Nie ukrywam, że sprawa wpuszczenia związku myśliwych i obchodów ich największego święta w lubińskim zoo trochę mną ruszyła, gdyż nie rozumiem jak można było dopuścić myśliwych do obchodów Hubertusa na terenie zoo.
Dyskusja, jaka rozpętała się wokół tego wydarzenia rozdarła worek standardowych zarzutów i pseudoargumentów, walk na to, kto jest bardziej zabawny i bardziej odkrywczy. Oczywiście, jak to w internecie; najbardziej błyskotliwi są w swoim mniemaniu anonimowi internauci.
Ponieważ to moje ostatnie przemyślenia w tej sprawie chciałbym użyć jednego – moim zdaniem zamykającego wszelkie mniej lub bardziej zabawne przepychanki w tej sprawie.
I żeby było jasne – myślistwo jako takie nie przeszkadza mi.
Wśród moich znajomych są ludzie, którzy tłumaczyli mi swoje wybory, a nawet zabrali mnie na jedno z polowań. Było to co prawda w Norwegii, gdzie noc całą spędziłem na obserwowaniu polowania na będącego pod całkowitą ochroną w Polsce głuszca. Było to w gminie Hommelvik, która zresztą ma w swoim herbie głuszca, który ma podkreślać m.in. tradycje łowieckie w tym regionie.
To była okrutnie mokra, deszczowa, błotnista noc. Była to niezwykła przygoda ukoronowana upolowaniem dwóch głuszców, które po sprawieniu i odpowiednim przygotowaniu przez fachowców zostało przyrządzone w sposób po prostu wspaniały.
Mięso głuszca jest po prostu pyszne!
Mam więc tę przewagę nad promyśliwskimi dyskutantami, że spożywałem to przepyszne mięso.
No cóż, przebijcie to.
Podobnie w przypadku wieloryba, który jest sprzedawany w sieciach handlowych oraz podawany w restauracjach, a w otwartym wkrótce obiekcie THE WHALE poświęconym ochronie wielorybów, stek z polędwicy wieloryba karłowatego będzie jednym z przysmaków.
I cóż, również spożywałem mięso wieloryba karłowatego. Niestety doznania nie były wybitne, gdyż przypomina ono w smaku metaliczną wątrobę wieprzową.
No cóż promyśliwscy dyskutanci, to również musicie przebić.
Mało tego, w książce „Dzikie historie: Norwegia” poświęciłem tamtejszemu myślistwu cały rozdział i nie potępiam tej formy spędzania wolnego czasu (bo tak kwalifikuje się w Norwegii myślistwo), lecz staram się je zrozumieć.
I nie mam nic przeciwko tej formie rozrywki w Polsce dopóki jest to zgodne z prawem.
Tyle, że w tym wszystkim jestem bardziej uczciwy niż wy wszyscy razem wzięci. Może dlatego, że was interesuje bardziej wojenka w komentarzach, niż próba jakiegokolwiek zrozumienia drugiej strony.
No dobrze, ponieważ mamy już za sobą to przydługie wprowadzenie, chyba trochę niewygodne dla wszelkiej maści kabanosiarzy, którzy doznają wzwodu na widok zwierzęcia w lunecie myśliwskiej strzelby przejdźmy do sedna sprawy, którą nazywam „Hubertus w lubińskim zoo”.
Ogrody zoologiczne stanowią dziś rezerwuar zwierząt, którym grozi wyginięcie w naturze.
Owszem, mamy do czynienia z np. kangurami, które nie są zagrożone w swoich naturalnych warunkach, ale tu mamy do czynienia bardziej z walorami edukacyjnymi i rozrywkowymi.
Natomiast generalnie jest tak, że ogrody zoologiczne nie tylko edukują, uczą wrażliwości, wyobraźni, poczucia obowiązkowości u ludzi odwiedzających zoo, ale przede wszystkim służą tworzeniu puli genów oraz przywracaniu gatunków zagrożonych, lub po prostu wybitych w warunkach naturalnych.
Z jakich powodów? No wyobraźcie sobie państwo, że głównie na wskutek myśliwych, którym zawdzięczamy niemal całkowite wybicie nosorożca białego północnego (zostały dwie samice, które lada moment mogą zdechnąć), czy drop oraz żubr, by sięgnąć na polskie podwórka.
I teraz dochodzimy do najważniejszego. No niestety, z tym nie da się dyskutować i to wyklucza wg mnie jakąkolwiek obecność łowieckich związków na teranie ogrodu zoologicznego.
Ogrody zoologiczne rozmnażają zagrożone i wymarłe w naturze gatunki w jednym celu – aby te mogły rozmnażać się i żyć w ich naturalnych habitacie.
Myśliwi, którzy chwalą się tym, że pracują nad przywróceniem naturze np. dropa robią to w jednym celu: aby w bliżej określonej przyszłości móc go odstrzelić, ale do tego stopnia, by ten ptak mógł się odtworzyć w ilości umożliwiających kolejny odstrzał. No ale tu trzeba mieć pewną odwagę, by to przyznać.

