More

    Nasze Bieszczady. Ustrzyki Górne, kemping, Tarnica i powódź. Dzień pierwszy.

    Bieszczady. Tu wszystko jest bardziej. Paprocie są bardziej. Mięta jest bardziej. Zioła są bardziej… Wszystko co zielone strzela tu w górę i osiąga niebywałe rozmiary. Jest bujne, zielone do szaleństwa i tworzy kępy po niebo.

    I… błoto. Nieodłączny element krajobrazu. Bo to nieco inne góry niż Tatry. Niższe, roślinność inaczej rośnie, deszcz inaczej pada. Bardziej. Wyjdziesz rano, bo słońce praży, a wieczorem wracasz przemoczony.

    Dlatego, zanim ruszycie w Bieszczady pamiętajcie o kaloszach, pelerynach i innych takich. Najważniejsza jest prognoza pogody w miejscu, gdzie stacjonujecie i w promieniu stu kilometrów od was. Dlaczego? Jeśli tu ma lać cały dzień, to nad Soliną może być ładnie i grzech nie wykorzystać okazji do przejażdżki nad to jezioro.

    No ale ok. Jeśli planujecie Bieszczady polecamy Ustrzyki Górne, a w szczególności pole kempingowe PTTK. Nie ma rewelacji, ale jest dosyć przyjemnie, tuż obok płynie potok Wołosaty, a poza tym tu jest MAAAAAŁO ludzi. Nie to co w Cisnej, czy Wetlinie, które zamieniły się w te okropne krupówki.

    Ustrzyki Górne są małe. Jest sklep a nawet dwa. Jest foodtruck prowadzony przez starsze małżeństwo. Są dwie restauracje, a nawet trzy. Jest hotel, jeśli namiot to dla was za mało. A obok niego muzeum turystyczne w takim zielonym doku.  Jest przystanek autobusowy i duży parking.

    Ale co najważniejsze: Ustrzyki Górne to centrum bieszczadzkiego wszechświata! Stąd jest blisko do wszystkiego! I na Tarnicę, najwyższe miejsce polskich Bieszczad, i wejście na Połoninę Caryńską, która jak dla mnie jest chyba nawet ładniejsza od Wetlińskiej.

    Zacznijmy ab ovo, jakby powiedział imć Zagłoba.

    Wyjazd w Bieszczady miał być nie tylko wakacyjnym ładowaniem akumulatorów, ale przetestowaniem naszych nowych nabytków: namiotu, który miał mieć jakieś nieziemskie rozwiązania technologiczne, ale o nich później. No i pneumatyczny kajak, który planujemy przetestować nad Soliną.

    Upewniliśmy się, że chcemy rozłożyć się w Ustrzykach Gornych, zadzwoniliśmy na pole kempingowe z pytaniem, czy na pewno mają dojście do prądu i po zbyt szybkich zapewnieniach, że na pewno jakoś się podepniemy, postanowiliśmy wziąć pięćdziesiąt metrów kabla w razie czego.

    Oprócz tego kalosze, nieprzemakalne ciuchy, kuchenkę na naboje gazowe, środki przeciwkomarowe, przeciwjadowe i przeciw wszystkiemu. Do tego rzecz jasna konserwy i zalewajki, aparaty foto, lodówkę 12V, apteczki, trepy, kijki do dymania pod górę, bidony, maści i tabletki przeciwbólowe. Materace, śpiwory, lampki to norma, więc nie ma o co dodawać.

    Nie będę opisywać, jak bardzo minęła nam droga, ale rzucę wam radę kierowcy. Bodajże w Lesku znajdziecie się na rondzie, którego dwa różne zjazdy kierują na Ustrzyki Górne, ale przez Cisną oraz przez Ustrzyki Dolne. Wybierzcie trasę przez Ustrzyki Dolne. To najlepsze rozwiązanie, jeśli jedziecie np. przez pół Polski. Kierowca późnym popołudniem jest już zmęczony i ostatnie, czego mu trzeba to jazda serpentynami. A tak wygląda droga przez Cisnę.

    Polecam również wybranie trochę kaski z bankomatu w Lesku. Na wszelki wypadek. Ostatnia szansa jest Lutowiskach, gdzie w budynku banku spółdzielczego znajduje się tak troszkę ukryty bankomat.

    Ustrzyki Górne są maleńkie, oj maleńkie. To dobrze. Już mi się tu podoba, bo nie będzie tłumów klapkowych turystów. Oni na szczęście wybrali Cisną i Wetlinę.

    Na szczęście miejsca było sporo, cieć dziwny, ale bardzo sympatyczny i lekko przekraczający linię “miły – słodkopierdzący”, no ale wiadomo, że ludzie z Bieszczad mają swój świat.

    Aha. Za prąd liczą tu jak za złoto ale warto, bo miejsce to jest po prostu świetne w swojej klasie. Mnie rozczulił potok Wołosate. Jeśli chodzi o komfort to umówmy się: to pole kempingowe w jednym z najdzikszych miejsc w kraju. Nie spodziewajmy się zatem gwiazdek michelin, ani warunków hoteli iluśgwiazdkowych.

    Niemniej jest czysto, schludnie, woda ciepła (co prawda w określonych godzinach), prąd, umywalnia, paleniska, drewno w dobrej cenie. No czego chcieć więcej, jeśli przyjechałeś tu pod namiot?

    Mimo zapowiedzi deszczu pogoda jest ładna, zatem rozkładamy namiot.

    Ku naszemu zaskoczeniu dziesięć minut później konstrukcja stała kompletna. Zaglądamy do środka, by zobaczyć, o co tyle hałasu z tym kosmicznym rozwiązaniem technicznym i co w nim chodzi.

    Ale po kolei. Spory przedsionek, nie trzeba się schylać, jest okno. Zamontowane plastikowe haczyki, na których można zawieśić a to lampkę, a to ręcznik. Fajne. No dobrze, ale co dalej.

    No czarne. Po co? Tak tak, czarny wyszczupla, ale dlaczego w tym przypadku? Odpalam internet, by dowiedzieć się o co chodzi, choć powienienem zrobić to podczas zakupu. Ok, już wiem.

    Zawsze szlag mnie trafiał, gdy chciałem wyspać się, ale przebijające przez ściany namiotu słońce nie dawało mi szans na odpoczynek.

    No nie dawało się spać, a na dodatek ten gorąc, który doprowadzał do szału każdą komórkę ciała. Mieliście tak?

    No właśnie. Teraz podobno te chwile wkurwienia mają być zastąpione przez inny rodzaj wzruszeń, bo to czarne nie tylko wentyluje namiot, ale jakby zaciemnia go, to znaczy uniemożliwia penetrację namiotu przez światła słoneczne. No zobaczymy jutro.

    Teraz rozpakowujemy samochód i urządzamy się w naszym wakacyjnym mieszkaniu. Kiedyś kupiliśmy na jakiejś wyprzedaży taką składaną szafkę na buty. No powiem wam, że nie ma lepszego rozwiązania na wczasy pod chmurką. Prosta konstrukcja, na którą nakładasz taką narzutę, która jest jednocześnie drzwiami i ściankami. Z boku kieszenie na środki czystości, czy co tam chcecie i problem utrzymania porządku w namiocie rozwiązany.

    Założyłem kalosze i ruszyłem nad potok. Ładny. Szeroki na jakieś sześć metrów, kamienistwa plaża, nurt rwie. Nie dziwota, w końcu gdzieś ta deszczówka musi wzbierać. Ze znajdującego się po drugim brzegu rzeki wzgórza wali się niemal lawina błotna.

    Ależ to ma siłę! No nic, wracam. Tradycyjnie znalazłem ładny kamyk oraz dziki tymianek rosnący na głazie i wróciłem do namiotu.

    W międzyczasie puściłem na FB informację, że telewizja kłamie, bo pogoda w Bieszczadach jest przepiękna. Zadowolony z siebie puściłem posta i… jak nie lunie! Cała noc w deszczu. A my zastanawiamy się, jak sprawi się nowy namiot. Zmyje nas?

    Materiał przecieknie? Wypną się śledzie? Potok nas zaleje? Aaaatam, zasypiamy.

    Kolejny dzień rozpoczął się… chciałem powiedzieć, że zaczął się nieznośnym gorącem i przebijającym się przez ścianki namiotu słońcem. A właśnie, że nie. Okazuje się, że czarne coś działa! Względny mrok i co najważniejsze – przyjemne powietrze, jakby cyrkulowało w środku! No powiem wam, że petarda! Nic, tylko kupować taki namiot.

    Ania jeszcze śpi, to chociaż przejdę się i zobaczę co tam w szerokim świecie. Powitało mnie słoneczko oraz rześkie powietrze. Oooo, to lubię! I ten świergot ptaków oraz świat budzący się do życia. Nad górami unoszą się chmury, a może to las paruje.

    Nieważne, jest piękne.

    Znowu wracam nad rzekę, bo w słońcu musi ona wyglądać przepięknie. I tak jest.


    Po szybkim i treściwym śniadaniu postanawiamy zdobyć najwyższy szczyt polskich Bieszczad: Tarnicę. Można tam wejść na dwa sposoby. Od nieodległego o sześć km Wołosatego niebieskim szlakiem tyle, że tam schody prowadzą praktycznie pod sam szczyt. Albo od Ustrzyk Górnych, szlakiem dosyć trudnym, ale malowniczym.

    Chyba wiecie jaką trasę wybraliśmy. W końcu za nami zdobycie norweskiego Kjeragu, prawda? Nie będziemy zatem rozdrabniać się jakimiś schodkami, tak?

    Ruszamy. I tu zbawienne okazało się zamieszkanie w Ustrzykach Górnych, bo jak się okazało szlak na Tarnicę rozpoczyna się zaraz za naszym polem kempingowym. Wystarczy pójść w stronę sklepu i po trzystu metrach skręcić w lewo. Mijamy siedzibę Bieszczadzkiego Parku Narodowego. Dochodzimy do parkingu znajdującego się przy kasie, kupujemy bilety i wchodzimy na szlak.

    Aby dotrzeć na Tarnicę z Ustrzyk Górnych musimy iść czerwonym szlakiem. Dojście na szczyt powinno zająć nam jakieś trzy i pół godziny, ale traktujmy tę informację jako orientację, by zaplanować dzień, bo tak naprawdę wszystko zależy od tempa, w jakim się poruszamy.

    Jest dosyć przyjemnie, chłodno, jeszcze nie stromo. I buki. Wszędzie buki. To one sprawiają, że Bieszczady jesienią są jednym z najpiękniejszych miejsc na Ziemi. Sprawia to różnorodne przebarwianie się drzew właściwe dla buków właśnie.

    Stopniowo droga staje się coraz bardziej stroma, a ja zostaję coraz bardziej w tyle za Anią. Odzywa się stara kontuzja kolana. Zwalniam kroku, ale idę dalej. W końcu docieramy do wiaty, w której można odpocząć oraz schronić się przed deszczem, gdyby taki padał.

    Dyszymy zadowoleni z przepięknej pogody, aż w końcu kończy się las i wchodzimy na połoninę. Wygląda to jak trawiasty dywan położony w górnych partiach gór. To niesamowite poczucie, gdy idziesz szczytami pasm porośniętych trawą.

    W oddali widzimy… nic. I zachwycamy się. A w środku niczego nieliczne zabudowania, gdzieniegdzie maszt. W oddali fantastyczny widok Połoniny Caryńskiej, ale wtedy jeszcze o tym nie wiedzieliśmy.

    Na szczęście zaczynamy podchodzić pod Szeroki Wierch, za którym zaczyna się już cel naszej wyprawy. I tu powinienem skończyć, bo to co stało się w dosłownie kilkunastu sekund jest nie do opowiedzenia.

    Znikło słońce. Niebo stało się szarobure. Dmuchnęło zimne powietrze. Napłynęły granatowe chmury przypominające złowieszczo rozciągającą się dłoń. I biało. Po prostu biało. I niemal równoczesne uderzenie fali wody, grzmoty i błyskawice.

    Udeptane szlaki i ścieżki zmieniły się w koryta rzeczne, a nieprzemakalne ubranie było nim przez niespełna pięć minut.

    Powiem wam, to było piekło. A my zamiast szukać schronienia idziemy w stronę Tarnicy. Po chwili zatrzymujemy się i zastanawiamy się czy warto? Raz, że w taką pogodę jedyne co zobaczymy ze szczytu to spływającą wodę, a przy okazji pieprznie w nas piorun, dwa – w pamięci mieliśmy to, co zdarzyło się rok wcześniej w Tatrach, gdy nawałnica z piorunami zabijała ludzi.

    Wracamy. Rzucamy wzrokiem na nieodległy szczyt, żegnamy się z Tarnicą i wracamy. Po pół godzinie przestajemy zwracać uwagę na deszcz. I tak jesteśmy przemoczeni niemal do kości, a zimno zaczyna nam coraz bardziej doskwierać. Trzeba przyspieszyć kroku, będzie cieplej.

    Jednak najgorsze było dopiero przed nami. Trzeba było zejść w las stromizną i uważać, byśmy nie zostali po prostu zmyci ze szlaku, który nieoczekiwanie zmienił się w pułapkę. A kolano coraz bardziej łupie.

    Kiedy w końcu zeszliśmy do szlaku naszym oczom ukazali się… suchutcy ludzie! Czuliśmy się, jakbyśmy wyszli z Narnii. My, złachani, zostawiający za sobą mokre ślady, przemoczeni do cna, a naprzeciwko nas ładni i wymuskani chłopcy, piękne wymejkowane i gotowe do instagramowej relacji dziewczyny. No miód.

    Oj, dostaliśmy w kość.

    Wracamy do namiotu, pijemy gorącą herbatę, zażeramy tabletkami i zasypiamy myśląć, co też czeka nas jutro.

    Ciąg dalszy nastąpi.

    Przemek Saracen

     

     

    Najnowsze Wpisy

    TOP 5 najlepszych filmów o końcu świata

    Przy okazji premiery filmu "Greenland" przypomniałem sobie ile to razy kino ratowało świat przed globalną apokalipsą. Raz się udawało, raz nie - ale zawsze...

    Powiązane Wpisy

    Leave A Reply

    Please enter your comment!
    Please enter your name here

    Stay on op - Ge the daily news in your inbox