Czytam sobie tych „Symetrystów” Władyki i Janickiego i naprawdę zastanawiam się, jak bardzo można misować pointa używając wielu mądrych słów. Stąd parę zdań, jak wszystkie te „ADAMy” [Adam Abramczyk – nieformalny guru proplatforiamianej sekty Silni Razem; uzupełnienie redakcji] i „Lisy” [Tomasz Lis, upadły dziennikarz próbujący stać się bożkiem proplatformianej sekty Silni Razem; uzupełnienie redakcji] pomagają PiSowi. Z czystej głupoty i braku refleksji.
Z otwierających „Symetrystow” rozdziałów wyłania się obraz ogromnej winy opinii publicznej i tych polityków, wymieniony z nazwiska jest Adrian Zandberg, bo jak inaczej, którzy nie traktują PiSu jako zła ostatecznego. Oraz sugestia, że gdyby tylko wszyscy PiS krytykowali i otoczyli kordonem sanitarnym to nie bylibyśmy w tym miejscu, w którym jesteśmy. Piękna opowieść, tylko kompletnie bzdurna.
Andrzej Duda nie został prezydentem, bo uwiódł media i nagle wszyscy dostrzegli w nim nową, lepszą, twarz PiSu ale dlatego, że Bronisław Komorowski był prezydentem nijakim, antypatycznym i popełnił wszystkie możliwe błędy jakie można popełnić w kampanii. A potem wymyślił jeszcze parę nowych.
Dla normalnego wyborcy, nie pundita z internetów, nie było żadnej jakościowej różnicy pomiędzy Dudą a Komorowskim. Obaj pozbawieni charyzmy, konserwatywni do bólu mentalnie tkwiący w XIX- stym wieku.
Różnica była tak, że Duda chciał wygrać (choć nikt nie dawał mu szans na początku), a Komorowski uważał, że nie może przegrać. Wynik znamy. A potem przyszły wybory parlamentarne 2015 i PiS znowu wygrał. Dlaczego wygrał? Nie wiemy – chciałoby się cytować klasyka.
Ale przecież wiemy dlaczego. Po klęsce Komorowskiego Platforma – werble – nie wyciągnęła żadnych wniosków i prowadzenie kampanii wyborczej powierzyła tym samym ludziom, którzy przewalili tam, gdzie teoretycznie przewalić się nie dało.
W tym czasie PiS zrobił coś, co Władyce, Janickiemu i silnorazemitom wydaje się nie do pomyślenia i dziś: zbadał elektorat i zaczął adresować jego potrzeby.
Platforma nie potrafiła tego kontrować, choć miała lepsze karty. Mówiąc prościej: PiS grał w demokratyczna grę zdobywania wyborców lepiej niż PO. I wygrał. Przede wszystkim dlatego, że w 2015 roku PO w tę demokratyczną grę już nie grała. Bo zamiast przekonywać wyborców wolała straszyć ich PiSem.
I tu, moje drogie osoby, kryje się to, czego antypis nie dostrzega.
Platforma Obywatelska, pomimo pozornej wielkości, nie jest partią, która w normalnych warunkach jest w stanie rządzić w Polsce. Elitystyczna, dogmatyczna i indywidualistyczna, ignorująca potrzeby seniorów, pracowników, mieszkańców wsi, nie jest w stanie zdobyć samodzielnej większości w oparciu o swoją ofertę programową.
To partia, która nigdy nie wygrała wyborów swoim programem. W 2005 okazała się niewiarygodna, zarówno w wyborach parlamentarnych jak i prezydenckich. W 2007, PiS spartolił tak bardzo (obok naruszeń konstytucji i zwyczajów demokratycznych, niesmacznego sojuszu z Giertychem i Lepperem oddali, przypominam, Ministerstwo Finansów Zycie Gilowskiej, neoliberałce z PO), że hasła antypisu wyniosły do władzy koalicję PO-PSL (a ta koalicja, to temat na zupełnie odrębną opowieść).
I zaczął się okres rządzenia pod słupki sondażowe wielkich deklaracji, których władza nie dowoziła. To, co robiła za to skutecznie to podgrzewanie polaryzacji w czym radośnie pomagały media.
Głęboka polaryzacja dawała PO szansę na władzę, ale nie była możliwa bez PiSu, który był na tyle silny, żeby można nim straszyć i na tyle słaby, żeby nie musieć się go poważnie bać. I dopóki dominujące wpływy miały w PiSie dziadki z PC wszystko hulało. PO udawało że rozlicza, atmosferę podbijały starcia z prezydentem i było git.
Aż przyszedł Smoleńsk i stały się dwie rzeczy: PiS dostał emocjonalnego paliwa i zrobiło się w nim miejsca dla młodych, zdolnych. To było za mało, żeby wygrać wybory w 2010 i 2011, ale zużycie się partii władzy, brak sensownej oferty programowej dla mieszkańców tzw. Polski powiatowej, znużenie polaryzacją (skoro ten PiS tak straszny, to czemu go nie rozliczyli?), słabość przywództwa Kopacz i położone kampanie wyborcze sprawiły, że w 2015 Kaczyński wrócił do władzy.
Nie bez znaczenia w tym był oczywiście fakt, że pod kierownictwem Leszka Millera SLD rozbiło się o próg wyborczy.
Ale zaryzykuję tezę że prawdziwym gamechangerem było to, że PiS zaczął realizować obietnice składane dotychczas ignorowanemu, ale bardzo licznemu, elektoratowi.
PO i Nowoczesna nie potrafiły nijak na to zagranie odpowiedzieć. I sorry, ale w polityce jest tak, że jeżeli nasz przeciwnik robi coś dobrze, to nie atakujemy beneficjentów ale staramy się to jakoś przebić.
Liberałowie, pogrążeni w walce o to, która z tych partii jest tru liberalna, potrafili tylko ślepo atakować beneficjentów 500+. I kiedy zaczęło się złe, i toczyła się walka o abstrakty, jak sądownictwo, to dlaczego ludzie mieli słuchać Petru czy Schetyny, którzy jednocześnie ich obrażali?
Dlaczego mieli wierzyć, w upadek demokracji i zamach stanu, skoro nawet osoby, które o tym mówiły nie traktowały tego poważnie: patrz: Petru lecący na Maderę? Brutalna prawda jest taka, że triumf PiSu jest wynikiem dwóch czynników: upadku SLD w pierwszej połowie lat 2000 – ych – kiedy to liberalny zwrot największej lewicowej sprawił, że porzuciła ona swój elektorat oraz polaryzacji i grania na dwubiegunowość przez PO i liberalne, anytysymetrystyczne elity.
W efekcie jesteśmy w sytuacji, w której jesteśmy. Niezależnie od wyniku tych wyborów PiS pozostanie zagrożeniem dla demokracji.
A jedyną szansą na jego trwałe pokonanie jest silna, daleka od liberalizmu gospodarczego i odważna Lewica. Lewica, która nie jest wasalna wobec, ale wiarygodna i konsekwentna.
Bo są w tym kraju ludzie, którzy nigdy nie uwierzą w liberalną ofertę Platformy, ale będą w stanie dać się przekonać do oferty lewicowej.
Ale, żeby móc się do nich zwrócić, Lewica nie może atakować tego, co poprawiło jakość ich życia, nie może popełniać błędow Millera, Schetyna i Petru. Nie może grać w grę Tuska i Kaczyńskiego.
A to oznacza, jasną i uczciwą krytykę i PiSu i PO, a przede wszystkim walkę o wyborców.
To czego nie rozumie ani Lis, ani wszystkie te ADAMy, ani Władyka z Janickim to to, że zwalczając pluralizm, zwalczając różnorodność programów, próbując wepchnąć wszystkie partie demokratyczne pod kierownictwo Tuska pracują tak naprawdę na utrzymanie PiSu przy władzy. Albo bliski do tej władzy powrót.
Dlatego pamiętajmy, że pułapka radykalnego antypisu polega na tym, że w imię obrony przed Kaczyńskim oferuje on, jako konieczny i bolesny krok ofc, antydemokratycznego fundamentalistę Mentzena w rządzie, a potem i tak wróci PiS. Tylko silniejszy.





