najnowsze

zobacz również

Jan Wyżykowski. Niepokorny geolog, dzięki któremu lubiński dziki zachód stał się nową ziemią obiecaną

- Advertisement -

Wyobraź sobie niedzielne popołudnie w latach 50. na Dolnym Śląsku. Miasteczko Lubin wygląda trochę jak po potężnym pożarze, z którego ocalało jedynie kilka obór i rynek z postrzępionymi kamienicami. Liczy nieco ponad 2 tysiące mieszkańców, z czego połowa to pewnie kury, a największą lokalną atrakcją jest pociąg, który od czasu do czasu przyjeżdża i… odjeżdża.

Gdybyś powiedział wtedy komukolwiek, że to dziwne senne miasteczko za kilkanaście lat stanie się stolicą polskiego przemysłu miedziowego, a ludzie będą tam walczyć o mieszkania z wielkiej płyty jak o zbiory w Luwrze, wyśmiano by Cię bez mrugnięcia oka.

Czy możesz wesprzeć Miejski Magazyn 'Tu Lubin’?

A jednak! Wszystko za sprawą pewnego upartego geologa, który postanowił nie słuchać „mądrzejszych od siebie”.

Od niedoszłego księdza i śpiewaka operowego do geologa

Zanim Jan Wyżykowski (urodzony w 1917 r. w Haczowie na Podkarpaciu) wbił pierwsze wiertło w dolnośląską ziemię, jego życie przypominało gotowy scenariusz na film wielogatunkowy:
  • Ksiądz, którego wygoniła wojna: Pochodził z wielodzietnej rodziny chłopskiej (był czwartym z jedenastki rodzeństwa). Z uwagi na bystry umysł wysłano go do zakonu. Wstąpił do nowicjatu i zaczął studia teologiczne, jednak wkrótce poczuł, że habit to nie jego droga.
  • Niedoszły śpiewak operowy: Jan posiadał niesamowity, piękny głos tenorowy i kochał muzykę. Podczas okupacji w Krakowie brał tajne lekcje śpiewu u prof. Bronisława Romaniszyna. Szykował się do kariery na scenie operowej, ale los miał inne plany – groźna choroba krtani bezpowrotnie zniszczyła jego struny głosowe i przekreśliła marzenia o śpiewaniu.
  • Przeznaczenie w wieku 28 lat: Dopiero po II wojnie światowej, w 1945 roku, wstąpił na Akademię Górniczo-Hutniczą w Krakowie. Został inżynierem górnikiem, a w Państwowym Instytucie Geologicznym powierzono mu misję – poszukiwanie miedzi.
W życiu prywatnym był człowiekiem niezwykle ciepłym. Ożenił się z Kazimierą, z którą doczekał się dzieci. Żona wspominała po latach, że mąż kochał domowe granie na fortepianie – potrafił z pasją śpiewać w salonie arię Nadira z opery Poławiacze pereł Bizeta. Do pracy wstawał przed siódmą rano, golił się, parzył wodę na herbatę, po czym… znikał w terenie na całe tygodnie.

Człowiek, który uwierzył w czarne łupki

Jan Wyżykowski nie wyglądał jak hollywoodzki heros. Nosił skromny garnitur, beret i zakurzone buty. Przed nim niemieccy specjaliści orzekli jednoznacznie: tu nic nie ma, miedź skończyła się na przedgórzu Sudeckim, dziękujemy, można się rozjeść. Większość autorytetów z Warszawy twardo przyklaskiwała tej tezie. Jednym z niewielu, którzy go wspierali, był ceniony prof. Józef Zwierzycki z Uniwersytetu Wrocławskiego.

Wyżykowski miał jednak przeczucie. Prace poszukiwawcze szły opornie, przestarzałe maszyny ciągle się psuły, a decydenci chcieli zakręcić kurek z pieniędzmi. Wyżykowski uparcie wiercił dalej.

Dnia 23 marca 1957 roku w miejscowości Sieroszowice, na głębokości ponad 650 metrów, wreszcie wyciągnięto rdzeń wiertniczy. Gdy Jan przyjrzał się szarym, niepozornym skałom, odkrył, że są dosłownie naszpikowane minerałami miedzi.

Ponoć z radości wiertnicy i geolodzy wypili na miejscu niejeden kieliszek, a sam Wyżykowski włożył próbki skały do kieszeni płaszcza i pociągiem ruszył do Warszawy. W Instytucie usłyszał: „Panie Janie, to niemożliwe, pewnie pomylił Pan próbki!”. Musiał wrócić i wywiercić kolejny otwór – pod Lubinem. Wynik był ten sam: gigantyczne złoże, jedno z największych na świecie.

Lubiński Dziki Zachód: Awans społeczny i eksplozja demograficzna

Odkrycie skarbów w rolniczym miasteczku wywołało trzęsienie ziemi. Lubin z dnia na dzień zamienił się w polski Teksas – tyle że zamiast kapeluszy kowbojskich noszono gumowce i kaski.

W latach 60. do Zagłębia Miedziowego ściągały tłumy z całej Polski. Przyjeżdżała młodzież ze wsi, chłopcy po zawodówkach i absolwenci uczelni technicznych. Dla wielu z nich praca przy miedzi oznaczała niewiarygodny wręcz awans społeczny i zawodowy:
  • Pensje, o jakich się nie śniło: Górnicy zarabiali krocie w porównaniu ze średnią krajową.
  • Mieszkanie w parę lat: Podczas gdy w Warszawie na M-3 czekało się dwie dekady, w Lubinie fabryki domów tłukły wielką płytę tak szybko, że osiedla rosły w oczach.
  • Skok cywilizacyjny: Chłopcy, którzy jeszcze chwilę wcześniej orali pole koniem, nagle obsługiwali potężne maszyny, dostawali przejazdowe dojazdy i wypoczywali w zakładowych ośrodkach nad Bałtykiem.
Miasto w parę dekad napęczniało z 2 tysięcy do ponad 70 tysięcy mieszkańców! Ulice tonęły w błocie, przedszkola pękały w szwach, a w sklepach kolejki ustawiały się, zanim towar w ogóle przyjechał.

Kulisy budowy: Woda, piasek i… mróz

Początki budowy kopalń „Lubin” i „Polkowice” przypominały scenariusz filmu katastroficznego. Największym wrogiem budowniczych była woda. Pod ziemią płynęły podziemne rzeki i zalegały kurzawki (płynny piasek), które zalewały szyby i groziły katastrofą.

Jak sobie z tym poradzono? Zastosowano metodę zamrażania górotworu! Wpuszczano w ziemię specjalne rury z mrożącą solanką, tworząc wokół drążonego szybu wielki „lodowy walec”. Górnicy pracowali w temperaturach sięgających kilkunastu stopni poniżej zera, a kilkadziesiąt metrów dalej płynęła woda.

Od kamienia do błyszczącej katody: Jak właściwie „odzyskuje się” miedź?

Szara ruda wyciągana z głębokości kilkuset metrów zawiera zaledwie około 1,5–2% miedzi. Reszta to zwykła skała. Żeby zrobić z niej kabel do Twojego smartfona, trzeba przejść skomplikowany proces technologiczny:
  1. Kruszenie i mielenie: Skała trafia do wielkich młynów, gdzie zostaje roztarta na drobny pył.
  2. Flotacja (magia pęcherzyków): Zmieloną rudę miesza się z wodą i reagentami. Powietrze tworzy piane, do której przyczepiają się drobiny miedzi i unoszą na powierzchnię. Zostaje odcedzony „koncentrat” zawierający ok. 20–30% miedzi.
  3. Piec hutniczy: Koncentrat trafia do Huty Miedzi w Głogowie lub Legnicy. W potężnej temperaturze przetapia się go na miedź anodową (ok. 99% czystości).
  4. Elektrorafinacja: Anody wiesza się w wannie z kwasem i przepuszcza prąd. Miedź wędruje na drugą stronę i osiada jako miedź katodowa (99,99%). A to, co opada na dno wanny jako „szlam”… okazuje się prawdziwym skarbcem!
To właśnie z owego szlamu anodowego KGHM wyciąga swoje największe skarby. Dziś miedziowy gigant jest prawdziwą fabryką cennych surowców:
MetalZnaczenie i ciekawostki
SrebroKGHM to jeden z największych producentów srebra rafinowanego na świecie (zajmuje ścisłe podium w globalnych rankingach). Rocznie produkuje ponad 1200 ton błyszczących sztab!
ZłotoCo roku z dolnośląskiej rudy uzyskuje się kilkaset kilogramów czystego złota.
Renia (Rhen)KGHM jest jedynym w Europie producentem renu z własnych źródeł. Metal ten wykorzystuje się m.in. w budowie silników do samolotów odrzutowych i turbin gazowych.
Ołów, Nikiel, Platyna i PalladOdzyskiwane jako metale towarzyszące, niezbędne w nowoczesnym przemyśle.

Co o Janie Wyżykowskim mówili jego współpracownicy? Z opisów wyłania się postać niezwykła:
„Czegokolwiek się podejmował, robił to z pasją. Niespożyty był to człowiek, bez zawiści i niezdrowych ambicji. Był wybitnym ambasadorem miedzi w stolicy, miał czas dla każdego” – wspominał dr inż. Tadeusz Zastawnik.

I to właśnie Tadeusz Zastawnik (pierwszy dyrektor generalny KGHM w latach 1962–1975) stał się obok Wyżykowskiego drugą najbardziej znaną postacią w historii miedzi. Nazywano go „Budowniczym Zagłębia” – to on twardą ręką spiął budowę kopalń, hut i całych osiedli mieszkaniowych.

Inną ważną postacią był prof. Józef Zwierzycki z Uniwersytetu Wrocławskiego, bez którego wiedzy teoretycznej Wyżykowski mógłby nie trafić na właściwy ślad.

Warto dodać, że sam Wyżykowski pozostał czuły na punkcie zwykłych ludzi. Kiedy mieszkał na kwaterze u wiejskiej rodziny w Sieroszowicach i w domu brakowało wody, sam brał wiadra i bez słowa biegał do studni. Gdy przyjeżdżał ze stolicy, zawsze przywoził wiejskim dzieciom przysmaki.

Zmarł nagle na zawał serca 29 października 1974 roku, mając zaledwie 57 lat.

Pamięć o Janie Wyżykowskim na Dolnym Śląsku jest żywa i niezwykle autentyczna:
  • Uczelnia i szkoły: Jego imię nosi Uczelnia Jana Wyżykowskiego z siedzibą w Polkowicach i Wydziałem Zamiejscowym w Lubinie, a także liczne szkoły podstawowe i średnie w regionie (m.in. w Lubinie, Głogowie, Polkowicach, Krotoszycach i rodzinnym Haczowie).
  • Pomniki i ulice: W centrum Lubina stoi charakterystyczny pomnik geologa, a w większości miast Zagłębia Miedziowego główne ulice lub skwery noszą jego imię. Posiada też tytuł Honorowego Obywatela Miasta Lubina.
  • Towarzystwa i Muzea: Prężnie działa Towarzystwo Przyjaciół im. Jana Wyżykowskiego, które organizuje coroczne obchody rocznicy odkrycia złoża (23 marca). Pamiątki po odkrywcy zgromadzone są m.in. w Muzeum Regionalnym w Brzozowie oraz w Muzeum Techniki w Warszawie.
Dziś, jadąc przez nowoczesny, zielony Lubin, trudno uwierzyć, że cała ta miedziowo-srebrna potęga narodziła się w głowie skromnego geologa z beretem, który niegdyś marzył o śpiewaniu w operze, a ostatecznie dał Polsce jedno z największych bogactw w jej historii!
- Advertisement -
Przemysław Saracen
Przemysław Saracen
Publicysta, pisarczyk i człowiek pracy najemnej. Autor książki "Dzikie historie: Norwegia". Założyciel i wydawca magazynu "Srebrny Kompas".  Finalista polskiej edycji międzynarodowego konkurs scenariuszowego Hartley - Merill utworzonego przez Roberta Redforda. Wychowałem się w duchu Tony`ego Halika, małżeństwa Gucwińskich oraz komiksowych przygód Kajka i Kokosza i tarapatów, w jakie pakował się literacki wojak Szwejk. Lubię wszystko, co dobre i oryginalne. Czasem dobra rozmowa jest bardziej fascynująca, niż najbardziej wymyślny film.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

od tego autora