„Last Days”. Inspirowana samobójstwem Kurta Kobaina historia alienacji i samowykluczenia.

Umówmy się, ten film inaczej odebrałbym, gdybym zapodał go sobie, jako dodatek do pitego w ukrytym fotelu multipleksowym piwie, czy jakichś pieprzonych słodzików, czy jebiącego grozą popkornu.

A tak, byłem w kinie “Paradiso”- saleczka, na podwyższeniu pianino, taki fajny smród stęchlizny, mały ekranik, jakaś kurtyna, która wcześniej pewnie była zajebaną babci zasłoną recznej roboty.

Choć nie jest to film o ostatnich dniach życia Kurta Kobaina (lidera grupy rockowej Nirvana), fani potraktują dzieło Gusa Van Santa jako brakujące ogniwo w biografii muzyka. Jest to również jeden z niewielu filmów, których odbiór zdeterminowany jest nie tyle przez opowiedzianą w nim historię, co przez rzeczywiste zdarzenia.

Bohaterem jest Blake, lider będącej u szczytu sławy grupy rockowej, przygotowującej się do europejskiego tournee. Niestety, muzyk już od dłuższego czasu traci kontakt z bliskimi, kolegami, jakby zapadał się w sobie. Obserwujemy ostatnie dwie doby życia lidera. Widzimy ciąg prozaicznych zdarzeń, pokazywanych jakby mimochodem. Wędrówka bohatera przez las. Przepłynięcie rzeki. Spacer przez bagna. Ciąg prozaicznych (aż do bólu) czynności, które jako całość wpływają na atmosferę otaczającą bohatera. Widzimy posiadłość, w której mieszkają członkowie zespołu oraz przyjeżdżający czasami goście. Niby pełną ludzi, ale jakby wymarłą. Miejsce, w którym każdy zajmuje się sobą. Miejsce, w którym rządzi przypadek. Nawet rozmowy są tu przypadkowe. A jeśli zdarzają się, nie służą konwersacji, są po prostu nijakie. Jeśli mają czemuś służyć, chyba tylko podtrzymaniu jako takich więzi między członkami grupy. Może czasem między wierszami da się zaobserwować troskę o siebie…

Do takiego domu wraca Blake. Brudny, po nocy spędzonej w lesie.

Mamrocze do siebie. Wchodzi do kuchni. Je śniadanie. Przebiera się w sukienkę.

Na naszych oczach przeistacza się w Kurta Kobaina.

I chcemy tego, czy nie- do końca filmu widzimy w Blake`u lidera Nirvany. Widać to nie tylko w łudząco podobnym do Kurta Blake`u. Członkowie grupy to trio. Jeden z nich jest wysokiem okularnikiem. Drugi ma długie włosy, a na głowie nosi kaszkiet z odwróconym do tyłu daszkiem. Dowiadujemy się, że Blake oddalił się od żony i córki. Jest tego zbyt dużo, by nie zauważyć celowo użytych podobieństw do legendy kultury alternatywnej.

Gdy Blake je śniadanie, odwiedza go akwizytor książek telefonicznych. Scena ta jak na dłoni pokazuje oderwanie bohatera od rzeczywistości. Jedzący zupę muzyk „słucha” grzecznie domokrążcy, który jak nakręcony przekonuje gospodarza do zalet oferowanej przez siebie usługi. Blake przytakuje, ale tak naprawdę jest w swoim świecie- ma dość czarnego grubasa wciskającego mu ogłoszenie. Słucha więc. Przytakuje. A może jest mu wszystko jedno, może już wie, co czeka go następnego dnia? Może gdyby choć na chwilę „wrócił ze swojego świata” zauważyłby, że grubas-domokrążca jest trochę podobny do niego? Przecież on na swój sposób też żyje oderwany od rzeczywistości; mówi jak nakręcony, nie przywiązuje wagi do odpowiedzi, nie interesuje go rozmówca. Został wytresowany, by przekonać klienta do kupienia usługi… Dwaj wydawałoby się kompletnie różni ludzie, a jednak podobni.

Jest w tym filmie ciekawa scena, w której przyjaciele jednak wykazują oznaki zmartwienia o Blake`a. Niektórzy nawet go szukają. Może gdyby objawili swą troskę wcześniej… Blake nie chce już pomocy. Nie chce i nie potrzebuje zainteresowania. Wydaje się, że zdecydował się na to już wtedy, gdy przerwał leczenie. Ucieka- dosłownie- przed przyjaciółmi, nie odpowiada na ich wezwania. Jakby chciał być niewidzialny. Idzie do klubu muzycznego. Wraca. Tworzy ostatnią w życiu piosenkę. Wymyka się do altanki. Nazajutrz zostaje znaleziony. Nie żyje.

„Last Days” nie ma klarownego przesłania. Nie jest to zarzut. W tym filmie nie ma z góry założonej tezy. Nie ma też działania bohaterów napędzających akcję. Brak tu dialogów służących ukazaniu relacji oraz zależności między postaciami. Dominuje cisza. Należy zapomnieć o klasycznych zasadach dramaturgii. Jest to jakby antyfilm. Mamy tu zdawkowe, przypadkowe dialogi. Widzimy szereg przypadkowych scen, banalnych czynności. Patrzymy. Po prostu. Patrzymy na czynności.

Czasem zdaje się, że Van Sant przesadza w swojej chłodnej „dokumentacji”, że sprowadza obserwację do absurdu. Nie interesuje go psychologia postaci, nie ma zamiaru manipulować emocjami widza. Po prostu pokazuje. A jednak im więcej czasu mija od obejrzenia „Last Days”, tym film robi silniejsze wrażenie. To wielka siła tego obrazu. Jest trudny, pozornie chaotyczny i niekiedy zwyczajnie nudny.

Po pewnym czasie, gdy widz ułoży sobie w głowię układankę Van Santa widać, że powstało przemyślane dzieło. Obraz oddziałujący klimatem, obrazem.

„Last Days” nie da łatwych odpowiedzi. Reżyser zrzuca to zadanie na barki widzów. Jest to zresztą cecha filmów Gusa Van Santa. Zdaje się na inteligencję i wrażliwość widza.

Przemek Saracen

Skomentuj używając swojego konta na Disqus, Facebooku, G+ lub korzystając z tradycyjnego systemu komentarzy

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here