Gdy przyjrzeć się historii Bożonarodzeniowej tradycji, bardzo szybko przekonamy się, że Święto to wcale nie jest rdzennie chrześcijańskie.

W pierwszych wiekach Chrześcijaństwa, skupiano się na obchodzeniu kluczowego dla Chrześcijan Święta Wielkiej Nocy, dlatego też nawet sama data narodzin Jezusa, nie była wtedy tak istotna. Podawane były różne daty Chrystusowych narodzin. I tak w latach 200nych, grecki teolog Klemens Aleksandryjski (Tytus Flawiusz Klemens), twierdził że Jezus urodził się 25 maja. W wczesnochrześcijańskich pismach, Biblijni badacze doszukali się daty 18 marca, określającej moment narodzin Jezusa.

Jeszcze inni uczeni kościoła, twierdzili że prawdziwą datą Jego narodzin jest 6 stycznia. Dopiero w latach 342-343, Papież Juliusz I, ostatecznie ustalił datę narodzin Jezusa, na 25 grudnia. Czemu Juliusz I wybrał taką datę? Oficjalnie mówił, że odnalazł stare księgi spisu ludności, z czasów panowania Oktawiana Augusta. Jednak nie to była prawdziwa przyczyna ustanowienia takiej daty. Otóż data 25 grudnia, to moment od którego zaczyna przybywać dnia. W tym czasie właśnie, świat pogański świętował święto Słońca Niepokonanego, które zaczyna odzyskiwać panowanie na niebie. Zatem ustanowienie świąt Narodzenia Pańskiego, na czas przesilenia zimowego, doskonale wpasowywało się w stare tradycje, nadając im nowy chrześcijański wymiar.

Jesień dla Vikingów, to był czas tworzenia zimowych zapasów, oraz czas powrotów pasterzy i ich stad z górskich pastwisk. W tym czasie, wszyscy mieszkańcy osady, zajęci byli przygotowaniami do przetrwania zimy.

Zabijano zwierzęta, by przygotować porcje suszonego mięsa. Gromadzono i porcjowano ziarna, zioła, generalnie to wszystko co nadawało się do jedzenia nie tylko przez ludzi, ale też przez zwierzęta. Bardzo ważne były zapasy drewna, które nie tylko ogrzewało vikingowe „długie domy”, ale też pozwalało przygotować ciepłą strawę.

Zatem kiedy już wybrzmiały ostatnie echa, po jesiennym święcie plonów i radości z powrotu pasterzy, zaczynał się czas oczekiwania na „święto słońca”, którego celebracja była bardzo huczna i w istocie swej bardzo „pogańska”. Wiele z tych dawnych tradycji, długo kultywowane było już po chrystianizacji Skandynawii i weszło w kanon wigilijnych zachowań. Przyjrzyjmy się więc, jak wyglądała wigilia Narodzenia Pańskiego w pierwszych latach Chrześcijaństwa w Norwegii.

Najpierw, musimy uświadomić sobie, jak wikingowie mieszkali. Zapewne każdy z was, zetknął się już z widokiem Høvdinghuset – „Długiego domu” wikingów.

Otóż budowla ta, była schronieniem nie tylko dla ludzi, ale też dla ich zwierzyny. Przez całą zimę, ludzie i zwierzęta, mieszkali pod jednym dachem „długiego domu”, przy czym zwierzyna zgromadzona była w jednym jego końcu.

Kiedy na zewnątrz wiały zimowe wichury, i śnieżne zamiecie, ludzie przebywali w „długim domu”, odziani w ciepłe skurzanie odzienie. Domowe palenisko, i skórzane okrycia były podstawowym źródłem ciepła, ale też obecność dużej ilości zwierząt w domu, przyczyniała się do podniesienia temperatury panującej we wnętrzu domu.

Kury, krowy, owce, konie, kozy, dawały zatem nie tylko świeże mleko, masło, śmietanę i jajka, ale też ogrzewały dom ciepłem swoich ciał. Smród zwierzyny, zmieszany z zapachem palącego się w palenisku drewna, wypełniał „długi dom” ogrzewając go, po czym ulatywał przez otwory w dachu. Zwykle, mieszkańcy długiego domu, spędzali zimowy czas szyjąc ubrania i żagle, plotąc sznury i liny, albo kochając się ukradkiem pod stosem skór. Każda sobota natomiast, była dniem czystości.

Nazwa „Lørdag” pochodzi od laugardagru Norrøne („dzień prania”) i tradycyjnie był to dzień ceremonii mycia rytualnego. Wykonywano wtedy wielkie pranie, sprzątanie i oporządzano zwierzynę. Ale gdy przychodził czas Święta Narodzenia Pańskiego, W takich właśnie warunkach, wikingowie przygotowywali swoją Wigilię. Wzdłuż całego domu, rozstawiano długi stół i szykowano się na trzydniowe ucztowanie. Tak, wigilia wikingów trwała trzy dni, i za chwilę wyjaśnię wam czemu akurat trzy dni.

Norweskie słowo „Jul” używane było wcześniej dla dawnego święta „połowy zimy”, i odnosiło się najprawdopodobniej (nie wiadomo tego na pewno), do okresu od połowy grudnia do połowy stycznia. To był najtrudniejszy czas dla wówczas żyjących ludzi.

Zmęczeni trudami zimowej egzystencji, dawni Skandynawowie w czasie „połowy zimy” usiłowali pomóc Odynowi w odparciu mroźnej i złej zimy, przywołując jego imię. I tak właśnie rozpoczynał się pierwszy dzień Świąt Narodzenia Pańskiego dla Wikingów. Wszyscy gromadzili się wokół długiego stołu, a przewodniczący zgromadzenia rozpoczynał ucztę, wygłaszając uroczysty toast „zwycięstwa i mocy” na cześć Odyna Króla Gór. Po tym toaście rozpoczynało się świętowanie.

Drugi dzień „Wigilii”, przeznaczony był dla Njorda boga mórz. Ten dzień rozpoczynano toastem na cześć Njorda, prosząc by wypełnił oceany rybami, a żeglarzom pozwolił na bezpieczne żeglowanie. Trzeci dzień „wigilijnego” świętowania, przeznaczony był dla bogini płodności i miłości Frøya (Freji), gdzie wygłaszano toast „år og fred” co oznaczało „długiego życia, dobrobytu i szczęścia”. Wierzono, że Freja sprawia iż rośliny zaczynają kiełkować, drzewa powracają do życia, i to właśnie był dla wikingów najszczęśliwszy dzień tego święta.

Głównym trunkiem, spożywanym podczas uroczystości, było Piwo. Na co dzień, do gaszenia pragnienia używano bardzo słabego piwa, które pite było także przez dzieci. Natomiast piwo „wigilijne” było trunkiem o zawartości alkoholu od 15 do 20 procent. Taka zawartość alkoholu, była maksymalną do osiągnięcie w procesie fermentacji, gdyż nie znano wtedy procesów destylacji. Spożywano także wino, ale ono było przeznaczone dla bardziej szanowanych gości.

Tak jak piwo, było dominującym trunkiem, tak wieprzowina była niepodzielnie panującym mięsem na wigilijnym stole. Zgodnie z mitologią nordycką, sam Odyn miał w Valhall swojego wieprza o imieniu Særimne, a miał on taką właściwość, że gdy odkroić mięso z jego boku, ono natychmiast odrastało. Zatem Odyn mógł częstować wszystkich martwych wojowników, zasiadających wraz z nim przy stole w Valhall. Wieprz Særimne, miał bardzo wysoki status dla wikingów, i jednym z przywilejów w Valhall, była możliwość jedzenia go każdego dnia.

Widzimy zatem, że „Wigilia” na przełomie ery pogańskiej i chrześcijańskiej, właściwie niewiele miała wspólnego z świętowaniem narodzin Jezusa. Nic więc dziwnego, że chrześcijańscy księża, patrzyli na te tradycje z oburzeniem. Jednym z najgłośniej gromiących nordyckie tradycje „wigilijne” był niemiecki biskup Thietmar, który w 1015 roku opisując uroczystą ucztę duńskich Vikingów, oskarżał ich o składanie ofiar z ludzi, podczas Świąt Narodzenia Pańskiego.

W 930 roku, do Norwegii przybywa Christian Håkon Adalsteinsfostre (znany też jako Christian Dobry). Był on synem króla Norwegii Harald Hair Fager (Harald Hårfagre). Wychował się w Anglii u króla Adalsteina, w wierze chrześcijańskiej. Christian Håkon Adalsteinsfostre powrócił do Norwegii by zasiąść na norweskim tronie. Został on zaproszony na świętowanie „Połowy zimy”, do Mære w Trondheimsfjorden, gdzie przygotowano dużą uroczystość.

Håkon znając pogański charakter tych specyficznych obchodów „Świąt Narodzenia Pańskiego”, chciał uniknąć uczestnictwa w tym wydarzeniu. Niestety nie udało mu się to, i musiał wziąć udział w całej uroczystości. Kiedy tylko obchody dobiegły końca, Håkon uciekł pełen wściekłości, planując zemstę i siłowe wprowadzenie nowych wartości Chrześcijańskich. Tylko dobre rady jego doradców, odwiodły go od tego pomysłu, i w konsekwencji rozpoczął wprowadzanie Chrześcijaństwa drogą dyplomacji.

I w ten sposób, mogliśmy zajrzeć przez szczelinę historii, do „Høvdinghuset” dawnych nordyków, i trochę poczuć atmosferę spotkania dwóch ideologii, przy jednym „wigilijnym” stole.

Skomentuj używając swojego konta na Disqus, Facebooku, G+ lub korzystając z tradycyjnego systemu komentarzy

Dodaj komentarz