Czwartek wieczór. Dzwoni telefon. Podnoszę słuchawkę. – Taaa… – Pan Przemysław Saracen? – Taaa…. – Informujemy, że w najbliższą sobotę odbędzie się nagranie teleturnieju „Żądza pieniądza”. Prosimy o zabranie nienarzucających się, jednolitych strojów, bo sieje. Prosimy również, by na odzieży nie było żadnych znaków towarowych. Zbiórka na dworcu WKD o godzinie 9.00. Dobranoc.

No. Krótko i na temat.

Cholera, mam cały dzień na uzupełnienie wiedzy. Co robić? Po dramatycznych wyborach, wybieram kufel piwa – rozjaśnia umysł, chroni przed zawałem i zawiera witaminę C.

“Uczestnik przyjmuje do wiadomości i wyraża zgodę, że nie przysługuje mu jakiekolwiek wynagrodzenie za udział w programie.”

O świcie pociąg wjeżdża do Warszawy. Jest bardzo wcześnie, Pałac Kultury spowija mgła. Okazuje się, że muszę cofnąć się parę kilosków. WKD to mianowicie zwyczajna “Warszawa Zachodnia” i dworzec autobusowy w jednym.

Docieram na miejsce. Powoli schodzą się gracze. Wszystkich łączą – subkultura jakaś – podkrążone oczy, fryzury z piekła rodem i niemrawość. Efekt całonocnej podróży. Do tego galowe wdzianko. Mam takie samo. Różni mnie tylko czerwony krawat, ale to kwestia genów. Reszta, czyli znużenie i fryzura te same. Nieopodal na ławkach siedzi grupa nastolatków. Cieszą się z dzisiejszej chałtury: będą kibicować jakimś ćwokom w teleturnieju. Chowam głowę w ramionach. Grzecznie mijam młodzież, może nie zauważą mnie.

Widzę, jak grupa graczy stojąca teraz przed dworcem gęstnieje. Nie podchodzę – nie chcę być ćwokiem. Obserwuję graczy z pewnej odległości. Na tyle jednak, by słyszeć co mówią. Rzuca się w oczy podział na Polskę A i B. Nie mentalnie, bo wszyscy jednoczą się w rozmowach o niczym.
Polska B, czyli wschodnia, to ubiór: panie w błyszczących pantoflach, we wściekle białych rajstopach, już przybrudzonych. Makijaż zrobiony już wczoraj. Twarze świecące… chyba majonezem, bo krem na pewno tak nie działa.

Mężczyźni? Mokasyny, garnitur z chrzcin 20-letniego synka, nędzny krawacik. Zęby… zęby. Chyba są? Polska A też nie lepsza, tylko ciuchy z lepszego gatunku. Stwierdzam, że jestem małostkowy.

“Uczestnik przyjmuje do wiadomości, że wybór uczestnika nie skutkuje obowiązkiem producenta lub nadawcy dopuszczenia do udziału w wyznaczonym programie, i że jego udział może być przeniesiony na inny termin”.

Kto gra? Biedni i biedniejsi. Uczeni i niewykształceni. Jest rolnik, który musi czymś spłacić kredyt. Jest młody człowiek, który chce zrobić na złość sąsiadom. Jest pisarz, który chce wydać książkę i zarobić wielkie pieniądze. Nikt nie mówi o wielkiej przygodzie, adrenalince i zabawie. Takie rzeczy mówi się na pokaz.

Liczy się kasa. Siano, pieniądze, papu, mamona, ciapa, pengo, fistaszki, trociny. Kasa.

A ja to niby po co tu jestem? Dla kasy. Wygram milion złotych i zatrudnię tego nieroba prezydenta Lubina jako kierowcę. A moi sąsiedzi to już mają przechlapane.

“Uczestnik przyjmuje do wiadomości i wyraża zgodę, że producent ani nadawca nie będą odpowiedzialni za wypadek, zranienie lub inne szkody, które będzie miało miejsce podczas nagrywania programu, przesłuchań, eliminacji lub podczas podróży na lub z nagrania programu i zwalnia ich od wszelkiej odpowiedzialności z tytułu jakichkolwiek roszczeń z tym związanych.”

Podjeżdżają autokary. Dwa. Za przednią szybą duży napis (tu nazwa programu), choć patrząc na wysypujących się ze środka członków obsługi programu, wolę by pisało “TELEDURNIEJ”.
– To co, jak się jechało, nie?
– Cool, co?
– Lajtowe autka, nie?
– No to co, zapraszamy do środka, co tak stać będziemy???

Kto stał, ten stał. Gracze są trochę spłoszeni, lecz wsiadają. Nie spodziewali się nieogolonych i brudnych typów – ludzie ludziom zgotowali ten los. Autobusy ruszają.

Ci z obsługi prowokują nas. Opowiadają kawały, z których sami się śmieją. Uhahaaa. No dobra, uśmiecham się, może przestaną. Inni robią podobnie. Zrozumieli, że jeśli nie zareagują, obsługa nie przestanie. Al- Kaida, u licha!

Ale najlepsze dopiero przed nami. Staje mi przed oczami scena z komiksu “Kajko i Kokosz” – by umilić nam czas, obsługa zaśpiewa nam piosenki. A to już nie jest śmieszne… “Stokrotka”, “Płonie ognisko…”. Kurczę, zaraz naprawdę zapłonie, myślę. Do dziś nie miałem morderczych myśli.

Autokary wwożą nas między odrapane budynki, hale. Panie chciały mdleć przy Tomku Kamelu, panowie chcieli podziwiać nogi Grażyny Torbickiej, a tu… Okazuje się, że to tereny ZPC “Ursus”. W jednej z hal odbędzie się nagranie teleturnieju. No tak, a za chwilę pewnie powita nas chlebem i solą Zygmunt Wrzodak, myślę.

“Uczestnik przyjmuje do wiadomości i wyraża zgodę, że ani producent ani nadawca nie będą odpowiedzialni za nieporozumienia związane z produkcją jakiegokolwiek epizodu programu.”

Wszyscy siedzą już w świetlicy. Obsługa programu pokazuje nam, o co chodzi w teleturnieju. Bo trzeba wiedzieć, że wszyscy przyjechaliśmy tu w ciemno. Odcinki z naszym udziałem będą pierwszymi w historii polskiej edycji tego teleturnieju. Trafiamy do historii… Dają nam coś do podpisania. To umowy. Mamy dziesięć minut, by zapoznać się z warunkami. A jeśli ktoś odmówi? No cóż, darmowy dowóz na dworzec WKD. A stamtąd można już wrócić do domu. Na własny koszt. Wszyscy podpisują.

“Uczestnik przyjmuje do wiadomości i wyraża zgodę, że ani producent ani nadawca nie będą ponosić odpowiedzialności za przejęzyczenie lub inny błąd popełniony przez uczestnika, gospodarza programu lub innych osób uczestniczących w nagraniu”.

Dzielą nas na sześcioosobowe grupy, po czym zamykają w pokoikach po czterech w każdym. Przy czym każda osoba w pomieszczeniu jest członkiem innej grupy. Tymczasem usłużni członkowie obsługi programu zmieniają się nagle w Terminatorów. Chcesz przejść się, by rozładować narastający stres? Nie! Chcesz do toalety? Tylko z Terminatorem! Bawi mnie to na tyle, że co kilka minut “muszę” iść do ubikacji.

“Uczestnik przyjmuje do wiadomości i wyraża zgodę, że decyzja producenta jest decyzją ostateczną we wszystkich sprawach”.

Do pokoju wchodzi wizażystka. Nakłada wszystkim na twarz krem, tzw. podkład, byśmy nie świecili w trakcie nagrania. Ciągle proszę panią, by poprawiła mi podkład raz tu, raz tam – przecież nie mogę się świecić. Tylko dlaczego ta miła do niedawna kobieta denerwuje się? Wreszcie wchodzi kobieta Terminator. Wywołuje mnie. Nadszedł mój czas. Mówi to z taką miną, jakby rzeczywiście nadszedł Dzień Sądu. Ekipa montuje mi mikroporty.

Na korytarzu poznaję resztę swojej drużyny. Wszyscy są wyraźnie spłoszeni, z jednego leje się pot. Ma problem – nie może wytrzeć twarzy, bo będzie się świecił. Mam też w drużynie kobietę, chyba ze względów estetycznych. Zaczyna boleć mnie żołądek.

“Uczestnik przyjmuje do wiadomości i wyraża zgodę, że we wszystkich przypadkach producent i nadawca będzie zachowywał się w sposób uczciwy i sprawiedliwy, ale jego ostateczna decyzja będzie podyktowana interesem programu, nie uczestnika.”

Jesteśmy już w hali nagraniowej. Zimno jak diabli. Jest publiczność, wśród której rozpoznaję uroczych młodzian z WKD. A więc jestem ćwokiem. Całą szóstką patrzymy jak poprzedzająca nas drużyna przegrywa w pięknym stylu. Kapitan grupy jest załamany. Nagle słychać okrzyk: Stop, jeszcze raz! Okazuje się, że nie działa lampa. Drużyna będzie jeszcze raz przegrywać.

Na widowni siedzi jakiś kierownik, który co jakiś czas wstaje i kręci młynka dłonią: widownia klaszcze. Pełen spontan… A my jesteśmy już za kulisami. Wokół bałagan, jak u mnie w pokoju: papiery, szmaty, trociny. No, może u mnie nie ma trocin. Wreszcie słyszymy brawa i głos prowadzącego: “Powitajmy kolejnych śmiałków, którzy przyjechali, by wygrać milion”. Zaczyna się…

Każdy z członków grupy macha do publiki, ja wyciągam ręce jak papież. Dopiero co było mi zimno, a teraz czuję rozlewające się po twarzy gorąco. Cierpnie mi skóra. Zaraz pęknie! światła migają, nogi robią się ciężkie. Co ja tu robię?! Chcę do domu?! Nie chcę być ćwokiem!

Zawsze dziwiłem się, jakie bzdury wygaduje człowiek podczas takiego teleturnieju. Dopiero gdy sam zacząłem bredzić na wizji i sałatce z grzanek i ze wszystkiego co jest pod ręką, dałem spokój. Głupie. Wejdźcie jednak pod ostrzał kamer, świateł i Terminatorów, a zapewniam was, że przebijecie mnie.

Oczywiście nie wygraliśmy. Przecież program musi na siebie zarobić. A skoro były to dopiero pierwsze odcinki, to i nie mogło być głównej wygranej. Dali nam pieniądze na bilet do domu. Dali obiad. Zawieźli nas jak najszybciej na dworzec. Inaczej musieliby płacić za nocleg.

Jednak teleturniej ma swoje zalety. Wszędzie gdzie pojawiłem się, częstowano mnie sałatka z grzanek i wszystkiego, co jest pod ręką.

Przemek Saracen

Skomentuj używając swojego konta na Disqus, Facebooku, G+ lub korzystając z tradycyjnego systemu komentarzy

Dodaj komentarz