najnowsze

zobacz również

Płaczę. Ale kogo to dzisiaj obchodzi?

- Advertisement -

Wyścig szczurów wśród polskich dziennikarzy jest już zjawiskiem powszechnym. Nie ma dnia, nawet godziny, żeby nie pojawiała się w publikatorach jakaś tam afera. Wystarczy zajrzeć do portali internetowych, włączyć telewizor, otworzyć gazetę lub periodyk.

Sensacja goni sensację. I wszystko w imię poprawności życia publicznego w Rzeczypospolitej. Ot, chociażby medialne show w obliczu i tuż po tragedii w kopalni Halemba na Śląsku, a później szum publikatorów związany ze sprawą księdza arcybiskupa Stanisława Wielgusa. Świat chyba rzeczywiście oszalał… Albo i zgłupiał do reszty.

    Oto wyodrębniła się grupa dziennikarzy i tzw. ekspertów dyspozycyjnych. Ludzi, dla których rany są po to, by je rozdrapywać. Ze śmierci górników można zrobić towar do sprzedania, bo przecież oglądalność lub poczytność tytułu prasowego są najważniejsze. Krew i słowa, słowa, słowa dobrze się sprzedają. Tego wymaga rynek.

    Paplaninę można rozpocząć od artykułowania żalu, frustracji albo i złości. Po tragedii w Halembie redaktor Rafał Ziemkiewicz był uprzejmy napisać komentarz pt. Na ch… nam te kopalnie? – Epokowe dzieło. Autor z żalu niebywałego w każdym zdaniu dowodził, że kopalnię widział jedynie w telewizji. O górnikach natomiast wie tyle, ile wyczytał na przykład z opowiadań Gustawa Morcinka albo też usłyszał od kolegi gdzieś tam przy kawce, piwku, na raucie.

    Autor rozdzierając szaty próbował postawić rachunek sumienia, który miał wynikać z rachunku ekonomicznego. Takie misyjne zadanie sobie wyznaczył. Nie mógł zatem dziwić wniosek: Zamknąć te wszystkie „Halemby” w cholerę, węgiel kopać tylko tam, gdzie się opłaca, a nie posyłać ludzi na hazard, licząc na świętą Barbarę, i jeszcze do tego dopłacać ze szkodą dla całego kraju!

    A gdzieś tam za firankami albo w kościołach płakali ludzie. Nie dla rachunku, tylko tak w Serduszkach. Modlili się i płakali. Nie krzyczeli, nie gadali bez sensu, nie lekceważyli świętej Barbary, nie rozdrapywali ran. Chcieli natomiast być jak najbliżej cierpiących. Ludzie. Może i szarzy, bo bezimienni i wyszydzani przez misjonarzy publicystycznych pokroju Pana Redaktora.

– Że noszą moherowe berety, że są ciemnotą, że żyją w cieniu. Stąd można o nich powiedzieć: – Pani Zdzicha, Pan Eugeniusz…

    I gdakać można w kółko o ich łzach. O bólu, który dochodzi do każdej komórki ciała. Ludzie gorsi. Brudni, odrażający, źli. Zostali więc sami sobie pozostawieni. A państwo redaktorstwo ogłaszało, że naród się mobilizuje i wpłaca na konto rodzin… Ono, to państwo ogłosiło właśnie akcję zbierania, bo rachunek ekonomiczny przecież, który wyznaczyć ma rachunek sumienia państwa redaktorstwa.

    – W d… wsadźcie sobie te pieniądze! – krzyknął jeden z moich Przyjaciół górników.

    Show jednak wciąż trwał w obliczu śmierci ludzi (być może to trudne do zrozumienia dla owego państwa, ale górnicy to też ludzie) wyciągało mikrofon do miotającej się w bólu żony, rozchwianej emocjonalnie córki, wyjeżdżającego z szychty górnika, kolegi lub nawet Przyjaciela Tego, który zginął właśnie tam na dole kopalni. Ba, nawet owo państwo nie potrafiło nazwać śmierci górników. Paplało więc, że zostali zabici, że bezduszne maszyny zawiniły, bo ktoś kazał je wyciągać dla osiemdziesięciu milionów złotych.

    I dalej szydziło to państwo z poległych górników. Mówiło, że byli gorszymi górnikami, bo nie mieli uprawnień, nikt ich nie przygotował do pracy w kopalni… Ile trzeba mieć pogardy dla ludzi, by wyartykułować takie myśli? Ile zła w sobie, by własną karierę ubierać w szaty śmierci, mazać się krwią, a później głosić misjonarskie posłanie swego zawodu? Ile wreszcie tupetu, by dla dyspozycyjności, kreatywności, asertywności szkodzić czyli opluwać, wykrzywiać i łamać życie ludzi? Tych co zginęli, tych co cierpieli. Ile?

    Przecież to państwo dziennikarstwo nie wie, bo i skąd ma wiedzieć, że prawo górnicze nie dopuszcza sytuacji, by pod ziemię zjechał człowiek, który dotąd kopał rowy na powierzchni i nie ma pojęcia o pracy pod ziemią, że górnikiem jak dziennikarzem na przykład nie może zostać szwagier lub córka, bo tato się zasłużył, że jest chyba jedynym prawem surowo respektowanym w dzisiejszej codzienności. To i państwo dziennikarstwo klepało wciąż bez sensu.

    W pewnym momencie wyłączyłem się z tego świata kołtunów. Usiadłem w rogu mojego kościoła i płakałem. Po chwili zauważyłem, że jeszcze głębiej w tym rogu płyną łzy po policzkach starszej Pani. Dopiero teraz uświadomiłem sobie, że to mama mojego Przyjaciela, Bogdana, który zginął w kopalni w 1977 roku. Po technikum górniczym chciał rok popracować na dole, a potem spróbować, przynajmniej spróbować, innego życia. Mówił, że może studia, może gdzieś pojedzie… Nie dożył pierwszej wypłaty.

    Przysunąłem się więc do mamy Bogdana. Chwyciła kurczowo moją rękę. Szeptała. Nie hasłami o nadziei, która umiera ostatnia. Nie przekleństwami skierowanymi do świętych i ludzi zwyczajnych. Nie bełkotem wreszcie, który miałby uspokoić sumienie. Łzami szeptała.

    Z nadzieją więc przeczytałem przekazywany w drugim obiegu komentarz redaktora Piotra Bielawskiego zatytułowany: Na ch… nam tacy dziennikarze?! – Z nadzieją, bo to dobrze wiedzieć, że wśród nas są też ludzie, którzy potrafią nazwać po imieniu głupotę.

    Redaktor Bielawski nie jest misjonarzem dziennikarstwa polskiego. Mógł zatem zakończyć swój komentarz w taki oto sposób: I wreszcie! Środowisko górnicze jest całkowicie bezsilne wobec plotących od rzeczy dziennikarzy. Kiedy ma miejsce wypadek niezwłocznie powiadamia się odpowiedni Urząd Górniczy. Od tego momentu nie wolno firmie wdawać się w polemiki, snuć przypuszczeń – można tylko potwierdzić fakty: miał miejsce wypadek, trwa akcja ratownicza, dochodzenie w sprawie przyczyn prowadzi Okręgowy Urząd Górniczy… i tyle. Z ubranymi w komercyjną żałobę prezenterkami tv nie wolno przedstawicielom firmy podejmować dyskusji… a zresztą tak naprawdę po ch… mówiąc „po górniczemu”.

    Niestety żaden portal internetowy, żaden tytuł prasowy nie odważył się opublikować repliki redaktora Bielawskiego. Być może kłóciła się z trendami i postrzeganiem górnictwa przez ośrodki władzy państwa (może być i dziennikarstwa).

    Nie minęło wiele czasu, by kolejna tragedia stała się medialnym show. Tragedia, albowiem Duszą Narodu zaczęli bawić się ci sami misjonarze publicystyki.

    Zaczęło się od doniesienia, że ksiądz arcybiskup Stanisław Wielgus donosił służbom specjalnym Polski Ludowej. A tu otrzymał nominację na metropolitę warszawskiego. Zgorszenie absolutne. A fe!

    Doniesienie opublikował periodyk, wokół którego było nie tak dawno ogromne zamieszanie. Wtedy mówiło się o porzuconej etyce dziennikarskiej, szantażu i sabotażu w drukarni, o ciemnych postaciach przejmujących tygodnik. Teraz miało się okazać, że to prawi ludzie. Wszak ktoś wszył im misję dziejową. Kiedy więc padły zarzuty, że brak dowodów na oskarżenia księdza arcybiskupa, znalazły się papiery. Zapewne znalazł je ten ktoś, kto wyznaczył kierunki działań misyjnych.

    Maszynka medialna nabierała rozpędu. Znowu zaczęli pojawiać się publicyści i eksperci dyspozycyjni. Redaktorzy: Tomasz Terlikowski, Piotr Semka, Cezary Michalski, Marcin Przeciszewski. Tak mógłby wymieniać i wymieniać. Ale po co? Przecież ważniejsze jest w tej tragedii nazwanie zjawiska wykreowanego według wzorów dramatu antycznego. Jedność miejsca, czasu, przestrzeni. Aktorzy deklamujący kwestie i chór powtarzający jak echo.

    W programach publicystycznych prowadzonych przez wyłapane zapewne w Warszawie wszystkie kury domowe głosili swe kwestie aktorzy. Chór powtarzał refren. A z drugiej strony hierarchia kościelna oburzona, pogniewana i zagubiona. Ta sama, która uczyła buty i zasad deklamacji tychże aktorów i chóru, ta sama.

    I znowu gdzieś tam za firankami albo w kościołach płakali ludzie. Nie dla katharsis duchownych, tylko tak w Serduszkach. Modlili się i płakali. Nie krzyczeli, nie gadali bez sensu, nie lekceważyli świętości, nie rozdrapywali ran. Chcieli być razem, by zrozumieć istotę grzechu, by dotrzeć do granicy przyzwoitości, by zrozumieć Istotę Boską w człowieku. Ludzie. Znowu szarzy, bo bezimienni. Znowu wyszydzani, bo noszą moherowe berety, bo są ciemnotą, bo żyją w cieniu. Ludzie gorsi. Brudni, odrażający, źli. Dlatego zostali sami sobie pozostawieni.

    Państwo redaktorstwo zaś ogłaszało się sumieniem świeckim kościoła. Sumieniem, które zionie nienawiścią, opluwa, szydzi. Sumieniem, które niszczy ludzi, rozdziera Duszę Narodu. Sumieniem, które w nadmiarze swojej wiedzy nie chce nawet przewidzieć skutków swojego wrzasku. Wszak jest ponad ludźmi.

    Kiedy w archikatedrze św. Jana Chrzciciela w Warszawie padły okrzyki wiernych, państwo dziennikarstwo obruszyło się po raz kolejny. Jak można było tak się zachować w kościele, w trakcie mszy świętej, jak można? A zaraz potem państwo rozgdakało się ponownie, bo Prymas ksiądz kardynał Józef Glemp powiedział o świstkach, sądzie kapturowym, IPN. – A tu przecież o oczyszczenie kościoła chodzi… Oczyszczać natomiast może jedynie owo państwo, bo nawet prezydent klaskał w archikatedrze. Stąd skoro państwo jest sumieniem i powiedziało, że są lepsi i gorsi wierni, to tak jest.

    Gorsi – nasze babcie i mamy, ojcowie i dziadkowie – manifestowali przed Pałacem Prymasowskim. Państwo wysłało więc reporterów, którzy szydząc dla dyspozycyjności, zaczepiali, robili efektowne zdjęcia, zadawali durne pytania. – Cha, cha, cha… Śmieszne – powiedziało państwo.

    To i znowu wyłączyłem się z tego pomrocznego świata bigoterii pozbawionego autentycznej pobożności i wspieranego podwójną moralnością (rygoryzmem tylko wobec innych). Usunąłem się w cień mojego kościoła, gdyż taka odsłona devotio moderna mnie nie interesuje. Płakałem. Zatopiłem się we własnych łzach. Nie słyszałem, nie widziałem, tylko płakałem. W pewnej chwili usłyszałem szloch. To głębiej w rogu kościoła płakała kobieta w moherowym berecie. Przyglądałem się jej krótko. – Boże, przecież to moja mama. Przysunąłem się, by poczuć dłoń zaciskającą się w mojej. Usłyszałem szept:

    – Kiedy w czterdziestym szóstym mój brat, a twój wujek, leżał śmiertelnie ranny w szpitalu w Puławach, przy łóżku jego stało dwóch uzbrojonych żołnierzy z KBW (Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego). Nie wiem, czy tych samych co do Czesława strzelali, ale w tych samych mundurach. Moja mama, a twoja babcia, przytuliła dłonie syna do policzka. Kiedy poczuł jej łzy, obudził się. – Mamusiu – zaczął mówić z wielkim trudem. – Widzisz ich? Nazwali się moim sumieniem. Powiedzieli, że już im nie ucieknę. Chcą zastąpić Pana Boga. Stawiają się ponad nim. Ale ja im ucieknę, mamusiu, ucieknę. Pan nie wyda mnie im. – Wieczorem, synku, Czesław umarł. Odszedł wbrew doktrynie oprawców, którzy mieli się za sumienie Narodu. Tak będzie i teraz. Pan nie wyda nas szatanowi, który mówi, że oczyszcza nasze dusze. To czas próby, czas modlitwy.

    Przytuliłem się do mamy. Nie przeszkadzał mi jej moherowy beret. Nie przeszkadza mi. Płaczemy razem, choć dusze nasze podrapało państwo, które ma nas za idiotyczną masę. Ludzi czwartej albo i gorszej kategorii. Niech zatem spija zaszczyty, niech depcze sobie dalej, skoro to jego upodobanie, niech nakazuje prezydentowi klaskać w momencie tak ważnym dla wiernych, niech robi to swoje show.

    I co dalej? – Zawsze, po każdej tragedii, zachodzi pytanie: – I co dalej? – Będziemy żyli w innych światach. Państwo jako własne sumienie i ja z moim sumieniem. Nie obchodzi mnie przy tym, że państwo będzie wciąż chciało, agresywnie bełkocząc przy każdej okazji, abym należał do trzódki baranów idących na rzeź. Guzik mnie też obchodzi, czy będzie to państwo redaktorstwo, czy czwarta lub piąta Rzeczypospolita, czy jakieś tam stany lub związek radziecki Europy. I tak ucieknę. Już dawno, w moim sumieniu, wybrałem Pasterza, któremu powierzyłem mój los. To i płaczę cicho. – Ale kogo to dzisiaj obchodzi w tym państwie?

- Advertisement -
Tadeusz_Stojek
Tadeusz_Stojek
Artysta, dziennikarz, pedagog, animator kultury i współtwórca Fabryki Kultury. Zmarł w wieku 52 lat. Dzięki Tadeuszowi Stojkowi w mieście rozpoczęło działalność Stowarzyszenie Na Rzecz Inicjatyw Kulturotwórczych i Wychowania przez Sztukę „Zejdź z ulicy”. Na tej bazie powstał Teatr Świerszcz oraz Kabaret Szemrany. Sztuka wyszła na ulicę i od czasu do czasu w Lubinie można było spotkać mimów i obejrzeć happening, zorganizowany przez grupę podopiecznych Tadeusza Stojka.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

od tego autora