16.6 C
Sobótka
sobota, 21 maja, 2022
Strona głównaNoweRzeczpospolita gniewu, Rzeczpospolita współpracy

Rzeczpospolita gniewu, Rzeczpospolita współpracy

Powiązane historie

Książki Roberta Krasowskiego o historii III RP należą do najbardziej znanych tytułów tym temacie. I zasłużenie: wciągają od pierwszych stron i zaskakują oryginalnością przemyśleń. Można się z nimi nie zgadzać, ale trzeba przyznać autorowi, że nie wpisuje się w myślenie typowe dla bańki jakiegokolwiek środowiska. To podejście jest mi bardzo bliskie, tym bardziej, że żyję w spolaryzowanej rzeczywistości, w której składające się na nią osądy i percepcje zlepiły się w dwa wielkie zbiory, ze znikomą liczbą punktów stycznych.

„Po południu”, „Czas gniewu” i „ Czas Kaczyńskiego” przeczytałam przede wszystkim po to, by dowiedzieć się więcej o wydarzeniach, których ze względu na wiek nie mogłam przeżyć świadomie. Urodziłam się w roku 1990. Lata dziewięćdziesiąte pamiętam zatem mgliście, kolejną dekadę – punktowo. Afera Rywina w telewizji i słynna wymiana zdań pomiędzy Ziobrą a Millerem. Czerwono-białe krawaty Samoobrony, które koledzy w gimnazjum wycinali z papieru i nosili na przerwach, zapewne bezrefleksyjnie powielając przekonania rodziców.

Skromne życie na wsi i pytania, czy wejście do Unii Europejskiej faktycznie je odmieni… Wtedy oczywiście nie myślałam o tym, że u progu XXI wieku żegnaliśmy pierwszy etap transformacji i zaczynaliśmy nową epokę, która teoretycznie miała wnieść nas na wyżyny politycznej i obywatelskiej dojrzałości, a kończy się wielkim społecznym podziałem. Nadrobiłam refleksje dopiero po latach.

Z lektury trylogii najbardziej zapamiętałam przemyślenia z jej trzeciej części, zatytułowanej „Czas Kaczyńskiego” (muszę tu dodać, że książka ta skupia się też w dużej mierze na Donaldzie Tusku; Krasowski zwraca uwagę na polaryzacyjny wpływ jednego polityka na drugiego). Została mi w głowie teza, według której PiS i PO były sposobem na przetrwanie obozu solidarnościowego w świetle dominacji SLD i zarazem stanowiły odpowiedź na brutalizację polityki, jaką wywołało wejście do Sejmu Samoobrony i utworzenie skrajnie prawicowej Ligi Polskich Rodzin.

Wszystkie te wydarzenia miały miejsce w 2001 roku. Wspólny komitet samorządowy PO-PiS z 2002 roku, przywoływany nieraz przez komentatorów z ironią, miał w tym kontekście sens: obydwie nowe partie były partiami sprzeciwu i nadziei na naprawę Polski; im gorzej radził sobie rząd Leszka Millera, tym bardziej podobały się społeczeństwu. Innymi słowy, okazały się potrzebne Polakom.

W następnej dekadzie pojawiły się kolejne formacje próbujące wstrzelić się w pewną lukę w oczekiwaniach wyborców: Ruch Palikota (2011), Nowoczesna, Kukiz’15, Razem (wszystkie powołane 2015 roku; Kukiz’15 najpierw jako komitet wyborczy wyborców). O każdym z tych ugrupowań można by napisać szczegółową analizę, jednak wszystkie spotkał podobny los: przylgnięcie do silniejszego.

Ruch Palikota przekształcił się w Twój Ruch, rozpadł się; w wyniku rozpadu część członków zaangażowała się w budowanie Wiosny Biedronia, która połączyła się z SLD, tworząc Nową Lewicę. Do niej dołączyła też partia Razem (chociaż o niej trudno powiedzieć, by zatraciła wyrazistość). Nowoczesna jest częścią Koalicji Obywatelskiej, Kukiz ’15 wspiera PiS. Podobnie było wcześniej z Samoobroną i LPR-em: chaotyczna koalicja z PiS-em była dla nich ciążeniem ku silniejszemu, który ostatecznie je pożarł.

I tutaj warto zadać sobie pytanie: dlaczego to PO i PiS stworzyły dwukadencyjne rządy? Moim zdaniem oprócz czynników takich jak jakość przywództwa, dostępność finansowania czy liczebność i trwałość struktur warto zwrócić uwagę na jeszcze jeden: wstrzelenie się w nastroje społeczne. PiS i PO podzieliły między sobą potrzeby dwóch grup społeczeństwa pozostawionych bez wyraźnego kierunku w trakcie rządów SLD: części liberalnej, otwartej na Europę, ceniącej indywidualność oraz tej konserwatywnej, bardziej stawiającej na społeczną solidarność, która zasadniczo chciała, żeby zostało po staremu i po „naszemu”, ale uczciwiej. Zagospodarowały tak dużą przestrzeń, że zostało niewiele tlenu dla innych formacji wspomnianych w tym tekście. Pod tym względem inne ugrupowania były wtórne, zostały im małe poletka emocji w jakiś sposób odbiegających od ogółu.

Po dwóch dekadach takich doświadczeń nie dziwi więc brak wiary podmiotowość nowych organizmów na polskiej scenie politycznej.

Teraz musi sobie z tym radzić Polska 2050. PiS ciągle utrzymuje 30% poparcia, Platforma ok, 25%; u sterów ciągle są Kaczyński i Tusk. Bardzo podobna sytuacja miała miejsce w 2007 roku, tylko z odwróconymi proporcjami – to Platforma wyprzedzała o kilka procent PiS. Łatwo więc bez głębszej analizy stwierdzić, że nadal nie ma w Polsce miejsca dla nowych pretendentów do wielkiej polityki.

Nie mogę jednak pozbyć się wrażenia, że jest inaczej. Przez ostatnie 20 lat mieliśmy do czynienia z polityką odwołującą się do pewnych wyobrażeń o Polsce, narzucanych w kampanii i realizowanych lepiej lub gorzej przez polityków równie mocno zajętych wewnątrzpartyjnymi rozgrywkami. Z polityką utrzymującą pewien dystans do obywateli. PiS wprawdzie mówił: „Słuchać Polaków, zmieniać Polskę”; i rzeczywiście, w pewnym sensie słuchał i zmieniał, ale przede wszystkim dla utrwalania swojej władzy, nie dla zmiany rzeczywistości na lepsze. Platforma, mówiąc o budowaniu mostów zamiast robienia polityki, też próbowała zbliżyć się do ludzi, nie nadążyła jednak do końca za ich potrzebami.

Krasowski stawia moim zdaniem słuszną diagnozę w „Czasie Kaczyńskiego”: „Polska kwitła tam, gdzie wystarczała społeczna energia, a kulała wszędzie tam, gdzie potrzebne było państwo: usługi publiczne, drogi, sądy, pilnowanie równych szans, opieka nad najsłabszymi.” Dlatego ciągle jest miejsce na ugrupowanie, które wykorzysta tę społeczną energię, by zbudować bliższą relację z wyborcami i przyjaźniejsze państwo.

Nadal istnieje przestrzeń do pokazania, że polityka jest częścią codzienności, a demokracja to nie abstrakcyjne hasło z przemówień, protestów i podręczników, tylko coś, co wymaga ciągłej dbałości i współpracy – podobnie jak relacje z bliskimi nam ludźmi. To jest luka, którą nadal można wypełnić.

Najlepiej w taki sposób, żeby skończył się cykl nowych partii wzrastających w wyniku społecznego gniewu, a zaczął się dla nich czas autorefleksji i rozwoju dzięki wewnętrznym ewolucjom i konfrontacjom z rzeczywistością.

Magdalena Broda
Magdalena Broda
Miałam się spokojnie zajmować tłumaczeniami, ale przyszły ciekawe czasy i musiałam znaleźć czas na politykę. Lubię podcasty i podróże! #TakDziałaRuchObywatelski

Nowe historie

Top 7 dni

ZOSTAW ODPOWIEDŹ