Któż by pomyślał, że czas potrafi zapieprzać tak szybko, jak nigdy? W tym roku obchodzimy rocznicę powstania jednej z największych rockowych petard, czyli 30- lecie albumu „Appetite For Destruction” Guns N Roses, który mimo upływu tylu lat wciąż kipi energią, wściekłością i bucerką pokazując młodym rockerom, gdzie ich miejsce. Nawiasem mówiąc w końcu muszę napisać parę słów na temat tego historycznego albumu.

Mam oto pod ręką cyfrową wersję kolejnego muzycznego weterana, jakże odmiennego od rocka GNR. To raczej ciężka, masywna muzyczna machina bezpardonowo zgniatająca słuchacza.

Potężna riffami, agresywna rytmem, ciężka poruszaną w tekstach tematyką. Bezpardonową, brutalną, porażająco energetyczną muzyką ulicy.

To BodyCount, okręt flagowy legendy rapu, Ice`a T. Któż nas nie pamięta słynnego songu „Cop Killer” stanowiącego według niektórych bluzg nienawiści i nawoływanie do przemocy, a silny protest- song według innych?

Któż dziś o tym pamięta? Millenialsi, pijacze sojowej latte, brodacze biegający w rurkach i klapkach po mieście, gotowi oddać życie za lajka i fajną focię na Instagramie nie mają pojęcia, czym jest prawdziwe brutalne granie. Dla nich to pozycja w kreowaniu ymydżu.

Nie wiedzą, czym jest getto, bo ich rodzice urabiają się po pachy, by gówniarze uniknęły syfu, w którym wyrastali ich starczy.

Ice-T to dla młodych dziś czarny dziadzio znany z roli policjanta w serialu „Prawo i Porządek”.

Nikt nie wie, że to ojciec gagsta rapu, czy znienawidzony przez białasów twórca, który w ich mniemaniu za „Cop Killera” powinien zginąć żywcem w płomieniach.

Jednakże my, starzy jesteśmy od tego, by przypominać. Że Ice- T spłodził jedną z największych grup łączących rap z metalem. Powstał muzyczny potwór, wyrzut sumienia amerykańskiego społeczeństwa.

Band, którego członkowie bezlitośnie wypluwali hasła nienawiści, przemocy, biedy, pretensji i skargi. Tak, skargi, bo za tą niemal bluźnierczą agresją kryła się bezsilność. Że System nie działa, że ten kto wsiąkł w getto nie jest w stanie wydostać się z niego. Że społeczne patologie przenoszone są na pokolenia. A wszystko w ciszy, medialnym spokoju, wypieranej świadomości ze strony mieszkańców przedmieść i magnatów medialnych. Kiedyś to musiało jebnąć.

I jebło. 22 lata temu powstał BodyCount.

Ostatni ich album MURDER FOR HIRE ukazał się 8 lat poprzedzających „Manslaughter”.

Jaki jest jest więc powrót po latach, gdy rzeczywistość jest pod każdym względem inna, a i sami muzycy są w innym punkcie życiowym?

Paradoksalnie to ich najlepszy album od wydania debiutanckiej płyty. Spójrzmy prawdzie w oczy. Ich poprzednie „pomiędzy” płyty tak naprawdę można włożyć w jedno wydawnictwo typu „The Best Of” i byłby to cios rozpierdalający czaszkę w pył. Same w sobie nie były to płyty jakieś wybitne; owszemy było parę mocnych riffów, przy których przyjemnie się prowadzi suva, było parę dobrych, zaangażowanych społecznie tekstów, ale należy traktować to jako tzw. perełki.

Cała reszta to raczej średnio wyprodukowane i napisane kawałki mające sprzedać ten cały bunt, ten fundament, na którym wyrósł BodyCount. Bo umówmy się – siła tego bandu to połączenie komentarza społecznego (w formie, jakiej nikt inny by nie spróbował) w agresywną muzyką na granicy przemocy.

Kiedy wspomnimy „Cop Killera” nie możemy wyrwać go z kontekstu 1992 roku, a szczególnie brutalności policji wobec czarnoskórej społeczności. Ice- T stworzył ten utwór, w którym celowo inspirował słuchaczy do wzięcia spraw w swoje ręce.

I tak jak z powrotem z odwyku Aerosmith, który w latach 90-tych stworzył swoje najlepsze płyty, podobnie jest z BC, który najlepszą muzykę zaczął tworzyć po latach od debiutu. tak dziś „Manslaughter” jest szczytowym osiągnięciem BodyCountu.

Muzycy choć nie muszą nic udowadniać pokazali w swym powrocie, gdzie jest miejsce rockowych szczyli. BodyCount to dziś taka Metallica z getta. Paru gości, którzy grają brutalną muzykę z lajtowym podejściem do życia. Śpiewają o śmierci, plują jadem w mikrofon, ale jednocześnie puszczają oko do widowni: „wiecie, to show, to gig, macie dobrze się bawić i nie traktujcie tego śmiertelnie poważnie”.

Mamy więc płytę w pewnym sensie uczciwą w stosunku do słuchacza. Nagrana z pełnym zaangażowaniem, wspaniale brzmiącą, lekko zagraną mimo iż mamy tu do czynienia z thrashowymi zagrywkami, łamaniem tempa, czy ciężkimi metalowymi riffami, z rapowanym wokalem Ice`a.

Niestety coś tu zgrzyta i są to teksty. Chyba że potraktujemy je jako nawias, zabawę własnym wizerunkiem. Najlepszym przykładem może być „Wanna Be A Gangsta” w którym podmiot liryczny nalewa się z dzieciaków, które udają zabawy w gangsta. Tyle, że to samo robił sam Ice- T, który na takim działaniu oparł swoją legendę. Facet, który zrobił kasę na własnym reality show nie jest wiarygodny w tekstach, w których nabija się z niemęskich postaw brodaczy w rurkach, czy grających na konsolach gówniarzach.

I tak traktujmy powrót po latach BodyCount. Jako muzycznie perfekcyjną maszynę. Idealną do jazdy autem. Doskonałą do słuchania. Fantastyczny dodatek do biegania, czy wiosłowania kajakiem. Brodacze pewnie zakochają się w tym albumie podczas jazdy miejskim rowerkiem.

Krótko mówiąc: miło, że chłopaki wrócili zapewniając mi kupę mocnego, bujającego i kipiącego agresją grania. Tylko tyle i aż tyle.

Przemek Saracen

Skomentuj używając swojego konta na Disqus, Facebooku, G+ lub korzystając z tradycyjnego systemu komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here