Informacja o powrocie do Polski Guns n Roses zelektryzowała fanów tej grupy. Z tej okazji chciałbym przedstawić wam wywiad rzekę, jaki przeprowadził Stanley Kowalski, zaciekły fan ciężkiej muzyki wszelakiej ze swoją latoroślą odkrywającą sekrety dobrej muzyki, jaką jest rock.

Efekty tego zderzenia kultur i pokoleń przeczytacie poniżej. Zapraszam do lektury, bo naprawdę warto!

A: W sumie nigdy nie sądziłam, że zostanę ‚dziennikarzem muzycznym’ (samozwańczym oczywiście), jednak kiedy ktoś prosi mnie o pomoc to nie wypada odmówić (oczywiście jeśli do tego dołączony jest mały zasiłek dla artysty podziemia). Dlatego razem z moim kolegą po fachu, czyli moim tatą, zabierzemy Was w kulisy wydarzenia roku- koncertu Guns N’ Roses w  Gdańsku.

S: Na ten koncert czekałem długo, bardzo długo… I nie chodzi o kilka ostatnich miesięcy, kiedy miałem już kupiony bilet i z rosnącym z dnia na dzień podekscytowaniem oglądałem filmy z ich trasy po Ameryce Południowej. Czekałem na to wydarzenie dobre dwadzieścia lat…

A: Ty jednak strasznie stary jesteś.

S: Rockmani się nie starzeją, zapamiętaj to sobie. Wracając. Mimo tego, że zespół występował dwa razy w Polsce (w 2006 i 2012 roku) to nigdy nie pokazał się w pełnym składzie, który tworzą Axl Rose, Slash, Duff McKagan i Dizzy Reed.

A: Tak między nami to nie sądziłam, że Axl i Slash kiedykolwiek się pogodzą. Chyba już na zawsze zapamiętam moment, w którym dowiedziałam się o ich trasie. Prawie się wtedy  popłakałam.

S: No widzisz, ty słuchasz ich tak krótko…

A: Wypraszam sobie, puszczałeś mi „Welcome to the Jungle” jak chodziłam do  przedszkola.

S:… a już dla ciebie był to wzruszający moment. Dla mnie oni są czymś więcej niż tylko zespołem rockowym. Ich muzyka to tło moich najlepszych wspomnień z okresu młodości. To był mój styl życia, soundtrack do moich miłości, łez, najlepszych imprez i pragnienia wolności. To oni uczynili ze mnie romantycznego rock’n’roll’owca otwartego na świat i  ludzi.

A: Jak pokażę to Mamie to się nieźle uśmieje. A tak w ogóle to wypadałoby powiedzieć coś o samym koncercie, prawda? Cała impreza odbyła się 20 czerwca na Stadionie Energa. Mieliśmy bilety Golden Circle (GC), czyli te najbliżej sceny. Wejście dla osób z biletami GC EE (Early Entrance- wczesne wejście) było zaplanowane na godzinę 17, a dla reszty- pół godziny później. No właśnie. Było zaplanowane. W praktyce weszliśmy około godziny 18. Dlaczego? Ponieważ kierownik organizacji kazał nam się ustawić w, uwaga, WĘŻYKU aby sprawdzić nam bilety. Na żadnym koncercie na który pojechałam, a mogę naliczyć ich kilka (m.in. Iron Maiden we Wrocławiu) nie widziałam czegoś takiego. Aby ukazać pełny absurd tej sytuacji dodam, iż w tym wydarzeniu brało udział 40 tysięcy ludzi. Oczywiście jakieś 5 sekund poźniej po kolejce nie został ani jeden ślad, natomiast pan za nią odpowiedzialny chyba zakończy karierę organizatora.

S: I tak najbardziej zdziwiło mnie to, że nie sprzedawali piwa.

A: Czy ty naprawdę największą uwagę zwróciłeś na brak alkoholu?

S: Nie, zdziwiło mnie jeszcze, że Slash nie zapalił ANI JEDNEGO papierosa. Widziałaś go kiedyś bez fajki?!

A: No dobra, to akurat też zauważyłam. A tak w ogóle, podobał ci się support? S: Z grzeczności nie wypowiem się na ten temat.

A: Według mnie ani Virgin, ani Killing Joke nie spełnili swojego zadania- mieli ‚rozgrzać’ publikę, wprawić ją w odpowiedni nastrój. Doda sprawiła, że znaczna część publiczności chyba zwątpiła w egzystencję (tylko nie jestem pewna czy w swoją czy w jej), a muzyka brytyjskiego zespołu w ogóle nie przypadła mi do gustu. Ale wielki plus za wygląd wokalisty, którego można łatwo pomylić z Ozzy’m Osbourne’m, a całości jego image’u dopełnił latający nad sceną…  nietoperz.

S: Proszę, nie rozmawiajmy już o tym. Za chwilę rozboli mnie głowa. Pomówmy teraz o prawdziwej legendzie. Według różnych źródeł tuż przed godziną 21.00 na stadionie było od 40 do 50 tysięcy ludzi. Pełne trybuny, tłum na płycie, imponująca scena. Piętnaście minut  po

planowanym rozpoczęciu koncertu dziki ryk tłumu powitał wchodzących na scenę muzyków tworzących ikonę rocka lat 90.- zespół Guns N’Roses.

A: Zauważyłeś, że spóźnili się tylko 15 minut? To chyba jakiś rekord.

S: Rzeczywiście, jak na nich to w ogóle jakiś cud. Nie byłoby dla mnie zaskoczeniem, gdyby w ogóle nie wyszli po usłyszeniu pani Rabczewskiej.

A: Opowiedz może o początku koncertu, bo twoja mina w tamtym momencie-   bezcenna.

S: No dobrze. Staliśmy blisko, bardzo blisko- około pięć metrów od sceny. Wokół nas dziesiątki tysięcy fanów, pierwsze riffy gitarowe, wielki Axl Rose zaczyna śpiewać i… dramat. Pierwsze trzy utwory- totalna porażka. Czy rzeczywiście to już nie ten sam zespół? Aż tak się zestarzeli? Nie mogłem w to uwierzyć. Nie po wszystkich przygotowaniach, podróży, powrocie   wspomnień.

Miałem już tak wyidealizowany obraz tego koncertu, że nie dopuszczałem do siebie myśli o wpadce. Jednak przy czwartym kawałku, kiedy już skorygowano nagłośnienie (to właśnie ono nawaliło) wszystko się zmieniło. Od tej pory był już tylko kosmos. Wokal Axl’a jest nadal znakomiy. Zresztą on nie tylko śpiewał, ale biegał po scenie, bawił się z ludźmi, tańczył w swój charakterystyczny sposób. W tamtym momencie pomyślałem, że to po prostu jeden z  nas.

A: Jak pewnie wiesz, moja ulubiona piosenka to „Civil War”. A kiedy usłyszałam pierwsze dźwięki tego utworu… chciałam, żeby nigdy nie skończyli.  Naprawdę.

S: Ten utwór nie miałby swojego uroku bez gitary Slash’a. Od lat waga ciężka i absolutny top wśród rockowych muzyków. Jego charakterystyczny image z najbardziej znanym cylindrem w historii biznesu muzycznego znają chyba wszyscy. Maszyna koncertowa, gitarowy guru, król solówek. Slash po prostu wymiatał.

A: Mimo mojej całej sympatii, po jego n-tej solówce miałam trochę dość. W końcu był to koncert Guns N’Roses, a nie Slash’a. Jego fani na pewno świetnie się bawili, ale według mnie jego gitara idealnie pasuje do głosu Axl’a, a sama nie zrobiła na mnie wielkiego wrażenia.

S: Bo się dziecko nie znasz.

A: Wyrażam po prostu swoje zdanie, możesz się z nim nie zgadzać. Za to muszę przyznać, że i on, i reszta zespołu zaimponowali mi długością ich występu. Nigdy nie słyszałam, żeby koncert jednego zespołu trwał aż 3h!

S: Zwróć uwagę na zaangażowanie publiczności. Przyznam, że pod koniec nie czułem nóg. Przy ostatniej piosence, „Paradise City” bardzo chciałem skakać, bawić się, ale było mi bardzo   ciężko.

A: Bo jesteś stary.

S: Pogadamy jak będziesz w moim wieku.

A: Dobra. Mamy nadzieję, że podobał się Wam nasz artykuł (?). Oczywiście zachęcamy do wyrażania swoich opinii w komentarzach. Jeśli nam się poszczęści, to może jeszcze coś opublikujemy, np. relację z koncertu Red Hot Chili Peppers w Krakowie. Tato, musisz kupić  bilety!

S: Zobaczymy.

Skomentuj używając swojego konta na Disqus, Facebooku, G+ lub korzystając z tradycyjnego systemu komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here