Kiedy w norweskim magazynie poświęconym polowaniu ujrzałem zdjęcia uradowanych myśliwych na tle upolowanej zwierzyny, jedzenie stanęło mi w gardle. Na innych zdjęciach piękne dziewczyny z bronią w ręku, uśmiechnięte, no jak z żurnala, a obok zarżnięty łoś. Albo inne zdjęcia, na których całe rodziny zgromadzone wokół pokotu. Szok.

Wkrótce podszedł do mnie kolega, który spytał, czy nie chcę wybrać się na głuszca w niedalekim Hommelviku. No tak, w końcu w herbie tego miasta znajduje się symbol ukazujący tego ptaka, ale czy nie jest on po ochroną?  Podobno jego mięso jest nadzwyczaj smaczne, a sam głuszec jest tu dosyć powszechny. W Polsce jest pod ścisłą ochroną.

Potem przyszła refleksja. Przecież Norwegia zawsze była inna. W końcu to dziki kraj, surowe obyczaje, okrutna tradycja, która musi być pielęgnowana w imię utrzymania tożsamości narodowej. Jeśli uda mi się zrozumieć tutejsze zwyczaje, łatwiej będzie mi się poruszać wśród tutejszych paradoksów, które są połączeniem przeszłości z nowoczesnością.

Przecież z polowaniem mamy do czynienia od zawsze. Stało się nieodłącznym elementem życia. Zdobycie pożywienia wiązało się z pójściem w dzicz, poszukiwaniem zwierzyny, jej tropieniem, wreszcie jej zdobyciem. Często okupionym ranami, chorobami, ogromnym wysiłkiem fizycznym, czy długim przebywaniem w leśnych ostępach. Zimno, mokro, ciemno, jedzenie paskudne. Czeka rodzina. Trzeba coś upolować.

Czasem udało się, czasem nie. Gdy łowy były pomyślne, cały dom się radował zwłaszcza, że zbliżała się zima. Można było zrobić zapasy żywnościowe, z odpadów zrobić jakieś narzędzie powszechnego użytku, a nawet jakiś element ubioru.

Myśliwy cieszył się szacunkiem, a jako, że ludzie z natury ubarwiają swoje historie, to i okoliczni mieszkańcy opowiadali z podziwem o człowieku, który potrafi wytropić i upolować jelenia, łosia, a może nawet i niedźwiedzia!

Z czasem udało się udomowić zwierzęta na tyle, że mogły być trzymane wokół domu. Drób, cięlęcina, wieprzowina, jagnięcina. Dziś sklep. W powszechnej opinii polowania przestały mieć sens, jednak ich historia, sentyment oraz żądza przygody i coś w rodzaju udowodnienia swej męskości i pomyślne zdanie tej próby charakteru sprawiły, że polowanie generalnie traktowane jest jako coś niezwykłego. Pierwotnego. Czegoś w rodzaju pasowania na mężczyznę.

Wiem, wiem. Czasy są inne, a faceci choć noszą brody to nie umieją wbić gwoździa. Muszą w tym czasie iść do no name baru na pierożki bezglutenowe i sojową latte. No takie czasy. Jednak wciąż są ludzie, dla których myśliwstwo jest sposobem na życie. Tyle, że Norwegii jest to niemal powszechne.

Prawda jest taka, że myśliwstwo podlega ostrym ocenom społecznym. Zwolennik polowań zawsze znajdzie historie usprawiedliwiające społecznie swoje hobby. Przeciwnik zawsze sprowadzi je do barbarzyństwa, a koronnym dowodem będzie polowanie na wieloryby lub łosie.

Tymczasem według mnie prawda jest bardziej banalna i tu, w Norwegii świadczy o tym najlepiej oficjalny norweski przewodnik „Nowy w Norwegii” („Ny i Norge”) przedstawiający myśliwstwo jako „zajęcia rekreacyjne”.

Najlepszym przykładem jest polowanie na łosia. Z jakichś przyczyn u nas każda próba odstrzału tego zwierzęcia kończy się medialną histerią, natomiast nie każdy wie, że w nadmiarze ten ssak potrafi wyrządzić znaczne szkody. Zdarzało się, że łoś wpadł do centrum handlowego demolując wszystko wokół siebie. Z drugiej strony, jeśli weźmiemy pod uwagę, że w Norwegii mnóstwo obejść znajduje się niemal w lesie, lub na terenie otwartym, nieogrodzonym – nie ma co dziwić się, że łoś tam idzie. Inna sprawa, że wielu dziennikarzy poluje, przez co lokalne media zapychane są w tym czasie tzw. „zapełniaczami”. No po prostu nie ma kto pisać.

Polowania na łosia tłumaczone są brakiem naturalnego regulatora ekosystemu, czyli wilka, który i w Polsce pełni podobną funkcję.

W Norwegii tylko w sezonie łowieckim 2016/2017 zabito 18 wilków. W tym samym sezonie upolowano 30 829 sztuk łosia.

Sezon polowań dla północnych regionów Norwegii zaczyna się już pierwszego września. Zachód rozpoczyna dwadzieścia pięć dni później, a reszta kraju rusza w lasy piątego października. Tereny pozamiejskie niemal wyludniają się, bo praktycznie każdy jest w jakiś sposób zaangażowany w polowanie.

Sklepy sportowe zamieniają się w magazyny strzeleckie, a ilość sprzętu przyprawia o zawrót głowy. Możesz kupić wszystko. Specjalne namioty w różnych wariantach, skarpety wodoodporne, śpiwory, farby, urządzenia maskujące, wabiki, atrapy kaczek wyglądające jak naturalne, buty, odstraszacze, pasy na naboje, strzelby, bidony, noktowizory, nawigacje, kompasy. Mnóstwo jest tego, a kto nie wierzy niech przejdzie się choćby do XXL.

Pierwotny sens polowań zatracił sens zmieniając się w sport, żądzę przygody oraz okazję do wspólnych zgromadzeń.

Wyobraź sobie teraz te tysiące myśliwych wchodzących na tydzień w las. Praktycznie tam mieszkających. Toż ta zwierzynia co ma robić, jak nie uciekać? I nie ma się co dziwić, że taki łoś uciekając przed myśliwym wypada spanikowany na drogę powodując wypadek.

Być może pamiętasz takie dni w Norwegii, że nie sżło nic załatwić. Chodziłeś od urzędu do urzędu i zewsząd wracałeś „z kwitkem”. Wszyscy wyjechali a kraj stawał. Dokładnie, wakacje.

W przypadku polowań możemy mówić o czymś podobnym. Polowanie, jako coś powszechnego, akceptowalnego i lubianego wywiera wpływ na wszystkie dziedziny życia. A zatem grafik wywiadówek jest podporządkowany sezonowi, a pracodawca i pracownik tak planują swój czas i pracę, by zdążyć na łowy.

Nie możesz sobie ot tak wejść do lasu i strzelać gdzie popadnie. Łowiectwo nie podlega bowiem prawu wolnego dostępu, w myśl którego możesz sobie łazić, gdzie tylko dusza zapragnie i pozostaniesz bezkarny.

Prawa łowieckie należą do właścicieli ziemi. Osoby prywatnej, samorządu lub państwa chyba, że polujesz na ptaki morskie. Jak widzisz mechanizm jest podobny jak w przypadku łowienia ryb.

Zgodnie z prawem norweskim wszystkie gatunki dzikich zwierząt, w tym ich jaja, gniazda i legowiska są chronione, chyba że przepisy wyraźnie stanowią inaczej. Norweska Agencja Ochrony Środowiska określa okresy polowań na gatunki zwierząt.

Polowanie podzielono na dwie grupy, małą i grubą zwierzynę. Wiadomo, drobnica typu lis, kuropatwa, gęś, zając. Gruba wiadomo, powyżej tego. W jej ramach zabito na przykład w ubiegłym sezonie łowieckim 8 niedźwiedzi.

Myśliwi muszą posiadać umiejętność obsługi broni palnej, pułapek i innych urządzeń, a także muszą zapoznać się z odpowiednimi zasadami i przepisami. Muszą wiedzieć, które gatunki mogą polować i być w stanie je rozpoznać.

Każdy, kto mieszka w Norwegii i planuje polować po raz pierwszy, musi przystąpić do testu umiejętności polowania. Muszą przestrzegać obowiązkowego 30-godzinnego kursu i przystąpić do egzaminu teoretycznego. Kursy są organizowane przez stowarzyszenia edukacji dorosłych, a gminy posiadają elektroniczne testy i wydają certyfikaty kandydatom, którzy przeszli po kursie i zdali egzamin. Kurs i test są płatne. Płatne są również zezwolenia, które są dosyć zróżnicowane. Szczegółowe informacje na ten temat znajdziesz TUTAJ.

Myśliwi mieszkający w innych krajach nie muszą brać udziału w teście, jeśli mogą udowodnić podobne kwalifikacje do polowania w swoim kraju. Dokumentację należy przesłać do norweskiego rejestru łowców.

Minimalny wiek polowania wynosi 16 lat dla drobnego i 18 lat dla grubego zwierza.

Przepisy zawarte w Ustawie o Dzikiej przyrodzie zawierają listę gatunków i sezonów otwartych oraz określają inne zasady polowania.

W przypadku grubego zwierza łowiectwo jest zorganizowane na obszarach („vald”), które muszą być powyżej określonego minimalnego rozmiaru, a władze lokalne określają kwoty dla odpowiednich gatunków na tych obszarach. W przypadku obu typów łowiectwa właściciel może ograniczyć długość sezonu łowieckiego i liczbę zwierząt, które myśliwy może odstrzelić w danym dniu.

Kiedy już spełnisz te wszystkie wymagania ruszasz w ostępy. Znikasz powiedzmy na tydzień. Co w tym czasie ma począć ta nieszczęsna Norweżka, gdy jej chłop poszedł w las za zwierzyną i biedny upija się tam w towarzystwie braci myśliwskiej, wymienia niestworzonymi historiami, a w przerwie rusza na łowy? Nie, nie tęskni, nie robi przetworów, nie płacze po nocach.

Ona bawi się! Jest w końcu panią „Engelkene”, czyli nieoficjalnie „wdową po łosiach”. Chodzi na specjalne imprezy, korzysta ze skonstruowanych na tę okazję ofert wypoczynkowych, relaksacyjnych, gastronomicznych. No chyba, że wspólnie z mężem rusza na łowy. Zresztą kobiet myśliwych jest w Norwegii stosunkowo niewiele, bo raptem niespełna 14 %.

Myślistwo w Norwegii można określić mianem „stan umysłu”. Trzeba zobaczyć, by uwierzyć. Swoją drogą to dziwne uczucie patrzeć na cżłowieka, który na codzień jest grzeczny, miły, po prostu „hygge”, a w sezonie łowieckim w jego oczach rozpala się szaleństwo. No cóż, co kraj to obyczaj.

Przemek Saracen

Skomentuj używając swojego konta na Disqus, Facebooku, G+ lub korzystając z tradycyjnego systemu komentarzy

Dodaj komentarz