Home Polecamy Nieznany skarb Norwegii: Vigdel Priest!

Nieznany skarb Norwegii: Vigdel Priest!

Miejsce, do którego zobaczenia was zachęcam nie jest zbytnio znane. Niełatwo też do niego dotrzeć, ale gdy już to uczynicie uznacie, że warto. Mowa o Vigdel Priest, niesamowitym głazie przypominającym zastygłą twarz.

Podróż do Vigdel była elementem większej trasy do Sirevag, hitlerowskiej fortecy wykutej w skale, jednak o tym miejscu opowiem wam w innym wpisie, teraz skupmy się na wspomnianym Vigdel.

Preikestolen (zobacz TUTAJ), Kjerag, Fjorli, czy wodospad Manafossen to ogólnie znane cuda regionu Stavanger. Łatwo dostępne i często uczęszczane. Co jednak zrobić, by zobaczyć coś niezwykłego, mniej znanego i równie mniej odwiedzanego?

No trzeba szukać. Stąd nasza chęć zobaczenia tego miejsca. Cuda świata poczekają. A Vigdel Priest brzmiało zbyt nierzeczywiście, by odpuścić je sobie na potem.

Trasa jest prosta. Musisz ruszyć ze Stavanger i jechać na lotnisko i przejechać przez rondo prowadzącego do niego. Znajdziesz się obok dzikiej plaży Sola, która jednych zachwyca, innych przyprawia o parsknięcie na wspomnienie wspaniałości bałtyckich wybrzeży.

Kierujmy się starą, wąską drogą. Na Olberg Strand, gdzie znajdziesz kamping, mały bar oraz uroczą zatoczkę, nad którym wznosi się niewielkie hitlerowskie stanowisko bojowe. Jako, że pogoda była nadzwyczaj łaskawa, choć wiało – pogoda była piękna. Kawa i pączek smakowały nadzwyczajnie, a darmowy parking pozwolił nam cieszyć się tym niewielkim, lecz przeuroczym miejscem.

Jadąc dalej, w kierunku Vigdel ruszyliśmy w kierunku takiej samej plaży. To nieco za Olbergiem, ale kierujcie się na Byberg. Znowu darmowy parking, co niezmiernie nas ucieszyło. Słońce, ale i porywisty wiatr. Cóż, dla podróżnika pogoda nie jest przeszkodą, jak głosi nasze motto. Ruszyliśmy więc na plażę w poszukiwania ludzkiego głazu.

Oczywiście możecie kierować się tym, co pokaże wam Google Maps, ale w tym konkretnym przypadku zbyt wiele wam to nie powie. Tyle, że będziecie wiedzieć, gdzie zaparkować, no i orientacyjny punkt głazu. A poza tym? Głowa i nogi. Jak potem okaże się, również koniec języka jest przydatny.

Po krótkim spacerze piaszczystą plażą zaczęły się kamienie. Setki, by nie powiedzieć tysiące. Coraz mocniejszy wiatr rozbijał w mokry pył fale o nieodległe skały, wśród których próbowaliśmy wyszukać jakikolwiek wzór przypominający ludzką postać. W ogóle jakąkolwiek postać.

Jest! Kurczę, i to tak blisko! Mało tego, kolejna skała przypominająca głowę orła! Ale to przecież jeszcze nie to. Rozpoczynamy poszukiwania. Zaglądamy za każdy kamień, oglądamy te same miejsca w poszukiwaniu jakiejkolwiek wskazówki. Czas mija, a przed nami jeszcze kawał drogi. Co robić?

Docieramy do miejsca, w którym łąka zamienia się w bagnisko, a dominującym elementem skalnego krajobrazu zaczyna być krowie łajno.

Zrezygnowani wracamy, bo być może szukamy w złym miejscu, może to po drugiej strony plaży, o taaaaaaam daleko, w końcu tam też jest mnóstwo kamieni.

Wracamy więc. W ostatniej chwili zauważamy parę Norwegów i w geście rozpaczy pytamy o kamienne twarze: czy w ogóle tu są, a jeśli to gdzie? Jak wielkie było nasze szczęście, gdy przemiła dziewuszka pokazała nam, że mamy wrócić w miejsce, z którego wracamy. I tam mamy szukać niebieskich znaków; kółek, kropek, czegokolwiek co jest pomalowane na niebiesko. To właśnie szlak prowadzący do naszego celu.

Ucieszeni, że to już niedaleko ruszyliśmy. Faktycznie, ujrzeliśmy niepozorne niebieskie kropki pacnięte a to na gruncie, a to na skale, a to wbitym w ziemię kołku.

I jak to w Norwegii, szlak przyprawiał o szlag – żadnych ułatwień. Musisz radzić sobie sam. Nie masz dobrych butów, nie miej pretensji, że boli. Że zalewa cię, że grząsko, że obciera stopę, że niewygodnie, że ślisko. Nie. To nie Krupówki.

W ogóle szlaki turystyczne w Norwegii to dobra szkoła łazikowania. Nie tylko przemierzasz szlaki, ale uczysz się podróżowania, tego, że musisz dać sobie radę w trudnym terenie, musisz dopasować się do warunków, być przygotowanym na przeprawę. Bo nie ma, że boli.

Idziemy więc wzdłuż wybrzeża. Wypatrujemy z oddali niebieskich znaków. Zewsząd otacza nas surowa natura. Fale wściekle biją o skały wyrzucając w górę słupy wody. Kamieni już nie setki, ale setki tysięcy. Gdy myślimy, że dochodzimy do celu okazuje się, że nawet nie jesteśmy w połowie.

Aż w końcu widzimy coś w rodzaju wejścia do wąwozu. I w oddali TO. Głowa ludzika Michelin. O matko, to coś faktycznie istnieje? Niesamowite.

A w oddali przepiękna dzika plaża i bijące o piaszczysty brzeg turkusowe fale. I wyspa, na której widzisz rzadkiej urody latarnię.

Zaraz, zaraz! Ludzik ludzikiem, ale przecież nie tego szukamy. A wokół nas kolejne morze. Tym razem kamieni.

I nareszcie… Jest! Jest! Jest! Vigdel Priest!

No sami zobaczcie, bo w tym momencie każde słowo więcej to zbędny wydatek:

Postanawiamy zejść w stronę wąwozu, przyjrzymy się z bliska ludzikowi. Hmmm. Jakby tu powiedzieć. Na odległość ramienia nie wygląda to już tak okazale. Zadziałała tu stara zasada: to co niesamowite z pewnej odległości traci blask w bezpośrednim zderzeniu. Tak było w przypadku Geirangeru (przeczytaj TUTAJ), który obserwowany z Dalsnibby rzucił nas na kolana, by odpuścić po dotarciu do brzegu fjordu.

Tak było i tu, w przypadku tej wielkiej, białej głowy. Oj tam, zawsze można podziwiać coś innego. A to jakby próbujące wyleźć z tej czarnej, wulkanicznej skały białe kryształy, a to rozmaite kształty i barwy okalających nas kamieni, a to niemal bijące w nas fale, a to krążący nad nami helikopter ratunkowy, którego ekipa pewnie zastanawiała się, kiedy trzeba ruszyć na pomoc dwójcie oszołomów chcących dostać się na szczyt skał bez zabezpieczenia.

Było niesamowicie. Dziko, wyczerpująco, fantastycznie i niezwykle pobudzająco. A nade wszystko zachwyt nad Naturą, która kolejny raz zadziwia. Nie czymś wielkim na skalę Wielkiego Kanionu, Preikestolen, czy lodowcem. Ale niewielkim w końcu głazem, które bardziej przypomina dzieło rzeźbiarza niż wybryk natury.

Kto by pomyślał, że to niezbyt znane, nieuczęszczane i niepozorne miejsce dostarczy tylu wrażeń.

Jeśli macie okazję dotrzeć w to miejsce, koniecznie musicie je zobaczyć.

A my wracamy na parking i ruszamy dalej. W końcu musimy dotrzeć do hitlerowskiej fortecy wykutej w skale, a po drodze mamy przecież zobaczyć „Zęby Hitlera”. Ale o tym później 🙂

TXT/Foto: Anna/Przemek Saracen

Skomentuj używając swojego konta na Disqus, Facebooku, G+ lub korzystając z tradycyjnego systemu komentarzy

2 COMMENTS

  1. Nie wiedziałam, że koło nas istnieje coś takiego. Nie mogłam znaleźć informacji na ten temat, a tu proszę – taka niespodzianka. Pozdrawiam.!

Dodaj komentarz