Lubin nie jest miastem, o którym usłyszycie w mediach, a jeśli już coś przebija się do waszej świadomości, to poprzez drużynę piłkarską albo kopalnie miedzi. Zwykle Lubin mylony jest z Lublinem, a to przecież miejscowości w w dwóch różnych końcach Polski.

Ten, o którym piszę leży na Dolnym Śląsku i jest sennym miastem zamieszkałym przez 70 tysięcy ludzi związanych z górnictwem miedziowym. I choć nie mieszkam już w tym mieście parę lat, to wciąż mówię o nim „mój”, choć na zdrowy rozum nie ma w tym mieście nic, co pozwalałoby tak określać rodzinne miasto.

Jeśli przypadkiem znajdziecie się w pobliżu, a dokładniej w pobliżu Wrocławia (no dobra to jakieś 70 km od tego miasta), a jeszcze dokładniej na Dolnym Śląsku – koniecznie zajrzyjcie do mojego rodzinnego miasta, bo w końcu jest szansa, że Lubin, tak! Lubin przestanie kojarzyć się z kopidołami i trefnym piłkarskim klubem sportowym, a zacznie być postrzegany jako miasto przyjazne. Po prostu.

Nie, nie bredzę. Ale po kolei.

Jakoś nie mieliśmy w Lubinie szczęścia do miejsc, w których można było pójść, odpocząć, rzucić okiem i odetchnąć. Chodziliśmy jak te cielaki po mieście zazdroszcząc innym miastom ich atrakcji i miejsc, które pokazywalibyśmy z dumą przyjezdnym, gościom.

Teraz mamy. Jest nim Park Wrocławski.

Dlaczego taka nazwa? Jak mniemam, chodzi o położenie geograficzne, drogowe, czy jak je nazwiecie. W każdym razem Lubin leży na szlaku Szczecin – Zielona Góra – Wrocław.

Był sobie ten park. I tyle. Zapuszczony. Parę ławeczek, jakieś niedobitki latarni, bluzgające wieczorami krzewy i cuchnący stawek. Do tego parę pseudohuśtawek i tyle.

Aż tu… Chciałoby się rzec komiksowym dymkiem: WTEM! RAPTEM! WHAM!

Jednoosobowe władze Lubina, czyli prezydent powziął decyzję o przywróceniu Parku Wrocławskiego do życia. A w zasadzie o jego drastycznej przebudowie. Tak, by to miejsce zaczęło w końcu służyć, bawić i uczyć lubinian. Znaczy nas. Lubiniaków, mieszkańców Lubina.

Zaprojektowano zatem miejsce, które będzie oprócz tradycyjnego parku placem zabaw. Ale rozumiecie, takim wypasionym.

Z czasem powzięto decyzję o rozbudowie parku. W końcu to kawał terenu, 15 hektarów. Na dodatek jego urozmaicenie aż prosi się o poszerzenie jego funkcji. Koniec końców Park Wrocławski stał się… ogrodem zoologicznym! Naprawdę.

Oficjalnie nazywa się on Centrum Edukacji Przyrodniczej i oprócz chyba najbezpieczniejszych dla dzieciaków placów zabaw i urządzeń zabawkowych typu nowoczesne huśtawki, coś w rodzaju drabiny/wigwamu linowego, karuzel, piaskownic, zjeżdżalni, fontann itp. ma coś, co widziałem w Norwegii, a brakowało mi tego w Polsce – te urządzenia niejako wymuszają ćwiczenia, aktywność fizyczną, taki mimowolny aerobik sprawiający, że dzieciak nawet nie zdaje sobie sprawy, że w trakcie beztroskiej zabawy wzmacnia swoją sprawność i tężyznę fizyczną.

Oczywiście każdy, kto oprócz biegania po miniściance wspinaczkowej chciałby poćwiczyć szare komórki może pójść pograć w szachy, i to nie byle jakie. Nieopodal placów zabaw trafimy bowiem na pole o szerokości może 10 na 10 metrów, które jest niczym innym, jak szachownicą, zać piony sięgają uda. A zatem rozrywka intelektualna i ćwiczenia przenoszenia ciężarów (piony) w jednym, prawda.

A kto chce po prostu posiedzieć, ten znajdzie miejsce na jednej z wielu ładnych ławek, gęsto rozmieszczonych w całym parku.

Wspomniałem wcześniej coś o zoo, tak? Nie, to nie bełkot nawiedzonego blogera. Lubiński Park Wrocławski początkowo był czymś w rodzaju oddziału wrocławskiego ogrodu zoologicznego, które pomaga w doborze, opiece i badaniu przybyłych do Lubina zwierząt.

Za to od niedawna jest to samodzielny ogród zoologiczny!

 

Większość ze stworzeń nich stanowią ptaki; od drobiazgu pokroju papużki falistej po dostojnego orła bielika. Wszystkie żyją w przestronnych wolierach, których w sumie może nam pozazdrościć wrocławskie ZOO. Znajdziecie tu również rzadkie puchacze, zarozumiałe pawie, ostrożne i przepiękne głuszce, łabędzie terrorystów, dostojne żurawie mandżurskie i wiele innych gatunków.

Jednak czymże byłby rodzinny park bez zwierzęcej radości dla dzieci? To dla nich zbudowana została „sekcja kopytna podtypu gospodarskiego”, czyli dziedziniec pełen osiołków, kucyków, świnek, królików, koźlaków, czy owieczek.

I Na koniec szlak dinozaurów oraz prehistorycznych ssaków. Znajdziemy tu naturalnej wielkości repliki zwierząt.

Ozdobą jest… nie, nie T- rex, który choć wygląda imponująco, to blednie przy brachiozaurze górującym ponad drzewami. Jest on widoczny nawet dla kierowców jadących trasą Zielona Góra – Wrocław.

W centrum parku znajduje się budynek edukacyjny, który pełni również funkcję kawiarni. To tutaj wycieczki szkolne mogą odbyć zajęcia edukacyjne, a pozostali zwiedzający napić się czegoś, lub po prostu odpocząć. Od czasu do czasu odbywają się plenerowe gry, biegi, wystawy fotograficzne.

Tak, tak – możecie nie podzielać mojego zachwytu nad Parkiem Wrocławskim. Rozumiem. Jednak dla mnie, rodowitego lubiniaka jest to rzeczywisty powód do dumy i miejsce godne polecenia. Bo w końcu mamy serce miasta.

Miejsce, w którym można się spotkać, porozmawiać, posiedzieć. Obejrzeć zwierzęta. Miejsce bezpieczne i czyste.

Miejsce, do którego chce się wracać. Aha, no i darmowe. Czy można chcieć czegoś więcej? Tak! Nowych dinozaurów i zwierząt!

Przemek Saracen

Skomentuj używając swojego konta na Disqus, Facebooku, G+ lub korzystając z tradycyjnego systemu komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here