Sam sobie kręcę z niedowierzaniem głową, gdy przypominam sobie gdy Syrek – Dąbrowski kojarzył mi się z nogami. Jakiś czas potem zajarzyłem, że „syrek” to po prostu mały ser. I nie chodzi tu o niskiego szlachcica z Wysp Brytyjskich, ale naszego Antoniego. Byliśmy na jego wrocławskim występie. Jak było?
Dziękujemy, że nas czytasz! Będziemy ogromnie wdzięczni, jeśli zdecydujesz się wesprzeć Srebrny Kompas na Zrzutce! Dziękujemy!
Chciałbym napisać, że mam z Syrkiem problem, bo to niby tak trochę intelektualnie, analitycznie, rzeczowo, z dystansem i w ogóle takie „ą” „ę” w bułkę przez bibułkę. No nie wiem, może kiedyś nauczę się udawać francuskiego krytyka kulinarnego, który z wyrazem pogardy na twarzy wpierdoli tego schabowego, jakby ktoś go przed miesiąc głodził.
Występy Antoniego przechodziły obok nas tak mimochodem. To znaczy przechodziliśmy wzdłuż tej samej ulicy i on jakoś tak króciótko machał do nas i szczerzył tę japę próbując zainteresować nas sobą, ale patrzyliśmy na niego, jak na żebraka albo wariata i zwykle faka mu pokazywaliśmy. I trochę słusznie, bo przez ten czas rozwinął się, jego historie zaczęły mieć początek, środek i koniec oraz mieć jedną taką kotwicę, do której można nawiązać w dowolnym momencie występu.
Nie da się ukryć, że dużo robi brzmienie głosu Syrka. Myślę, że niejedna dama siedząc na głośniku podczas słuchania jegomościa osiągnęła by niejeden szczyt, prawda. No nie da się ukryć, że głos ma koleś przyjemny, naturalny i fajny po prostu. W sumie gdyby nawet pierdział buzią, błogo by się go słuchało.
Ostatecznie zachęcił nas program „Kronika filmowa”. Ta świetna, uroczo prawdziwa i prześmieszna historia sprawiła, że Antoni Syrek – Dąbrowski szybko wylądował na naszej krótkiej liście komików, których musimy zobaczyć na żywo.
„Życie”, z którym Syrek – Dąbrowski wystąpił we Wrocławiu jest czymś w rodzaju kontynuacji poprzedniego show. To straszno prześmiewcza opowieść o życiu przeciętnego kolesia, który jakoś próbuje przecwaniakować kolejny dzień z życia. No i obrywa się tym wkurwiającym dwudziestolatkom.
Ale najpierw przedskoczek, którym był Łukasz Kowalski, aspirujący komik, który daje się lubić, co jest bardzo ważne. Wiadomo, że rola supportu jest dosyć niewdzięczna i było to widać. Nie było źle, nie było rewelacji, było solidnie. Widać było, że Kowalski próbuje znaleźć swój styl, a jeśli to zrobi będzie z niego naprawdę pociecha.
Wróćmy jednak do próbującego przecwaniakować każdy dzień z życia Syrka – Dąbrowskiego. No i ten Antoni próbuje: zrobić coś porządnego, a zamiast tego wywala się z hukiem na plecy. A to próbując pójść na skróty obrywa tak, że zamiast wyciągnąć wnioski postanawia jeszcze bardziej pójść na skróty. I wkurza się ten biedny Syrek, rzuca w niebo faka za fakem, złośliwie komentuje rzeczywistość i sam złorzeczy na swoją naiwność i głupotę.
W ogóle historie Syrka – Dąbrowskiego, przez to że gość sam w sobie jest everymanem są w swej całej połamaności, czasem ledwie hamowanej złośliwości i jawnym sarkazmie oraz wkurwieniu na rzeczywistość tak bliskie każdemu z nas, że czuje się więź z tym człowiekiem a to, że on drobi tymi swoimi kroczkami po scenie, a nie w piwnym kręgu nic nie znaczy. Bo czujemy się, jakby z widowni wyskoczył jakiś rudy ziomuś, który z roześmianą japą opowiada nam swoje życie i we właściwy sobie sposób obłaskawia tę rzeczywistość.
To chyba jest w ogóle cecha Antoniego. Ta swojskość, ten nonszalancki luz, takie cwaniaczenie, które daje się lubić, bo wiemy że ten wujek wiraszka to taka poza, pod którym widać gościa, z którym chcesz po prostu siąść pogadać, poczuć się lepiej, fajniej, no z takim pałerem; że jest koleś, który też dostaje kopa od rzeczywistości.
No może on ma lepiej, bo zarabia na tych swoich mądrościach, ale i tak go lubimy.
Tak, Syrek – Dąbrowski daje się lubić. Od początku. Opowiada te swoje historie od początku do końca. Bez niepotrzebnych przekleństw, pajacowania, skakania na główkę z dywanu na podłogę.
Jego występ to takie luzackie, pozytywne spotkanie dobrych kumpli, którzy się nie znają, ale których łączy podobna wrażliwość, postrzegania świata i poczucie humoru. To ludzie, którzy nawet nie wiedzą, że tak naprawdę lubią się, choć nie zamienili z sobą ani słowa. Zrobił to za nich Antoś.
Facet, który jest nie tylko zabawny, ale życzliwy w ogóle. Fajny facet, z którego bije radość życia. Koleś, który potrafi opowiadać świat tak, że ten staje się jakiś taki… normalniejszy. Nie normalny, ale taki do przejścia. Chciałem powiedzieć, że Syrek zaklina na tę ponad godzinę rzeczywistość.
To jest w ogóle niesamowite – na scenę wychodzi koleś w koszulce bezdomnego i dżinsach i bawi ludzi tak, że pokładają się ze śmiechu. Ale chyba ważniejsze jest to, że Syrek bawi ludzi tak, że może sobie śmiało spojrzeć w oczy dnia następnego.
KUP BILET NA WYSTĘP:




