Home News Tusk może mieć rację. Trzeba obalić PiS, zanim będzie za późno.

Tusk może mieć rację. Trzeba obalić PiS, zanim będzie za późno.

Zdjęcia pochodzą z social mediów wspomnianych w tekście polityków.

Do wyborów parlamentarnych pozostało niespełna pół roku, a rządzący PiS nieustannie trzyma się mocno w sondażach. Za to partie opozycyjne zamiast rozprawić się z partią Jarosława Kaczyńskiego nieustannie zajmują się same sobą.

Nie jestem zwolennikiem Donalda Tuska. Kadry Platformy Obywatelskiej oceniam bardzo nisko. Niemoc ideowa, niezborność programowa, festiwal uniesień wobec samych siebie oraz tokowanie dla samego tokowania zniechęca mnie do tej partii.

A jednak jestem w stanie zrozumieć politykę Tuska, którego przestał już interesować program wyborczy i chce po prostu dorwać Kaczyńskiego i dosłownie zamordować go polityczne, a jego partyjnye szambo osądzić i wsadzić do więzień, zanim będzie za późno.

Dlaczego? Najpierw „małe” wprowadzenie.

Jak to możliwe, że człowiek określany jak oszalały dziadunio, Kaczafi, oderwany od życia wariat stworzył system, który dosłownie przeorał Polskę? I mentalnie, i społecznie i gospodarczo? Argumenty o dostępie do nieograniczonej władzy i pieniędzy to jednak zbyt mało.

Otóż dzisiejsza pozycja Prawa i Sprawiedliwości jest sumą zaniechań, osobistych ambicji, lenistwa, miałkości intelektualnej i zwyczajnego tchórzostwa polityków opozycji. Zarówno tych z Platformy Obywatelskej, jak i Polskiego Stronnictwa Ludowego, Nowej Lewicy, i Razem.

Dlaczego nie wymieniam wśród nich Polski 2050? Może dlatego, że nie tylko, że powstała stosunkowo niedawno to jednak tworzy społeczeństwo obywatelskie angażując ludzi dotychczas niebiorących udziału w polityce.

Jasne, że do władzy ciągnie różnych ludzi. I tych kryształowych, ale i tych bezwzględnych. Tych, którzy dla osobistych korzyści zrobią największe świństwo, draństwo, podłość. W pewnym momencie wydawałoby się, że sługusi naszych władz licytują się w tym, jak przekroczyć kolejne granice zbydlęcenia i podjudzania jednych na drugich.

No jest coś w Prawie i Sprawiedliwości, że przyciąga do siebie największe męty a ludzie, którzy mają choćby najmniejszą styczność z tą partią zostają dotknięci tzw. „dotykiem zła”, dzięki któremu człowiek kiedyś w sumie sympatyczny staje się kanalią bez sumienia.

Już w czasie pierwszych rządów PiSu mieliśmy do czynienia z tym co czeka nas w przyszłości, gdy ponownie oddamy władzę tej partii.

Szybko zapomnieliśmy ponury czas, w którym z niewyjaśnionych przyczyn zginęła Barbara Blida, dowody w jej sprawie topiły się w wannie, policjanci zginęli tylko dlatego, że trzeba było odwieźć w nocy do domu pisowskich dygnitarzy i kupić im coś w maku, zresztą dziennikarze „podziękowali” za to wymownie Ludwikowi Dornowi, ówczesnemu ministrowi spraw wewnętrznych. Zresztą wspominany dziś z estymą Dorn położył liczne zasługi w służbie zaszczuwania pracowników służby zdrowia. „Pokaż lekarzu co masz w garażu” lub groźby przymusowego poboru do wojska pracowników służby zdrowia to tylko próbka dornowego stylu. Normalnie łza w oku się kręci.

Ale przecież nie tylko z takimi kwiatkami mieliśmy do czynienia, a o jednym z nich może opowiedzieć Włodzimierz Czarzasty, współprzewodniczący Nowej Lewicy, do którego z rana wpadli do domu antyterroryści, rzucili na glebę dzisiejszego Wicemarszałka Sejmu i przystawili broń do skroni.

Jak napisał dziennik „Trybuna”:

 „Wpadli do środka, przewrócili mnie na ziemię i przyłożyli mi broń do głowy – opowiada Włodzimierz Czarzasty. To samo zrobili z jego żoną. Szukali broni oraz jakiegoś „wspólnika Gruszczyńskiego”.

Dodajmy do tego celowe prowokowanie afer mających na celu ukręcenie głowy Aleksandrowi Kwaśniewskiemu, czy ówczesnych koalicjantów PiSu Andrzejowi Lepperowi i Romanowi Giertychowi. Jak pamiętamy Lepperowi nie udało się. Nie żyje.

A to wszystko w ciągu dwóch lat, po których nastały rządy Donalda Tuska. A potem 2015 rok i wyborcze zwycięstwo PiS, który rządzi do dzisiaj.

Wydaje się, że nie ma mocnych na Prawo i Sprawiedliwość, które jest dziś tak potężne, że gdyby było korporacją, międzynarodowe instytucje antymonopolowe zarządziłyby podział tej partii. To pokazuje skalę, jakim hegemonem jest partia Kaczyńskiego na polskiej scenie.

Inżynieria społeczna, finansowa, polityczna i propagandowa jest imponująca i stanowi połączenie rządów autorytarnych z różnych okresów i różnych państw. Władz wsparta nieograniczonym budżetem, który tak naprawdę służy woli politycznej jednej partii robi co chce. Przejmując publiczne media może tworzyć dowolną rzeczywistość, a opłacani dziennikarze oraz blogerze powtarzają nieustannie ten sam przekaz w różnej formie. Tak, by przez lata utrwalił się w ludziach tak, jak zamarzył sobie ten, dzięki któremu to wszystko mamy: ten niby oszalały oderwany, flejowaty i nieporadny dziadzia Kaczyński.

Zgodzimy się, że powyższy akapit tworzy partię niepokonaną? Tak to wygląda, ale nie do końca. Wiemy przecież, że władza, która prowadzi niegraniczoną politykę zaczyna popełniać błędy, a jej uczestników gubi pycha. Bo jak doskonale wiemy, pycha dąży przed upadkiem.

Gdzie w tym wszystkim opozycja spytacie? Gdzie organizacje, których obywatelskich i wręcz patriotycznym obowiązkiem jest odebranie władzy ludziom bez skrupułów? No właśnie. Gdzie?

Wróćmy do początku tego tekstu kiedy to napisałem, że choć nie jestem zwolennikiem Donalda Tuska, to rozumiem jego obecną politykę w świetle zbliżających się wyborów.

Słuchajcie. To już nie czas na mędrkowanie. Skończył się czas pokazu najbezpieczniejszych systemów przeciwpożarowych, gdy dosłownie tuż zza rogu nadciąga ogniste piekło. Tak jak nie możesz mądrzyć się po pierwszych kursach samoobrony, kiedy z naprzeciwka nadciąga banda osiłków z bronią w rękach, chcących cię dosłownie zapierdolić tylko dlatego, że nie jesteś z nimi. Rozumiecie o co mi chodzi?

Oczywiście, też mi się nie podobało, że Tusk „uciekł do Brukseli” zostawiając pogubiony aparat partyjny. Tylko widzicie, może nie było wyjścia? Może Donald uznał, że trzeba w końcu wrzucić na głęboką wodę ludzi, którzy mając gęby pełne frazesów chowali się za plecami swojego szefa i nie byli w stanie najzwyczajniej w świecie walczyć? Przypomnijcie sobie, jaka mądra była Ewa Kopacz mając za sobą Tuska. Jaki mądry i dzielny był Borys Budka, gdy wychylał główkę zza pleców swojego szefa?

Doszło do tego, że Platforma znalazła się na skraju upadku. To wtedy nastąpił wielki „powrót taty”. Powrócił Tusk i wszystko wróciło do normy. Na dobre i na złe. Dobre, bo PO wróciła na drugie miejsce  w sondażach. Złe, bo znowu okazało się, że można chować się za plecy szefa i zza nich grać chojraków.

Myślę, że stąd wziął się pomysł Tuska na pokonanie PiSu. Z ogromnego deficytu programowego, niezborności intelektualnej czołówki Platformy, która najzwyczajniej w świecie nie nadążała i nie nadąża za rzeczywistością, brak młodych liderów, upływ krwi na rzecz dopiero co powstałej organizacji Szymona Hołowni, ogromnej frustracji po wciąż przegrywanych wyborach.

I mając tę świadomość Tusk postanowił zagrać zdecydowanie tworząc z siebie przywódcę opozycji, który nadaje ton wszystkiemu, za pomocą tradycyjnych i zdecydowanych haseł doprowadził do klimatu walki Dobra ze Złem tak właściwym dla bajek spod znaku „Władcy Pierścieni”. I to zagrało.

Pozostała część opozycji coś tam piszczała, no ale właśnie. Piszczała. Swoim twittowaniem, fejsbukowaniem, piszczeniem do mikrofonów i dyskusją z samą sobą jeśli coś osiągnęła to politowanie, bo umówmy się: gdy naprzeciw siebie stają pokryci bliznami weterani zaprawieni w boju, szykujący się do mordobicia wszechczasów nie ma czasu na urocze teoretyzowanie. Do niego można wrócić, ale gdy jeden z gigantów dostanie między oczy i już nie wstanie.

I tak to wygląda drogi opozycjonisto: albo dołączysz do gigantów, albo zostaniesz rozdeptany. Po prostu.

Jesteśmy obecnie w tym momencie dziejowym, że pole bitwy zostało ustawione, wodzowie ubrani w zbroję, a wojska ustępują miejsce wodzom i szykują się do kibicowania.

Obecna sytuacja polityczna w kraju taka właśnie jest. Tusk wie, do jakiej wrócił partii. Szybko uświadomił sobie, że nie bardzo ma kim walczyć, a praca z aktywem przypominała bardziej rzeźbienie w gównie niż wykuwanie idei i programu. Dodajmy do tego wyznawany przez przewodniczącego model polityki, brak świadomości własnych ograniczeń, totalną obłość i nieporadność innych partii opozycyjnych i szybko zrozumiemy dlaczego Tusk przyjął model taranu, który ma rozbić pisowskie wrota do władzy.

Powszechnie wiadomo, że aby taran okazał się skuteczną bronią, należy dokonać wielkiego wysiłku zespołowego. Zwykle w rytm dowodzącego, którego okrzyk bojowy można sprowadzić do powszechnego hasła „Jebać PiS!”. Za wszelką cenę. Po prostu trzeba tę gangsterkę pokonać póki można. Póki nie okopie się w każdej strukturze państwa, bo wtedy na lata czeka Polskę wyniszczająca, okrutna, bezwzględna wojna na wyniszczenie.

Albowiem stoimy przed wyborem: albo MY albo ONI.

I tu widzę powód, dla którego Donald Tusk wymyślił taki sposób pokonania Kaczyńskiego: powszechne ruszenie opozycji, które pod wodzą „szefa Unii Europejskiej” przywróci w Polsce rządy prawa, a władze państwowe nie będą szczuły obywateli na siebie.

W ten sposób stworzyło się miejsce dla Nowej Lewicy, która dopiero co stanęła politycznie na nowo i zaczęła określać się wobec tego, co nazywano „dobrą zmianą”. Niestety w procesie wykreowania własnej tożsamości, odrębnej programowo i personalnie od Sojuszu Lewicy Demokratycznej, NL pogubiła masę pomysłów i ludzi, z których mogła i powinna korzystać a tych sztabek złota, które ma – jak Aleksander Kwaśniewski – nie umie wykorzystać.

Myślę, że tej bezkompromisowej zmiany programowej, ideowej i personalnej zazdrościł Tusk Lewicy. Tego pozytywnego fermentu, tej niepokorności i swego rodzaju młodzieńczej swawoli, którą tak fajnie pokazują nowe pokolenia Nowej Lewicy oraz Razem.

Tusk widząc u swego koalicyjnego boku Lewicę chciał pobudzić wewnętrzną pustkę Platformy, a może nawet przejąć paru lewicowców do swojej partii. Częściowo nawet mu się to udało, ale jedyną korzyścią było pozyskanie pseudolewicowych spadów pokroju Rozenka, czy Morawskiej – Staneckiej i Senyszyn. Operacja nie udała się, Lewica wkurwiła i wyszło jak wyszło.

Podobnie mogło to wyglądać w przypadku Polskiego Stronnictwa Ludowego, które jako najstarsza w Polsce partia polityczna ma największe doświadczenie nie tylko w przetrwaniu na rynku, ale w sposobie dotarcia do najodleglejszych zakątków sceny wyborczej. PSL, jak nikt inny potrafił – jak doświadczony listonosz – dotrzeć do najodleglejszych zakątków kraju i na dodatek zgarnąć z tego tytułu napiwek. Niestety czasy mamy inne, a PSLowi zachciało się walczyć o życie.

Jeśli na chłodno przemyślimy przedstawione przeze mnie założenia możemy zgodzić się, że są najbliższe temu, co chodziło w głowie Donalda Tuska, gdy opracowywał plan na pokonanie PiSu?

Niestety doszło do tego, o czym pisał nieodżałowany Paweł Jasienica, który w swym monumentalnym dziele „Rzeczpospolita Obojga Narodów” zwracał uwagę na psychologiczną rolę lidera w kształtowaniu polityki oraz kontekst czasu i wydarzeń, w trakcie których przywódcy podejmują decyzje.

W międzyczasie powstaje Polska 2050 Szymona Hołowni, którą nie wiadomo jak potraktować, co z nią zrobić, na dodatek stanowiącą realne zagrożenie dla partii Tuska. Ten nie ma żadnego pomysłu na tę organizację i nie zdziwiłbym się, gdyby na wskutek własnej podejrzliwości i podszeptów fujar w rodzaju Kierwińskiego, Sienkiewicza czy Arłukowicza uznał, że to krecia robota PiSu. W końcu wszyscy mieli w głowie koronkową akcję Bielana w Porozumieniu Gowina. Tyle, że dziś wiemy, że założenie PO wobec partii Hołowni okazało się błędne.

W ten sposób łatwo stanie się zrozumiałe że to, co wydawało się oczywiste, nieoczekiwanie komplikuje się i wyklucza.

I stąd wg mnie mamy do czynienia z pospolitym ruszeniem chłopów w krakuskach z kosami w rękach, którzy z pełną świadomością idą na starcie z pancernymi oddziałami przeciwnika, dla którego jedyną zasadą jest absolutna bezwzględność wobec pokonanych.

Nie zrozumcie mnie źle – nie staję w obronie Tuska, nie atakuję polityków opozycyjnych partii. Próbuję zrozumieć obecną sytuację po tzw. „naszej” stronie.

Niestety z różnych względów liderzy partii opozycyjnych nie spotkali się, by ustalić podział zadań. Szkoda. Zaryzykuję stwierdzenie, że jeśli opozycja pokona Prawo i Sprawiedliwość, to raczej wbrew sobie.

Boję się tylko, że Tusk, Hołownia, Czarzasty, Zandberg i Kosiniak z Kamyszem wyciągną niewłaściwe wnioski i czeka nas okropny czas z PiSem jako opozycją.