Droga Atlantycka jest największą atrakcją trasy 64 łączącej Kristiansund i Molde. Może dlatego, że jedyną. Jej zadaniem jest połączoyć wyspę Averøy z lądem, co ostatecznie udało się na początku lipca 1989 roku. Biegnie przez szereg małych wysp i wysepek znajdujących się w zatoce Hustadvika leżącej przy Morzu Norweskim.

Symbolem trasy jest most Storeseisudundbrua, charakterystycznie wyginający się w swoim szczytowym punkcie.

Zasadniczo Droga Atlantycka wiąże się z czymś niezwykłym, tajemniczym, odległym. Czasem, czymś przekraczającym ludzką imaginację cudu architektury.

Tymczasem rzeczywistość jest bardziej prozaiczna. To zwykły, by nie powiedzieć banalny zespół grobli, wiaduktów i mostów łączących punk A i B, do którego Norwegowie w charakterystyczny dla siebie sposób dorobili legendę.

Inna sprawa, że tajemniczość tego miejsca wiąże się z jego odległością, stosunkowo dużą trudnością dotarcia dla zwykłych podróżników. Bądźmy szczerzy – Droga Atlantycka nie zasługuje na miano najpiękniejszej trasy samochodowej świata, jak uznał AD dziennik „The Guardian”.

No dobrze, ale skoro miejsce to uznane zostało za cud techniki trzeba je obejrzeć na własne oczy. Zwłaszcza jeśli dysponuje się wolnym czasem i pojazdem. Zaczynamy więc!

Szczęśliwi ci, którym przysługuje venta! Są bowiem obiektem czci, zazdrości, złośliwości i innych ludzkich podłości. Venta przysługuje bowiem tym, którzy są zatrudnieni na stałe i dniówka jest im płacona nawet wtedy, gdy nie ma pracy, a jedyny wysiłek wiąże się z przyjściem do biura i podpisaniem listy obecności.

Jak spędzać czas na vencie? Jedni chodzą na spacery, to zwykle ci nowi, którzy jeszcze nie znają Trondheim. Inni zalewają się już od rana. To zwykle ci „starzy”. Większość jednak stara się jakoś normalnie spędzić ten czas. Pranie, sprzątanie, przejeżdżka na rowerze, trochę seriali, telewizja na weeb.tv, paru uczy się norweskiego, wyjazd na ryby, co oznacza pysznego dorsza lub równie pyszną seję na obiad.

Było to w czwartek, jeśli dobrze pamiętam. W myślach odtwarzałem miejsca, które chciałbym odwiedzić, a które można zaliczyć. Lofoty w tym roku odpadają, przez tę bladź Kamilę z biura, która zawaliła mi urlop, ale o tym może kiedyś indziej.

Droga Atlantycka. Tak! Rzut oka na Google Maps i już wiem, gdzie dziś jadę. Patrzę na prognozę pogody. No nie bardzo, nie bardzo. Ale trudno, jadę, może nie będzie tak źle, a nawet jeśli, to przecież natura wywiera większe wrażenie w gorszych okolicznościach przyrody. Jadę więc. Pakuję do bagażnika ubrania na dobrą i złą pogodę, robię kawę, zalewam ją do termosu, sprawdzam, czy bateria w aparacie naładowana i w drogę!

Jadę w stronę Orkanger, w którym ubiegłego roku zdarło mi w pracy paznokieć. Ból jak cholera, ale co przeżyłem to moje, łącznie z utratą wszystkich dokumentów. Ale o tym też kiedyś indziej.

Droga jest jak zwykle piękna i prowadzi wśród dolin, brzegami rzek, fjordów i lasów. Mijam z lewej strony mokradła, nad którymi unosi się mgła co samo w sobie jest widokiem rodem z thrillera. Zdjęć nie robię, bo chcę jak najszybciej znaleźć się na miejscu. Na nieszczęście pojawiła się mgła, która przybiera formę białej ściany. No nic, trzeba przystanąć w lesie, poczekać, może uda się ruszyć dalej.

Nie ma co czekać, dziesięć minut to i tak długo, jadę dalej. Na szczęście mgła z czasej mija i wyłania się słońce. Dojeżdżam do wsi leżącej w przeuroczej dolinie, w której jakby ktoś naupychał waty. Tak to wyląda, zresztą zobaczcie sami:

W pewnym momencie widzę coś, co zapiera mi dech w piersiach. Widok, którego nie widziałem i pewnie już nie zobaczę; równolegle ze mną leci wielki, biały orzeł. Coś niesamowitego! Ogromne, majestatyczne ptaszysko unoszące się dostojnie tuż obok mnie!

Teraz już wiem, dlaczego wizerunek tego ptaka znajduje się w tak wielu godłach. To ptak wielki, groźny, budzący szacunek. Po chwili, która jest dla mnie wiecznością orzeł skręca w stronę ujścia rzeki, gdzie znajdują się farmy łososi.

Po drodze muszę przepłynąć promem fjord. Przejazd kosztuje ok. 100 koron, a podróż trwa może 20 minut. W tym czasie chodzę po pokładzie, choć zaczęło padać, a pokład jest śliski. No cóż, ciekawość zwycięża. Na szczęście prom już wyhamowuje, a zatem czas ruszyć w dalszą drogę.

W pewnym momencie wjeżdżam na most, który jest zupełnie inny, niż to co buduje się do tej pory. Jest to bowiem konstrukcja metalowa, której elementy przypominają jakiś wzór. Całość pomalowana jest na żywoniebieski kolor. Robi to wrażenie, przyznaję. Ale co robić, skoro trzeba jechać, a nie ma miejsca, by przystanąć i cyknąć zdjęcie. Nic to, bo wiem zbliżam się do rozjazdu dróg.

Kiedy zdecydujesz się skręcić na rondzie w lewo, ruszysz w stronę Molde, które znajduje się nie tylko za kolejnym mostem, który musisz przejechać, ale za tunelem, w który trzeba wjechać. Decyduję się ruszyć w stronę Kristiansund i skręcam w prawo. Wjeżdżam w tunel. Sruuuu!

Kiedy wjeżdżasz do Kristiansund nie masz świadomości, że docierasz do jednego z większych miast Norwegii. Jak zwykle, mijasz te ich domki, nieasfaltowane drogi, wszechobecny bajzel i most. Tak trochę pod górkę. Wjeżdżasz powoli i patrzysz w lewo, gdzie znajduje się potężny, ale to naprawdę potężny statek, chyba inżynieryjny. Matko, myślę sobie, przecież to samodzielna jednostka, która mogłaby być miastem na wodzie, a pasażerowie nigdy nie spotkaliby się, takie to wielkie.

Mijam Kristiansund, bo w końcu moim celem jest Trasa Atlantycka. Mijam tylko piękne widoki miasta położonego nad oceanem, gdzie domki są tak rozstawione, jakby były upychane jeden nad drugim. No ładnie, ładnie myślę, ale i tak najważniejsze, że nie pada.

Kiedy dojeżdżasz do Drogi Atlantyckiej musisz uiścić myto w wysokości ok. 100 koron, jednak zaraz po minięciu bramki nie spodziewaj się, że z miejsca padniesz trupem urzeczony blaskiem i chwałom tej atrakcji turystycznej. Nie. Musisz jeszcze ujechać dobry kawałek drogi wśród wsi, łąk, lasów – no takiego typowego, mokrego widoku, który śmiga ci za oknami, gdy jedziesz np. przez Szwecję.

Kurczę, jestem trochę rozczarowany, bo ani tu oceanu, ani czegoś, na czym warto zawiesić oko. A wszystko przez ten tunel pod Atlantykiem! No tak, trzeba czymś zaczarować turystów, myślę.

Gdy już zaczynasz zastanawiać się, czy czasem nie zgubiłeś drogi, bo przecież to niemożliwe, byś był na tej słynnej Drodze Atlantyckiej, w końcu zaczyna pojawiać się ocean. Co z tego, że pogoda taka sobie, dla mnie to nawet lepiej. Gdyby jeszcze był sztorm, a ja bym w tym czasie przejeżdżał przez ten słynnym wygięty w łuk most, byłoby pięknie! Rozumiecie, fale rozbijające się o filary mostu, wiatr dmący z całą siłą tak, że deszcz pada niemal poziomo, a strugi wody szturmują auto. No żyć, nie umierać!

W końcu widzę bezkres oceanu. Tak mi się zdaje, bo przecież w oddali jest mlecznie. W dali jest po prostu cholerna mgła! Nie, widoczność jest fajna, obraz jest czysty jak żyleta. Tylko czemu nie widać w oddali tych gór, które pokazywali w folderach? No właśnie. Paradoks norweskiej pogody, której nigdy nie ufaj. I tak jest pięknie, przynajmniej coś widać. No dobrze, dużo widać. Jasne, że mogłoby być tak, jak wtedy, gdy byliśmy w sierpniu na Hitrze, ale skoro widać, nie siecze deszcz znaczy, że jest cudnie.

Zjeżdżam zatem na najbliższy parking, by obejrzeć okolicę. Dobrze, że mam na sobie wygodne, górskie buty, co niesamowicie pomaga podczas łażenia po okolicznych skałach. Na razie jest spokojnie. Pierwszy mostek przypomina mi wizytę na Tautrze – to dwa kamienne nasypy połączone mostkiem. Jest dobrze. Podchodzę do pierwszego punktu widokowego; zbudowana trasa dla niepełnosprawnych, oszklone barierki, ławki, kosze na śmieci, o to chodzi. Wchodzę na szczyt, a raczej szczycik, z którego rozglądam się i patrzę na nieodległy legendarny most Storseisundbrua – wygiętą w łuk konstrukcję, przy czym wygięte toto jest nie tylko na grzbiecie, ale i w bok. Zobaczycie na zdjęciach, spokojnie.

Za mną domek, charakterystyczny dla Norwegii tyle, że to restauracja. Tuż przy tarasie znajduje się port tak, że jeśli macie chwilę czasu i pieniędzy, spokojnie możecie przypłynąć sobie na Trasę Atlantycką.

Czaple. Dużo ich, ale w końcu wszędzie ich pełno, zatem nie ma co się podniecać, za to kolejny raz zachwycam się norweskim wiatrem. Ostrym, suchym porywistym, który w okamgnieniu suszy wszystko, co napotka na drodze. Nie inaczej postąpił z martwym krabem, który wyglądał, jakby przystanął na chwilę.

Idę dalej. O – o! Tyle szczawiu w jednym miejscu, w dodatku na skałach to jeszcze w życiu nie widziałem. No dobrze, myślę, trochę wstyd podniecać się szczawiem, skoro jestem w jednej z największej atrakcji turystycznej świata, jak podaje bodajże National Geographic. Wracam zatem do auta, piję kawę i ruszam w stronę legendarnego mostu.

Zatrzymuję się na kolejnej wyspie, wokół której zbudowano trasę spacerową, ale tak, by nie dominowała nad krajobrazem. Jest tu też naturalnie wkomponowana restauracja wraz z toaletą. W ogóle zdolność tubylców do budowy w zgodzie z naturą jest imponująca. Tyle, że nie przyszło im to od razu.

Przypominam sobie rejony Trondheim, które Norwegowie tak ohydnie zabudowali, że jedynie laska dynamitu mogłaby tu pomóc.

Wiecie, z tymi cudami świata to ciekawa sprawa jest. Gdy widzisz je z oddali robią na tobie kolosalne wrażenie, małpi zachwyt dosięga cię i nie opuszcza, a poczucie szczęśliwości i absolutny brak krytycyzmu przytłumia wszystko. I tak jest tutaj, dopóki patrzysz na Storeseisundbrua z oddali. Gdy wchodzisz na tę budowlę, zaglądasz pod nią, patrzysz pod każdym możliwym kątem i z najbliższej możliwej odległości, zachwyt mija i tak naprawdę zastanawiasz się co w tym jest ciekawego? Legenda? PR? Odległość od każdego zakątka na świecie? Surowość natury i trudności z dotarciem na miejsce, jeśli nie ma się auta?

Pewnie wszystkiego po trochu. Przejeżdżając przez most zatrzymuję się jeszcze na parkingu, w który zamieniono jakąś skalną wysepkę wyrzynając ją w ćwierci, a przy okazji odsłaniając cudo drzemiące pod skalną skorupą. I chyba widok przekroju tej skał zrobił na mnie największe wrażenie. Jeszcze tylko kamienny kurhan z namalowanym znakiem krzyża i do domu. Tym razem w stronę Molde tyle, że w odpowiednim miejscu nie wjeżdżam w tunel, lecz przeprawiam się mostem, o którym pisałem wcześniej.

Przyznam, że jestem trochę rozczarowany Trasą Atlantycką. Tak naprawdę droga ma może pięć kilometrów, jeśli nie więcej choć oficjalnie podawana jest większa długość. Oczywiście, można powiedzieć, że jestem zblazowany, ale prawda jest taka, że trasa ta nie zasługuje na miano najbardziej atrakcyjnej, niesamowitej i fantastycznej. Jako ciekawostka turystyczna, punkt na trasie – owszem. Jako coś, czemu warto poświęcić urlop i pieniądze – nie.

TXT/zdjęcia: Przemek Saracen

Skomentuj używając swojego konta na Disqus, Facebooku, G+ lub korzystając z tradycyjnego systemu komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here