„Star Trek: Beyond”. Dużo akcji, przygody i wszystkiego czego wymagamy od dobrego blockbustera.

Chociaż nigdy nie siedziałem w temacie „Star Treka”, dwa ostatnie filmy kinowe w reżyserii J.J. Abramsa, twórcy między innymi „Lost” i „Super 8” bardzo mi się podobały (druga część nawet bardziej, niż pierwsza). Zamknięciu trylogii towarzyszy jednak zmiana reżysera i scenarzystów. Tym razem za kamerą stanął Justin Lin („Szybcy i wściekli” części 4-6). I jest to zmiana odczuwalna, chociaż nie drastyczna.

W „Star Trek – W nieznane” ekipa jest właśnie w trakcie długiej misji nastawionej na dogłębną eksplorację kosmosu – czyli dokładnie tak, jak powinno to wyglądać. Niestety, na ich drodze staje bezwzględny wróg, który niszczy USS Enterprise i bierze załogę do niewoli. Nikczemnemu Krallowi może przeciwstawić się tylko dzielny kapitan Kirk i wahający się, czy nie zrezygnować ze służby komandor Spock.

Nowy „Star Trek” to przyzwoita mieszanka kina przygodowego z wybuchową akcją, gdzie komputerowe efekty specjalne grają główną rolę. Sporo tutaj kosmicznych lotów, futurystycznych urządzeń, laserów, wybuchów, bijatyk na pięści i kopniaki czy interesujących zabaw z grawitacją. Nie zawodzą również postacie. W starej gwardii najjaśniej błyszczą oczywiście Zachary Quinto i Simon Pegg (tym razem również w roli współautora scenariusz), ale i rozbudowano rolę Karla Urbana. Wprowadzono też postać Jaylah, awanturniczej kosmitki, odgrywanej przez francuską tancerkę i modelkę Sofię Boutellę. Muszę przyznać, że tak seksownej mieszkanki obcej planety dawno nie widziałem! Dobre „złe” wrażenie robi również główny antagonista. Krall jest bardziej demoniczny niż sam Apocalypse w nowym filmie o przygodach X-Menów, nawet pomimo tego, że przypomina skrzyżowanie Green Goblina ze Smakoszem z filmu „Jeepers Creepers”. Wciela się w niego jak zawsze świetny Idris Elba.

Wszystko zagrało tutaj poprawnie – tylko albo aż. Bohaterowie wchodzą ze sobą w przewidywalne interakcje, a fabuła zmierza do końca po nitce do kłębka, zahaczając o wszystkie obligatoryjne w tego typu opowieściach momenty. Zero zaskoczeń. Momentami bywa naprawdę zabawnie, przez większość czasu bawiłem się nieźle, chociaż są też zgrzyty, w postaci walącego miejscami po oczach CGI czy zbyt długich sekwencji akcji, podczas których łatwo o utratę zainteresowania widza.

Fani oryginalnego „Star Treka” z pewnością wypatrzą miły dodatek i mrugnięcie oka w swoją stronę. Chociaż pojawia się na ekranie tylko na moment, z miejsca wzbudza uroczą nostalgię. Mimo to, „W nieznane” jest najsłabszą odsłoną z trylogii – w żadnym wypadku nie słabą, ale po prostu Lin nie ma takiej smykałki do snucia fabuły, jak Abrams. Mimo to film nie nuży pomimo dwugodzinnego runtime’u, chociaż zabrakło mi w tym wszystkim większej dozy powagi, dramatyzmu i nieco lepszej fabuły.

Fani marki nawet nie przeczytają tej, ani jakiejkolwiek innej recenzji, tylko po prostu pójdą do kin. Cała reszta niech przygotuje się na niezobowiązującego blockbustera, z dużą ilością akcji i humoru, ale bez specjalnych fajerwerków. Ot, zwykła przygoda z bohaterami, których można lubić. 6,5/10.

Piotr Pocztarek

Skomentuj używając swojego konta na Disqus, Facebooku, G+ lub korzystając z tradycyjnego systemu komentarzy

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here