Zobacz również

Jaka piękna katastrofa! Spadochron, który nie działa czyli śmiertelny skok wynalazcy

Był ranek czwartego lutego 1914 roku. Zbliżała się godzina ósma rano, a piękny Paryż miał za chwilę stać się świadkiem jednego z najdziwniejszych zdarzeń w historii wynalazków. Franz Reichelt wspiął się na szczyt Wieży Eiffla. Za nim dreptali dziennikarze. Zgromadzeni na dole gapie patrzyli z politowaniem na francuskiego krawca, który postanowił udowodnić, że właśnie wynalazł spadochron.

Historia pełna jest wariatów, którzy tak bardzo wierzyli w swoje wynalazki, że bez wahania testowali ich skuteczność. Połączyło ich jedno – nigdy nie poznali efektów działania swoich wynalazków, które zabiły swoich twórców w najważniejszym momencie. Momencie udowodnienia działania konstrukcji.

Franza Reichelta powinniśmy raczej nazwać francuskim Austriakiem, bo w to właśnie w ojczyźnie Hitlera nasz bohater przyszedł w 1879 roku na świat. Młody Franio miał fioła na punkcie lotnictwa i chciał zapisać się w historii tej dziedziny, a marzenie to utrzymywało się w dorosłym życiu, gdy był cenionym krawcem.

1911 rok był szczęśliwy dla naszego bohatera. Oto Aeroklub Francji ogłasza konkurs dotyczący wynalezienia działającego spadochronu. Dla zwycięzcy przewidziano nagrodę w wysokości 10 tysięcy franków.

Od tej pory wyobraźnia Reicherta pracowała na zwielokrotnionych obrotach. Po wielu próbach krawiec opracował koncepcję spadochronu w kształcie garnituru z płaszczem, który miał duży jedwabny kaptur.

Wynalazek był cięższy, gdyż ważył blisko czterdzieści kilo i pięknie ciągnął w dół, o czym wkrótce miał się przekonać jego twórca.

Generalnie jest tak, że życie daje pewne znaki. Jeśli dziesięć razy próbujesz zaczepić dwa razy większego osiłka i za każdym razem dostajesz bęcki, to albo ćwiczysz do momentu aż będziesz równy bijącemu, albo nasyłasz na niego zbirów, albo myślisz nad swoim życiem i szukasz sobie hobby.

Niestety krawiec nie raz i nie dwa, a nawet i nie trzy otrzymywał znaki od świata. A konkretnie od manekinów, na których testował swój spadochron. Eksperymenty za każdym razem ponosiły fiasko. Ilekroć Franio wyrzucał manekina z okna tylekroć spadochron nie chciał działać. Mimo to, a może dzięki pokusie o nazwie dziesięć tysięcy franków, dzielny wynalazca postanowił dokonać ostatecznego testu. Na sobie.

W tym celu uzyskał od paryskiej policji zezwolenie na przetestowanie manekinu poprzez zrzucenie go z Wieży Eiffle`a – patrzcie go jaki cwaniak.

Dotarcie do wieży przysporzyło naszemu bohaterowi nieco problemów, gdyż na miejscu zgromadzonych było nie tylko sporo gapiów, ale dziennikarze, znajomi krawca i ekipa filmowa dokumentująca test wiekopomnego odkrycia w dziedzinie zapewnienia bezpieczeństwa lotów.

Zaintrygowani widzowie wychylali głowy i wytężali wzrok, by zobaczyć zapowiadany manekin Reichelta, aż w końcu zdali sobie sprawę, że nie będzie żadnej kukły, a dzielnym śmiałkiem będzie sam krawiec.

Mimo oporów znajomych Reichelt postanowił niemal na siłę przejść do historii. Docierając na pierwszy poziom wieży wszedł na przygotowany dla niego stołek. Spojrzał w górę, potem w dół, na szemrzący tłum. Kamery rejestrowały wiekopomną chwilę.

Po chwili wahania ruszył przed siebie. Była godzina 8.22

Chwilę później Franz Reichelt przywalił w zmarzniętą glebę tak, że wytworzył się krater o głębokości piętnastu centymetrów. 61 metrów pokonał w okamgnieniu. Grawitacja i ciężar garnituru zrobiły swoje. Wariat wynalazca nie cierpiał, bowiem efektem upadku było zmiażdżenie czaszki i kręgosłupa.

W swym dążeniu do nagrody finansowej nie wiedział, że dwa dni wcześniej, na zachodniej półkuli pewien Amerykanin, Rodman Law z powodzeniem skoczył ze spadochronem pokonując wysokość blisko siedemdziesięciu metrów.

Autor

  • Dziennikarz, pisarz i człowiek pracy najemnej. Autor książki "Dzikie historie: Norwegia". Założyciel i wydawca magazynu "Srebrny Kompas". Autor w serwisie "Posty.pl" oraz współpracownik lokalnego magazynu "Tu Lubin". Finalista polskiej edycji międzynarodowego konkurs scenariuszowego Hartley - Merill utworzonego przez Roberta Redforda. Wychowałem się w duchu Tony`ego Halika, małżeństwa Gucwińskich oraz komiksowych przygód Kajka i Kokosza i tarapatów, w jakie pakował się literacki wojak Szwejk. Lubię wszystko, co dobre i oryginalne. Czasem dobra rozmowa jest bardziej fascynująca, niż najbardziej wymyślny film.

    View all posts
Przemysław Saracen
Przemysław Saracen
Dziennikarz, pisarz i człowiek pracy najemnej. Autor książki "Dzikie historie: Norwegia". Założyciel i wydawca magazynu "Srebrny Kompas". Autor w serwisie "Posty.pl" oraz współpracownik lokalnego magazynu "Tu Lubin". Finalista polskiej edycji międzynarodowego konkurs scenariuszowego Hartley - Merill utworzonego przez Roberta Redforda. Wychowałem się w duchu Tony`ego Halika, małżeństwa Gucwińskich oraz komiksowych przygód Kajka i Kokosza i tarapatów, w jakie pakował się literacki wojak Szwejk. Lubię wszystko, co dobre i oryginalne. Czasem dobra rozmowa jest bardziej fascynująca, niż najbardziej wymyślny film.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

Tego autora