Norweskie fjordy to owiane tajemnicą i nieopisanym zachwytem zatoki morskie Norwegii.

Obok nieprzyzwoicie pięknych, jak Geirangerjord, mamy do czynienia z nie tak pięknymi, jak Trondheimsfjord, nad którym miałem okazję spędzić parę lat.

Najpierw ciekawostka językowa. Piękna i oryginalnie brzmiąca nazwa „fjord” nie brzmi już tak pięknie, gdy usłyszymy jej oryginalne brzmienie. Musisz bowiem wiedzieć, że norweska wymowa tego słowa brzmi „FJURRR„.

Prawda, że już nie tak fajnie?

 

Fjord Trondheim jest trzecim co do wielkości akwenem w Norwegii (zresztą podobnie jak samo miasto Trondheim, pierwsza stolica tego kraju) i mierzy 130 km długości.

W przeciwieństwie do innych tego typu zbiorników, bardziej przypomina jezioro otoczone pagórkami. Nie ma w sobie majestatu, grozy, tajemniczości i tego efektu „wow” charakteryzujący inne fjordy, choć trzeba przyznać, że podczas deszczu, niskich chmur, porywającego wiatru efekt jest naprawdę niesamowity.

W najgłębszym miejscu ów fjord liczy blisko 620 metrów, a w napłytszym jest to podajże 2 -3 metry. Najlepiej to widać, gdy jedziesz z Trondheim do Stjordal. To tam, mniej więcej 300 metrów od brzegu możesz ujrzeć pal informujący o tego typu płyciznie. A przy okazji; jeśli już jedziesz do Stjordal, pewnie rzucił ci się oko wychodzący het w głąb fjordu pas lotniska. Powiem Ci, wrażenie podczas lądowania jest niezapomniane!

Trondheimsfjord to nie tylko ciekawostka turystyczna, czy geograficzna.

To również środek komunikacji. Działa tu sprawna komunikacja międzymiastowa, a statki zbudowane na kształt katamaranu pokonują przestrzenie naprawdę szybko. 11 km za Trondheim mamy przeprawę promową Flakk, oczywiście darmową dla pieszych. Jeśli zdecydujesz się na podróż na drugą stronę fjordu pierwsze co rzuci ci się w oczy po dopłynięciu na miejsce, to woda gęsta od meduz.

Sezon turystyczny wiąże się z codziennymi wizytami największych statków pasażerskich, jakie ludzkie oko widziało, w tym słynna „Queen Elizabeth 2”

Na samym fjordzie znajdziesz dwie wyspy, które możesz odwiedzić. Pierwsza, to Munkholmen, widoczna z Ravnkloa, targu rybnego na końcu Munkengaty. Jest to niewielka wysepka, na której mnisi zbudowali klasztor, z biegiem lat rozbudowywany. W czasie II wojny światowej było tu centrum obrony przeciwlotniczej. Teraz jest to przepiękny ośrodek turystyczny, wypoczynkowy i kulturalny Trondheim. Do wysepki dotrzesz z Ravnkloa statkiem, który odpływa co 20 minut.

Drugą wyspą jest Tautra – siedziba żeńskiego klasztoru oraz ptasi rezerwat. Miejsce przepiękne, dzikie, niesamowite.

Norwegia to głównie przyroda, a nasz fjord mimo iż niepozorny to kryje w sobie bogactwo natury. Naliczono to przeszło 90 gatunków ryb, ale nas i tak interesują głównie dorsze, seie i kraby. Tak, możesz łowić je do oporu. Nie, nie trzeba mieć specjalnych zezwoleń. Bierzesz wędkę i idziesz na Korsvikę lub Ilsvikę, ewentualnie na Flakk, po czym wracasz z worem pełnym urobku 🙂

Bogactwo ryb wiąże się nie tylko z bogactwem wędkarzy (przez tych cholernych azjatów zaczęły się problemy z obfitością ryby), ale koloniami orek płynących w górę fjordu na żerowisko. Znajdziecie tu również przebywające czasowo delfiny, czy małe wieloryby.

Ale najlepsze na koniec. W Trondsheimfjord mamy rafę koralową! Tak! Nie jest wielka, bo to ledwie 30 metrów, ale jest 🙂

Ten nasz „fjurrrr” jak widzicie nie grzeszy pięknością. Nie jest tak tajemniczy i dziki. Jest oswojony przez żeglarzy, komunikację międzymiastową i wędkarzy. Jest chciałoby się rzecz uprzemysłowiony. Ale mimo to jest w nim coś magicznego.

A na koniec wisienka na torcie. To stąd właśnie ruszyła wyprawa wikingów, którzy pod wodzą Leifa Haraldsona odkryli Amerykę. Tak więc żaden tam Krzychu Kolumb, a dzielni wieśniacy znad Trodheimsfjord.

Txt/Foto: Przemek Saracen

Skomentuj używając swojego konta na Disqus, Facebooku, G+ lub korzystając z tradycyjnego systemu komentarzy

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here