Metallica „St Anger”. Brudna, pełna gniewu płyta. Ciężka, ale ciekawa.

Polecamy

„Brunost. Tradycyjny norweski przysmak z karmelem w tle”

Przyjęło się mówić, że norweska kuchnia jest dla zuchwałych, bo przecież SMALAHOVE, o którym możecie przeczytać TUTAJ, czy LUTEFISK to naprawdę wyzwanie dla podniebienia i...

Dlaczego skandynawskie domki są takie czerwone czyli Falu röd

Jednym z najbardziej charakterystycznych elementów skandynawskiego krajobrazu są pomalowane na czerwono budynki. Nie jest to klasyczna czerwień, jaką widzimy wokół siebie. To czerwień faluńska,...

Teledurniej czyli po co mi to było

Czwartek wieczór. Dzwoni telefon. Podnoszę słuchawkę. - Taaa… - Pan Przemysław Saracen? - Taaa…. - Informujemy, że w najbliższą sobotę odbędzie się nagranie teleturnieju...

Najnowsze

Jeśli jakimś cudem nie słuchaliście tej płyty, zróbcie to w końcu do cholery, bo może z perspektywy tych paru ładnych lat zobaczycie, że to jeden z ciekawszych epizodów w twórczości zespołu. A jeśli słuchaliście, lecz odłożyliście w krainę wiecznej czarnej dziury, włączcie ją ponownie i uważnie odtańczcie.

I nie wierzcie tym, którzy swego czasu pisali, że z tej płyty emanuje radość grania, a wkrótce rozgłaszali opinie typu: najgorsza płyta Metalliki, syf, kiła, harakiri. Śmiejcie się z tekstów o czterech uśmiechniętych facetach. Weźcie w końcu zestawcie “St Anger” z “Death Magnetic” i wtedy pogadajmy o regresie grupy i w którym momencie nastąpił. Wg mnie to najnowsza płyta jest właśnie powrotem w bezpieczne koleiny. Zresztą nie o to teraz chodzi, bo wróćmy do “St Anger”…

Tamten czas to czas czterech jeźdźców apokalipsy, którzy nie karali ludzkość, lecz siebie samych. Nikt jakoś nie zauważył, że ta płyta to potęga krwiożerczości, monstrualnej agresji i złych emocji. Płyta o wymykającym się spod kontroli gniewie. O potrzebie wyplucia z siebie Złego. Tego chuja, który dusi i sprawia, że idziemy na autodestruktora, który nie tylko, że miażdży mnie, ale i wszystko co jest wokół. Wciąga, wsysa, wysysa, miażdży i zostawia zgliszcza.

Twierdzę, że gdyby ta płyta nie powstała taka właśnie, czyli zła (w sensie uwolnionych emocji), brudna, ekstremalnie ciężka, szybka, niedopieszczona i chropowata, wkrótce wszystkie pudelki tego świata informowałyby o samobójstwie któregoś z członków zespołu. Coś złego musiało dziać się w Metallice. Coś musiało narastać.

Bulgoczący kocioł Metalliki musiał znaleźć ujście, a grupa była na krawędzi. Wystarczy uważnie posłuchać tej płyty, by to zauważyć. Jednak “good monster” poradził sobie. Zmierzając się z lekami i słabościami zwalczył je. Strach pozwolił pokonać demony. Strach wyzwolił Moc.

Nagrywając genialnie brutalną płytę zespół udowodnił, jak szarpiąc druty oddaje się emocje oraz daje upust żółci. “St Anger” to wycięcie narośli, terapia doskonała.

Tylko ten, kto był na krawędzi, zrozumie tę płytę.

Wielka szkoda, że Metallica nie jest już filarem. Wielka szkoda, że Metallica zmieniła się w pluszowego misia.

Przemek Saracen

Skomentuj używając swojego konta na Disqus, Facebooku, G+ lub korzystając z tradycyjnego systemu komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj