Więcej

    Slash. “Rock n Roll”. Legendarny gitarzysta dorównał legendarnemu wokaliście.

    Jeśli Slash chciał udowodnić, że potrafi nagrać lepszą płytę od swojego toksycznego brata z gangu GnR, Ryżego, prawda- to poszedł na łatwiznę. Po tym co Axl Rose nawyprawiał na “Chinese Democracy” nagranie lepszej płyty to banan z masłem. Byle rockband to potrafi.

    Zresztą najnowsza płyta Guns n Roses to dowód, że każdy może wlać Axlowi, a on i tak nie zareaguje. A jak już, to jest to tak żałosna popierdółka, że śmiech wzbudza. Albo wściekłość i żal u starych fanów (jak u mnie).

    Dobra, było minęło, o zmarłych mówi się albo dobrze, albo wcale.

    Problem z płytą Slasha jest taki, że tak naprawdę nie wiadomo co to jest. Miał być kawał fajnego rocka ze świetną zabawą w tle. Tą radością, takim wiecie, dzikim, nieuchwytnym elementem, który sprawiał, że przyspieszasz mimowolnie kroku, morda ci się uśmiecha i masz taki motorek w dupie (ot, choćby, jak to, co ostatnio prezentuje zespół Airbourne). Niestety.

    Płyta Slasha pozbawiona jest tego zadziora. Pozbawiona jest czegokolwiek, co chwytałoby za ręce i nogi, rzucało o glebę i zostawało w pamięci. Owszem, są jakieś riffy i nie chodzi o to, że wszystko już było, ale o to, że to wszystko jest takie wyładzone, pluszowe. Takie… Kurczę, takie sformatowane.

    I co z tego, że co piosenka to inny wokalista? Taaaa, rozumiem: “chciałem pracować z tym, kogo kocham, z kim chciałbym się bawić sratatata”. Sęk w tym, że to współgra, nie pasuje, zgrzyta. I jeśli najciekawszym utworem jest “Doctor Alibi” z Lemmym na wokalu to naprawdę nie jest dobrze. Przepraszam, jeszcze udział Iggyego Popa sprawia, że płyta broni się. Ale udział Fergi, wiecie, tej dziwnej laski z dziwną brodą, tej, co to ma dziwne drgawki w tivi- jej udział sprawia, że ta płyta naprawdę siada. Dobra, powiecie, ale czemu czepiam się jakiejś zagłodzonej laski z Blackeyed Peas, skoro może w połączeniu z rockiem mogła wyjść torpeda. No. Mogła. Ale nie wyszła.

    Naprawdę nie wiem, co nie zagrało na tej płycie. Charyzmatyczny, nieobliczalny gitarzysta. Czternaście różnorodnych osobowości na majku (może poza tą beznadziejną Fergi kojarzącą mi się z traktorem): Ian Astbury, Chris Cornell, Lemmy, Iggy Pop, czy Ozzy.

    Jest nawet Izzy Stradlin. Jest Duff. I co z tego. To kurwa nie gra!

    Co będę ci tu nawijał makaron za uszy: posłuchasz w radiu, przeleci między uszami jak sraczka i zapomnisz. Wrzucisz do mp3, minie i skasujesz. Jasne, media będą ci wciskać kit, jak to jest zajebiście, jak to żal, że Axl pogonił Slasha, co-jak-dlaczego-to-niemożliwe. Będę słuchał tego samego kitu, jak przy “St Anger” Metalliki, kiedy to słyszałem o czterech uśmiechniętych facetach, którzy po prostu spotkali się w studiu i grali jak za dawnych dobrych czasów. A że płyty tej nie słuchali, tekstów nie znali? A kogo to?

    Tak samo będzie tutaj. Dziadzio Slash nagrał radosnego rock n rolla z idolami swej młodości, liczy się radość grania, spontan i inne duperszmity. Nie wierzcie im.

    Powstała bardzo średnia płyta świetnego gitarzysty i nic więcej. Nie oszukujmy się. Slash, przy całym uznaniu dla niego musi mieć majstra. W Guns n Roses był nim Ryży. I wtedy to grało. Obaj napędzali się i dzięki temu powstało rockowe Monstrum. Kudłaty bez bossa jest co najwyżej dobrym muzykiem sesyjnym. Kto obserwował jego karierę po śmierci GnR widział to wystarczająco dobrze. O ile jego rzeczywisty debiut “Its Five OClock Somewhere” była przyjemnym, rockowym, swobodnym graniem bez utraty intymności, a zatem czegoś o co w tym wszystkim chodzi- o tyle późniejsze akcje typu anoderrikordsofsnejkpit czy Velvet Revolver to zjazd po brzytwie. I teraz to: rock dla grzecznych panienek, które w weekendy chcą ugrać coś na buncie. Kurwa.

    Uwierzcie mi: nie żądałem genialnej płyty, której wyjątkowość doprowadzi mnie do bojowego szału połączonego z rytualnym skokiem z dywanu na podłogę. Chciałem tylko fajnej, rockowej płyty, na której naprawdę czuć swobodę, rytm, intymność. To nieokreślone tło, które sprawia, że iskry lecą. Czy to dużo. Ano.

    Mam nadzieję, że wasz egzemplarz tej płyty pozbawiony jest nowej wersji “Paradise City”. To, jak Slash zarżnął ten legendarny już utwór (ach, ta Fergie!) zasługuje na słowa trzy: Fuck you, Slash!

    Przemek Saracen
    Wychowałem się w duchu Tony`ego Halika, małżeństwa Gucwińskich oraz komiksowych przygód Kajka i Kokosza i tarapatów, w jakie pakował się literacki wojak Szwejk. Lubię wszystko, co dobre i oryginalne. Czasem dobra rozmowa jest bardziej fascynująca, niż najbardziej wymyślny film.

    Jeśli uznasz, że nasze pisanie jest coś warte, wesprzyj SK 🙂 Dziękujemy!

    Udostępnij
    Tagi

    Najnowsze

    Sierpniowe pożary lasów biją rekordy emisji dwutlenku węgla i przebijają roczną “produkcję” Indii.

    Wszystko idzie ku „najlepszemu”: tylko w wakacje światowe pożary wyemitowały rekordową ilość dwutlenku węgla przekraczając roczną „produkcję” Indii. W zeszłym miesiącu świat ustanowił nowy przerażający...

    Niewidzialne staje się widzialne, czyli 47 edycja konkursu fotograficznego Nikona

    Uwielbiamy w „Srebrnym Kompasie” fotografie. Zdajemy sobie sprawę, że są momenty, których nie opowiedzą najbardziej wspaniałe słowa, opowieści, wiersze i reportaże. Czasem jedno zdjęcie...

    Polecamy

    Zobacz również

    ZOSTAW ODPOWIEDŹ

    Please enter your comment!
    Please enter your name here

    Hej, zauważyliśmy, że używasz blokera reklam

    Będziemy wdzięczni, jeśli wyłączysz swojego blokera reklam podczas korzystania ze "Srebrnego Kompasu".

    Staramy się, byś codziennie otrzymywał unikalne treści, których nie zobaczysz gdzie indziej.

    Serdecznie dziękujemy i życzymy fajnych wrażeń!