w sobie mówi coś o świecie, w którym żyjemy. Bo to jest era Cruise’a.


